Numer 4(394)    Kwiecień 2018Numer 4(394)    Kwiecień 2018
fot.Anioł zjawiający się kobietom niosącym wonności. Ikona z końca XV wieku.
Tołga
Artur Dudziński
Brzozy stoją na matczynych nogach nad mokradłem i zaklinają, zaklinają, aby zło nie przekraczało granic monasteru. Brzozy lubią wodę, lecz do wody lgną biesy. Drzewa patrzą w stronę monasteru. Widziały, jak odradzał się z ruiny, jak trudzili się mężczyźni, kobiety, jak parowało jedzenie spożywane na stojąco i na powietrzu, jak woń kadzidła nasycała chmury. Widziały na tyle dużo, aby teraz milczeć i sztuki tej uczyć innych. Kto dziś pamięta, że drzewo jest znakomitym nauczycielem człowieka? Brzozy obserwują monasterskie krzyże i we własnym kształcie, splocie pni i gałęzi, szukają podobieństw ze znakiem chroniącym chrześcijan.
Brzózki, zgrabne i dziewczęce, noszą lniane fartuchy malowane na biało z ciemnymi krowimi łatami, jak w wierszach Jesienina. Ich nogi są mocne i gotowe do kroku. Pragną porzucić przegnite trawy i, pokonując ogrodzenie, wejść do monasteru, gdzie dzieją się rzeczy niezrozumiałe dla nich i świata. Tam kobiety wyrzekają się odwiecznego porządku i, wbrew wszystkiemu, naśladują Boga i Jego świętych. Drzewka pięknieją z każdym dniem, ponieważ wchłaniają żeński powab mniszek. Uwalniają tym monasterskie siostry od ciężaru i ryzyka. W listopadzie żółto-złote liście brzóz uwodzą spojrzenia pielgrzymów, pozwalając im zapomnieć skąd przybyli.
Monaster płynie. Widać kotwicę krzyża. Cebulaste kopuły cerkwi prują toń pomarszczonego mokradła. Mniszki, jak czarne mewy, to tu, to tam. Zajęte pracą, modlitwą ust i rąk. Czasem rozkładają skrzydła i zastygają, napełniając oczy błękitem rosyjskiego bezkresu. Wargi mniszek, miarowym i bezgłośnym ruchem, tkają niewidzialne sukno modlitwy. Palce przemierzają kilometry po modlitewnych sznurach mierzone węzłami wezwań. Monaster – to długi i szeroki okręt z warowną burtą. Kierunek jest jeden: Królestwo Niebios. Wokół jest wód co niemiara. Rzeka zamknięta prawem natury zazdrośnie zerka na monaster, który płynie w przeciwną stronę. Biesy przemykają nad wodą i w powietrzu, aby wszystko czynić daremnym. Chcą kraść życie i świętość.
Sterem okrętu jest modlitewna praktyka. – Panie, zmiłuj się,
Panie, zmiłuj się, to pierwsze ze słów, po jakie powinien sięgnąć człowiek świadomy spotkania z Bogiem – mówi mniszka Paraskiewa. – Panie, zmiłuj się, to także słowa ostatnie, ratunkowe koło, które warto trzymać z odwagą, gdy będzie nam dane spostrzec, że oto umieramy, że nadszedł koniec ziemskiego etapu rejsu. Słowa pierwsze i ostatnie zarazem: Panie, zmiłuj się, staramy się uczynić jedynymi na każdym kroku monasterskiej drogi do Słowa.
Mniszki zamykają się w słowach modlitwy jak w kajutach.
Pochód czarnych mew przez pokład. Ciągną za sobą na grubych linach wielką, jak tort weselny, cerkiew z pięcioma owocami kopuł. Byle mieć ją przy sobie. Niosą lampiony, świece, wizerunki Bogarodzicy i Ukrzyżowanego. Kielichy papierowych kwiatów, nałożone na świece, chronią drżenie płomyków. Wirydarze zadziwione i uczesane, podobne do grzecznych dzieci, próbują biec za procesją, za kobietami, które oddały kobiecość, macierzyństwo, świadomość. Oddały ciała, zostawiając sobie oddech, ptasią zwinność dłoni i światło twarzy. Oddech zaplatają ze słowami modlitwy Jezusowej w warkocze skupienia. Niewielu ludzi poza monasterem wie, o co chodzi w Modlitwie Jezusowej, i dobrze, albowiem niewiedza i eksperyment z tym, co należy do sacrum, nie są bezpieczne. Dłonie mniszek piszą ikony, kroją chleby, arbuzy. Wiążą czotki. W czasie pracy usta mniszek smakują wersety psalmów.
Mniszka jest kobietą bez kobiety. Ból i trud zapisał na twarzy zgniecenia i fałdy. Wiatr porywa mniszkę w czarnym worku pokory. Wróg natury ludzkiej miota teraz, przez żywioł, ciałem bez ciała i uwagą skupioną na sercu, dokąd zagląda umysł. Zawierucha zewnętrzna ma uczynić spustoszenie wewnętrzne: rozbić i rozproszyć starania umysłu. Monaszka emanuje pięknem widzialnym, które gasi skromnością. Unika lustra, które nie jest popularne w monasterze, by ustrzec przed próżnością ciekawości i kłamstwem demonów. Czarna mewa zasłania urodę chustą. Ukrywa strach widoczny na twarzy, nocą paraliżujący oddech. W nocy ten strach szaleje w piersiach pozbawionych piersi, stara się wypchnąć na zewnątrz pijane nadzieją serce, światło twarzy gasi wodospadem łez, na czole odciska rysunek podłogi. Mróz strachu chce zamrozić serce, aby samo wypadło na potłuczenie.
