Numer 2(392)    Luty 2018Numer 2(392)    Luty 2018
fot.Anna Radziukiewicz
Kłaniam się im do nóg
Anna Radziukiewicz i Eugeniusz Czykwin
Michałowo. Las krzyży. Wśród nich, pośrodku cmentarza, nieco górujący nad sąsiednimi, krzyż na mogile matki metropolity, Marii Doroszkiewicz. Zmarła w grudniu 1941 roku, kiedy jej syn, Włodzimierz, był tutejszym proboszczem. Ukochany syn odszedł 47 lat później, nocą, 11 lutego, w rządowej klinice. A pochowano go 13 lutego, najbliżej Bożego prestoła, tuż obok cerkwi św. Jana Klimaka w Warszawie na Woli. Nad grobem powieszono tabliczkę „Metropolita Warszawski i całej Polski Bazyli”.
Czy spodziewała się, że przyjadą go żegnać ludzie z całej Polski. Że do Warszawy pojadą na pogrzeb ludzie i z Michałowa, i Nowej Woli, i Kobylanki, i Gródka.
Czy spodziewała się tego w dwudziestym siódmym roku, kiedy stała na progu swojego domu w Cisach, a syn, co to jeszcze i dobrze z dziecka nie wyrósł, trzynaście lat miał, siedział na wozie. Ojciec miał go wieźć do dalekiego i dziwnego Wilna, do seminarium. A on siedział, nawet nie podszedł, nie pożegnał się z matką, w rękę nie pocałował. Co myślała tego ranka? Nie wiedziała, że wtedy jakby kamień legł na duszy syna. Że bał się, że kiedy podejdzie do matki, uściska ją, to mu serce z żalu pęknie.
Zostawił wtedy matkę na progu bogatego domu. Przyjechała tu, do Cis, z ojcem piętnaście lat wcześniej, ona z Gródka, on z Mieleszek, co z Gródkiem jedną miedzę dzielą. Rozeszła się pogłoska, że pan majątku Cisy, co koło Narwi leży, sprzedaje swoją ziemię. Więc, podobnie jak piętnaście innych rodzin, wzięli pożyczkę w banku i kupili ziemię, dwadzieścia hektarów. Ale tylko dwa można było wtedy orać. Reszta krzakami porośnięta. Ojciec karczował ją bezustannie – wspomni później metropolita Bazyli.
Ciężko pracowali. Ale w dwudziestym ósmym roku mieli już pięć koni, piętnaście krów, dużo owiec, świń, pięćdziesiąt osiem uli z pszczołami, ładny sad.
Ale rok nauki syna w seminarium kosztował nie mniej niż dziesięć krów. Chlewy pustoszały, nieugnojone pola przestawały przynosić dobre plony. Kiedy seminarzysta doszedł do dziewiątej klasy, w chlewie został konik, co to wiatr mógł go przewrócić, i jedna krówka. A matka, by ugościć syna, który na wakacje z Wilna przyjechał, pobiegła ukradkiem do sąsiadki kawałeczek słoniny pożyczyć i jajka na niej usmażyć.
Był rok trzydziesty siódmy, kiedy syn Doroszkiewiczów ukończył wileńskie seminarium duchowne. Złożył papiery do Studium Teologii Prawosławnej przy Uniwersytecie Warszawskim. W rubryce narodowość napisał „Białorusin”. „Brak miejsc” – otrzymał odpowiedź.
Biskup grodzieński skierował go jako psalmistę i dyrygenta do Świsłoczy. To wtedy, jak powie w swoim długim wywiadzie, jakiego w 1995 roku udzielił Mikołajowi Hajdukowi do naszego „Przeglądu”, kiedy obserwował bieg nabożeństwa, całym swoim jestestwem marzył, by być duchownym. Wydawało mu się, że batiuszka jest w niebie, a wokół niego aniołowie służą.
