Numer 2(392)    Luty 2018Numer 2(392)    Luty 2018
fot.Anna Radziukiewicz
W Karlovych Varach i okolicy
o. mitrat Stanisław Strach
Celem mojej pielgrzymki był monaster Przemienienia Pańskiego w Teszowie, położonym w pobliżu tego znanego uzdrowiska. Teszów to wioseczka, dziewięć gospodarstw, z których dwa należą do prawosławnych, pozostałe zaś do niewierzących.
Dotarłem tam w niedzielę, 17 grudnia, wieczorem. Przywitał mnie młody, energiczny archimandryta, o. Doroteusz. Dopiero rankiem mogłem obejrzeć niedużą cerkiew, dwa monasterskie budynki, dzwonnicę i mur z bramą.
Cerkiew wewnątrz zaczęto już pokrywać polichromią, ale pracę na czas zimy przerwano. Rozpisuje ją mnich Paisjusz, Macedończyk, obdarzony wspaniałym talentem.
Trzecim stałym mieszkańcem monasteru jest władyka Krzysztof, honorowy metropolita Ziem Czeskich i Słowacji. Niestety, przebywał akurat poza monasterem i nie miałem okazji się z nim spotkać.
Służyłem Liturgię razem z o. Doroteuszem, śpiewali, w stylu bałkańskim, unisono (jednogłośnie) mnich Paisjusz i lektor, także Macedończyk, który na soboty, niedziele i święta przyjeżdża z oddalonej o ponad sto kilometrów Pragi. Ponieważ do cerkwi nie doprowadzono elektryczności (ale ogrzewanie tak), światło świec i lampek oliwnych pogłębiało modlitewny nastrój. W nabożeństwie uczestniczyli także dwaj pielgrzymi.
Po południu wraz z o. Doroteuszem i pielgrzymami pojechałem do Karlovych Var, by wziąć tam udział we wsienoszcznom bdienii. Ponieważ mieliśmy jeszcze ponad dwie godziny czasu, mogliśmy, chociaż pobieżnie, zwiedzić karlovarską starówkę.
A było co oglądać. Miasto liczy około pięćdziesięciu tysięcy mieszkańców i jako uzdrowisko słynie z kilkudziesięciu gorących źródeł, w których zażywa się kąpieli, i wód mineralnych, które się pije (bezpłatnie).
Wielki rozkwit przeżywało w dziewiętnastym stuleciu, kiedy stanęły tam stylowe kamienice, hotele, pawilony, domy uzdrowiskowe, kolumnady, wille. Przyjeżdżali tu kuracjusze z całej Europy, do I wojny światowej przede wszystkim z Rosji. Po drugiej wojnie nastąpił regres, co na pewno wiązało się z upaństwowieniem lecznictwa zdrojowego i odpływem zagranicznych gości.
W latach dziewięćdziesiątych los się odwrócił. Ruszyły prace konserwatorskie i remontowe, uzdrowisko znowu nabrało blasku, znowu – za sprawą Rosjan, Ukraińców i ogólnie przybyszy z dawnego Związku Radzieckiego. Wielu z nich stało się właścicielami willi i mieszkań, poważnymi inwestorami. Język rosyjski słychać na ulicy, mnóstwo tablic informacyjnych pisanych jest cyrylicą. Gdy wstąpiliśmy na chwilę do kawiarni, powitał nas ogromny portret cesarza Franciszka Józefa i obsługa, płynnie rozmawiająca po rosyjsku.
Kiedy podeszliśmy pod cerkiew, zaparło nam dech. Świątynia z sześcioma złotymi kopułami doskonale wpisywała się w klimat uzdrowiska. Wzniesiono ją w drugiej połowie XIX wieku (wyświecono w 1897) przede wszystkim ze środków bogatych kuracjuszy, ale i rodziny cara Mikołaja II, i zwykłych mieszkańców Imperium. Wyposażenie okazało się równie imponujące.
Wsienoszcznoje bdiennije służył biskup tichwiński i łodiejnopolski Mścisław, współsłużyli karlovarski proboszcz o. Mikołaj Liszczeniuk, o. archimandryta Doroteusz i ja.
Po namaszczeniu świętym olejem udaliśmy się w dalszą drogę do skitu św. Mikołaja na Dubskiej Górze (Aberg), kilka kilometrów od Karlovych Varów.
Skit został założony w 2000 roku. W jego centrum stoi naprawdę maleńka (może dwadzieścia metrów kwadratowych), drewniana, rosyjska w stylu, cerkiewka św. Mikołaja Cudotwórcy. Mieszka tam schiihumenia Nektaria.
Do skitu nie można dotrzeć żadnym środkiem komunikacji publicznej, prowadzi tam droga, ale że akurat spadł śnieg, stała się bardzo śliska i wkrótce trzeba było samochód pozostawić na poboczu.
Na górze chwila radosnego zadziwienia. Cerkiewka wypełniona wiernymi, nie ma gdzie palca wetknąć, stoją na zewnątrz, wśród nich wiele rodzin z małymi dziećmi, śpiewa kilkunastoosobowy chór żeński. Ponieważ, ze względu na marsz pod górę, zrobiło się późno, odprawiamy tylko akafist, bez molebna, po czym wszyscy, około pięćdziesięciu osób, przenoszą się do położonej niedaleko restauracji.
Wszyscy się znają, rozmawiają przede wszystkim po rosyjsku i ukraińsku. Pochodzą z Zakarpacia, spod Lwowa, ale i z Moskwy. Między nimi krąży matuszka Nektaria i z każdym rozmawia.
Do dzieci przyszedł św. Mikołaj z dużą białą brodą i razem ze Śnieżynką rozdał upominki. Panuje radosna, naprawdę świąteczna atmosfera. Bardzo pozytywnie odbieram troskę rodziców, by dzieci wychowywać w poszanowaniu własnego języka i tradycji.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

o. mitrat Stanisław Strach
fot. archiwum autora

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token