W trzydziestym siódmym roku władyka grodzieński Sawa wyświęcił go w Orli na diakona. Służył w Dubiczach Cerkiewnych. Potem rekomendował go na uniwersytecie jako swego podopiecznego. „Biorę go na swoją odpowiedzialność” – zaznaczył.
Włodzimierz Doroszkiewicz mógł studiować. Krótko. Wybuchła wojna.
Znów powrót, na ziemie dzisiejszej zachodniej Białorusi – Hornostajewicze, Świsłocz. W Świsłoczy, w święto Podwyższenia Krzyża Pańskiego, 27 września, służył liturgię. Kiedy śpiewano Iże Chieruwimy, cerkiew, z początku pełna ludzi, nagle opustoszała. Tylko starosta cerkiewny, młody był, podsunął batiuszce klucze mówiąc: – Batiuszka, mileńki, ja chaczu żyć, balszawiki pryszli. Ojciec Włodzimierz dokończył Liturgię sam.
Komuniści ze Świsłoczy kusili: „Zrzuć sutannę, będzie ci dobrze u nas”. Nie zrzucił. Nałożyli na batiuszkę normę –wywieźć z lasu 84 metry sześcienne drewna. Wychodził z domu o drugiej w nocy, wracał o dziewiątej wieczorem. Trochę przesuszy na leżajce przemarznięte i mokre ubranie, zdrzemnie się i znów o drugiej do puszczy.
Po sąsiedzku żył naczelnik rejonowego finansowego oddziału, sowiecki człowiek, partyjniak. Podpowiada on jednemu parafianinowi: – Pójdź do batiuszki i powiedz, żeby jechał do archireja i prosił, niech mu da parafię gdzieś w ciemnym kącie, gdzie go nikt nie znajdzie, bo inaczej go na śmierć zamęczą.
Naczelnik narażał życie swoje i rodziny.
Batiuszka pojechał do Żyrowic, do władyki. Władyka skierował go do Michałowa.
Michałowo. Luty, prawie sześćdziesiąt lat później. Chodzimy ścieżkami metropolity. – O, w tym domku żył metropolita, kiedy do nas przyszedł – Józef Żuk wskazuje na chatę w głębi ogrodu, położoną w cieniu bloku, w którym sam teraz mieszka. Zna ścieżki metropolity. Jego ojciec przyjaźnił się z władyką. – Z plebanii sowieci wygnali duchownego. Zrobili tam szkołę.
Idziemy do Siliwoniuków. Wita nas Zinaida Siliwoniuk. – Pamiętam – wspomina – jak wszyscy płakaliśmy, kiedy sowieci gonili batiuszkę Włodimira bić kamienie na drogę. Oj, nabił ich, nabił! „Zdejmij sutannę” – wołali. „Wy mi jej nie daliście – odpowiadał batiuszka – i ja jej zdejmować nie będę”. Polezaj w maszynu – ponaglali. – Namęczysz się, to modlić ci się odechce. Kiedy wchodził do ciężarówki albo z niej schodził, młodzi sołdaci starali się nadepnąć na dłonie „popa”. Nieraz z pokrwawionymi stawał do tłuczenia kamienia, przy zachęcie sołdatów: „Pokaż, popie, jak kamienie bić umiesz”.
Umiał. Normę mu dali 12 metrów sześciennych. Nabił. Podwyższyli do dwudziestu dwóch. Ale wtedy powiedzieli mu ludzie, że „słudzy kultury” są zwolnieni z takiego obowiązku. Poszedł do rejonu w Zabłudowie. Otrzymał zwolnienie – na piśmie.
Ktoś opowiadał, że po latach – już jako metropolita – zatrzymał samochód i podszedł do spoconych młodych mężczyzn, nieudolnie tłukących przy drodze kamienie. – Jak wy to robicie? – zapytał. Wziął młot, obrócił kamień, stuknął i kamień pękł. Ci z niedowierzaniem popatrzyli na starszego człowieka z długą, siwą brodą.
W Michałowie i bez bicia kamieni było co robić. Batiuszka zaczął od remontu domu, w którym przyszło mu mieszkać, i budynków gospodarczych.
Jedziemy do Kobylanki. To wieś, która już prawie zlała się z Michałowem. Z podwórka Aksiucików widać wyraźnie wieże cerkwi. Otwiera Wiera Aksiucik, drobna kobieta, sukienka z krótkim rękawem odsłania spracowane ręce. Jest o dwanaście lat młodsza od metropolity.
O, dobrze pamięta władykę! Kiedyś zaszła na plebanię, a matka matuszki akurat kwas, taki chlebowy, z dzieszki nalewała i poburkiwała na batiuszkę, że o, jaki człowiek, a idzie kosić. Wtedy batiuszka wziął ją za rękę i poprosił, żeby do innej roboty poszła, on sam naleje. Nalał, wziął kosę i poszedł. Konika miał takiego bialutkiego, to trzeba było siana na zimę nazapasić.
Z okien swego domu Aksiucikowa widzi zagrodę Oziabłów, To do nich władyka w czasie wojny ikony z cerkwi poprzenosił. Ukryli je w zbożu, bo Oziablicha, jak wspomina jej sąsiadka, bała się w stodole je zostawić, A jak pożar wybuchnie? Miała rację. Stodoła spłonęła. A ikony po wojnie do cerkwi wróciły. I widzi mur, którym otoczony jest cmentarz, na którym to właśnie jest pochowana matka władyki. Ale muru nie było w czasie wojny. Zaraz po wojnie zaczął go budować władyka. Aksiucikowa pamięta, jak jeszcze słońce nie wzeszło, a batiuszka już jechał bialutkim konikiem i mur polewał. Przedtem ogrodził cerkiew w Michałowie. Ogromny plac. Ileż fur żwiru jego koń nawoził, ile drutów on sam musiał nagiąć – wspominają w Michałowie.
– Trudne to były czasy – mówią.
– Za sowietów ojciec ukradkiem prowadził nas do cerkwi głuchą uliczką – wracamy do Siliwoniuków. – Nie było komu ani śpiewać, ani czytać w cerkwi. Ci z urzędów ruskich, czy bardziej wykształceni, bali się drzwi do cerkwi otworzyć. Nawet w Wielki Czwartek garstka ludzi przychodziła. Szli raczej ludzie ze wsi. W szkole krzyżyków nie dawali nosić, nauczyciele sprawdzali. Mówili, ze trzeba być pionierem, a do cerkwi chodzić nie trzeba, bo tam nic ciekawego nie ma.
Nawet na Wielkanoc – to już ze wspomnień władyki – rano wszyscy szli do pracy, a po południu świętowali, paschę święcili, christosowali się. Batiuszkę na pierwszy dzień Paschy zawołali do wojskowej komendantury. Po kilku godzinach przyszła kobieta i powiedziała: „Rozbieraj się”. „Nie będę przed kobietą, nawet lekarzem”– odpowiedział batiuszka. Przysłali potem mężczyznę. „Ubieraj się i idź” – wreszcie zadecydowali. Pod cerkwią wezbrał tłum. Wszyscy czekali kilka godzin na wieczorne nabożeństwo.
Potem trudno było kupić żywność. – Dla takich jak ty nie ma u nas chleba – witano batiuszkę w drzwiach sklepu. Wsiadał więc na rower i jechał do Białegostoku, 36 kilometrów. Wracał z chlebem, cukrem, rybą.
Kiedyś poszedł do sklepu, by kupić grabie.
– Po co tobie grabie? – zagadnął sowiecki oficer.
– Tyle mam pieniędzy, że nie wiem, co z nimi robić, nagrabię i wywiozę precz z podwórka.
Władyka był znany ze swego poczucia humoru. Nieraz przez łzy.
Nałożyli na batiuszkę podatek. Osiemset procent normy.
– To nie ja, to parafianie płacić będą – próbował wybronić się przed urzędnikiem. – Płać – ten odpowiedział i położył przed sobą rewolwer. – My z tobą jeszcze inaczej porozmawiamy.
Nie zdążyli. Wyjazd do „dalekich krajów” wyznaczyli na 24 czerwca 1941 roku. Dwa dni wcześniej zaczęła się wojna niemiecko-sowiecka.
Wtedy jeszcze znaleźli się tacy – kierownik michałowskiej szkoły i nauczyciel – którzy chcieli zniszczyć „kacapskiego popa”. Donieśli do gestapo, że ukrywa komunistę. Batiuszka cudem uniknął Oświęcimia albo rozstrzelania.
Odszedł z michałowskiej cerkwi w 1946 roku. Krzyż oddał o. Mikołajowi Strokowskiemu. Nie wyszedł po ostatnim nabożeństwie przez główne drzwi cerkwi. Przez panomarkę wyszedł.
– Czułem się tak, jakby pękła we mnie żyła, którą płynie krew do serca – wspominał po latach. – Siadłem na rower i całą drogę, jadąc do Gródka, płakałem gorzkimi łzami. Dobrych ludzi tam zostawiłem.
Z problemami zostawił, bo chociaż wojna się skończyła, tu ludzie ginęli. Męża Haliny Krętowskiej (chrzciła ona syna władyki, Jerzego) zabili w dwudziestym czwartym roku życia, jego brata w dwudziestym drugim. Tego samego wieczora jednego zaciągnęli do piwnicy i strzelili w tył głowy, drugiego w młynie. Teść pani Haliny miał tylko dwóch synów. Tego wieczoru banda wymordowała pięć osób. Wszyscy byli prawosławni.
Gródek. Rozmawiamy przed cerkwią, tą, której kopuły widać prawie aż pod Michałowem. Piętrzy się potężną bryłą nad niemal płaską wielką polaną, na której rozlokowało się miasteczko. To władyki ręce ją budowały.
– Dziś nie wybudowalibyśmy jej – mówią wychodzące po liturgii kobiety.
W czterdziestym roku to było, na Pokrowy, przypomina Kapitalina Mieleszko. Pożar zaczął się gdzieś od mostu, od synagogi. Po drodze płonęło wszystko – i nasz dom, i cerkiew.
– Została tylko cmentarna kaplica. Władyka zobaczył łunę. – Gdy przybiegł, zdążył jeszcze ikonostas wynieść – opowiada Aleksander Kondrusik z Gródka, ten, który księgowym był chyba całe życie. Ikonostas oddał później do Jałówki. Ale miał sen. Usłyszał w nim: „Jak wyniosłeś ikonostas, to teraz go postaw”. Po tym śnie władyka zaczął prosić swych hierarchów, żeby przenieśli go do Gródka.
Władyka zaczął od chodzenia po urzędach i partii, żeby cerkiew pozwolili budować. W tamtych czasach nikt nie słyszał, żeby gdzieś cerkiew budowano.
– Zaproponowano batiuszce: „Klub możemy pomóc budować” – wspomina Lidia Chrzanowska. – „Dobrze”– odpowiedział o. Włodzimierz. „Tylko mnie kierownikiem klubu zróbcie”.
Były już plany cerkwi. Trzeba było kopać fundamenty. Łopatami. Przychodzimy na plac budowy – sięgnijmy jeszcze do wspomnień władyki – jest nas czterech: ja, starosta, psałomszczyk i jeszcze jeden. Odprawiliśmy molebien. Tamci mówią: „Cóż, rozejdziemy się po domach”. A ja: „Zdejmujcie kożuchy, będziemy kopać”. Ludzie zerkają z okien, podwórek. Potem kobiety zaczęły mężów wyszturchiwać: „Nie przypiekaj tu pleców na pieczy. Widzisz, batiuszka pracuje, idź”.
Ludzie zaczęli brać się za robotę. Potem kierownik szkoły przyprowadził najroślejszych chłopców do pracy. Byli przerośnięci, wiadomo, po wojnie, mieli po dwadzieścia lat i więcej. Oczyścili plac z zarośli i kamieni.
Skąd brać materiały budowlane zaraz po wojnie, kiedy wszystko z ruin trzeba było dźwigać?
Władze oddały ruiny fabryki, którą spalili Niemcy, i tartaku w Waliłach. Z ostatniego co trzecią cegłę można było wziąć na cerkiew. Miało to być zadośćuczynienie za to, że przed wojną gródecczanie uzbierali dwieście tysięcy sztuk cegieł i kamień ciosany na budowę nowej cerkwi, a Niemcy to wszystko zabrali i powiększyli fabrykę sklejek w Dojlidach. Potem przyszło się rozbierać i ruiny innych fabryk i fabryczek, nie tylko w Gródku. Raisa Trochimczyk z Piaszczanik pamięta, jak batiuszka sam w jej wsi rozbierał zbombardowaną przez Niemców fabrykę. – O, tak – rozpościera szeroko ramiona – czepiał się murów. Wioskowi nie chcieli tego robić. Myśleli, że fabryka jeszcze ruszy. Ale w tej fabryce niczego już nie było – sukno rozkradzione, maszyny też. Potem ludzie wozili cegły.
– Sasza – przyszedł raz do mnie władyka, bo lubił ze mną rozmawiać, wspomina Aleksander Kondrusik – proponują mi kościół niemiecki, kirchę, w Michałowie na cerkiew rozbierać, a wielki to był kościół, ale ja nie będę. Potem z tej kirchy szkołę zbudowali. A tu i piętrowe fabryki były. Przy jednej był taki wielki komin. Podciosali go jakoś od dołu. Niebezpiecznie go było zwalać. Ale udało się.
– Dziś stoję w cerkwi i patrzę na te kafelki na podłodze – dodaje Trochimczykowa. – Toż władyka sam je układał, tylko dzieci mu pomagały. Żniwa wtedy były, to każdy szedł do swojej roboty. A kiedy umarł mój ojciec – ciągnie – i przyjechaliśmy z rana na plebanię, to wstała matuszka i jej matka i pytają, co gotować, ostatnią krowę batiuszka sprzedał, bo pieniędzy na cerkiew nie było. Dzieci powstawały i czym je karmić? To z takim poświęceniem władyka cerkiew budował. Do dzieci zwracał się: „Pomagajcie, to ślub wam będę dawał za darmo”. Mój przyniósł na zapowiedzi trzysta złotych i daje batiuszce. „Tyż taki młodziutki” – na to batiuszka. „Wezmę od ciebie sto złotych, a dwieście niech na cerkiew będzie”. To była dusza nie człowiek – kończy Trochimczykowa.
Ninie Szamrecie też władyka ślub dawał. Pokazuje na palcu obrączkę, trochę powykrzywianą, cienką.
–To władyka robił – mówi. – Pieniędzy nie mieliśmy, to władyka zaproponował, przynieście druciki, to wam zrobię, na miarę. A jak ktoś nie miał pieniędzy na ślub, to mówił – po ślubie zapłacicie.
Nie było czym płacić majstrom za budowę. A jeszcze i na serce batiuszka w tym czasie ciężko zachorował. Ani chodzić szybko, ani jeździć na rowerze.
– Kupił więc motocykl, iża – przypomina Kondrusik – i miał taką torbę, i z nią po odpustach zaczął jeździć, po bogatszych parafiach – Orli, Kleszczelach, Dubiczach Cerkiewnych. Pieniądze na cerkiew wszędzie zbierał.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Anna Radziukiewicz, Eugeniusz Czykwin, marzec 1998

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token