Z twarzy mniszki świeci światło nie z tego świata. Jej rysy napięte uwagą i godnością wyrzeczenia osoby poza płcią, która oddaje życie, by znaleźć Boga, który jest życiem, jakiego nie znamy. Połowa oblicza mniszki należy do piekła, druga – do nieba. Twarz ociosana do piekła i nieba. Ale twarz i dłonie są z nieba i dla nieba. To one służą modlitwie. Mniszce pozostały z widzialnej kobiety: twarz i dłonie. Lecz i one nie są już kobiece. Reszta należy do śmierci. Jest tak czarna, jak noc bez gwiazd, jest tłem na tle, którego twarz i dłonie przypominają pierwsze kwiaty wyrosłe na zimowej glebie. Pośladki, biodra, kibić – wszystko utonęło w czerni. „Śmierć dla prawdziwego życia w Bogu wyzwala” – zauważa anioł w ciele niegdysiejszej kobiety. Twarze światła i ptasie dłonie na tle ruchomej czerni. Teatralne maski i fruwające ręce w spektaklu świętości? Nie. Tu się niczego nie gra. Anioł o imieniu Eutymia mówi o czystości umysłu. W lewej ręce trzyma czotki służące do odliczania modlitw. Ma twarz dziewczynki. Jego dusza nie zestarzeje się nigdy. Rzecze o baśniowości świata, która nie jest uchwytna, bo jej istotą jest Bóg. „A kiedy temu Bogu odda się wszystko, umysł wypełni pokój, a serce ogarnie szczęście nieznane”.
Cisza schroniła się w cerkwi. Czeka na światło śpiewu. Bóg umiłował ciszę, którą uczynił czernią. Cisza leczy dusze w monasterach płynących pod prąd tego, co ziemskie. Śpiew mniszek – niematerialny ogień towarzyszący świecom i zapalający dusze do widzenia. Łampady kroczą karawaną bożej służby. Szecherezada musiała być piękna jak cerkiewna łampada. Roztropna mniszka dotyka lampy. Łampada parzy ażurem zdobionym kolorowymi kamieniami. Dłoń pieści dziecię orientu. Łampada pokonuje mrok ciszy. Świece odzyskują życie. Wyłania się twarz najstarszej z mniszek zapatrzonej w głąb serca świata. Święci poruszają się na ikonach w rytmie płomieni.
Czytanie. Szelest przewracanych kartek na analogionie. Czarne mewy przemieszczają się bez szmeru. Rodzą długo oczekiwane światło. Pierwszy głos rozbłyska pod kopułą cerkwi, by oddać cześć Władcy. Odpowiada mu drugi –wzbija się ogniem przed oblicze Pantokratora: „Chwała Tobie, Boże nasz, chwała Tobie”. Na zewnątrz cerkiew ścieka złotem zachodu. Promień słońca próbuje dostać się do środka, przeciąć tajemnicę strzeżoną przez ikony. Świece odnajdują się w oczach mniszek. To czas wieczerni. Głosy milkną. Mniszki czernieją ciszą. Jeśli czerń była od początku, jeszcze przed stworzeniem, to mniszki, przyoblekając się w czerń, powracają do źródła. Przez cały czas, dniem i nocą, dążą do nieprzeniknionej czerni. Ich ptasio-zwinne dłonie przysiadają na czole, piersi, prawym ramieniu i sercu. Nie mylą się. Robią to przecież tysiące razy, zakluczając dostęp do królestwa wnętrza niepożądanym gościom. Przewracają kartki modlitewników. Prostują spocone świece. Czarne ptaki wciągają powietrze. Jedna dłoń, jak rajski ptak, unosi się przed twarzami mew i rytmicznymi ruchami wyzwala z czerni anielski poblask: „Pieśń Wieczorną”.
Nic nie jest po nic. Lód, który pękł przed monasterem, oznacza to, co zamierzył Pan. Klucz do zrozumienia tkwi w łasce i uwadze. Mniszka nie myśli, gdy może pozwolić sobie na ten nieznany cywilizacji luksus ojców pustyni. Porzuca myśli, obserwując byt w jego prostocie. Wsłuchuje się w niesłyszalną dla nas mowę, utrzymując skupienie w dziecięcej czystości. Od Boga zależy to, jak zresztą wszystko, czy duchowy sens objawi się świadomości odzianej w czerń pokory. Podobno wcale nie chodzi o spekulacje czy pojmowanie czegokolwiek. Podobno sens życia, istnienia, tkwi w przebywaniu, obcowaniu z bliźnim, w którym czule przygląda się nam Stwórca. Pęknięcie lodu może symbolizować wewnętrzny rozpad naszej natury i nie musi. Kamienie i źdźbła potarganej mrozem trawy. Droga, którą podążasz i naraz przeszkoda.
Wszystko po coś.
Nic po nic.
Wszystko też z natury zmierza w górę: rośliny odnajdują pion, drzewa i kwiaty strzelają życiem w niebo i my, zupełnie bezwiednie, odnajdujemy równowagę, jakby do czubka głów przyczepiono nam niewidzialną nić sięgającą poza zasięg naszego wzroku.
– Za dużo chcemy odkryć, a za mało kochamy. Pokora ma fundamentalne znaczenie. Miłość ma fundamentalne znaczenie. Przeszłość nie istnieje i przyszłość nie istnieje, więc oddech, praca rąk i te jedyne słowa w modlitwie są tym, co mamy teraz. I to musi wystarczyć – tłumaczy posłusznica Nadzieja. – Zbędne pytania są dziećmi pychy. Gdybyśmy potrafili usłyszeć Boga, pytania przestałyby istnieć. Powściągnięcie języka jest tu pomocą. Któryś ze starców, nie pamiętam kto, nauczał, że mróz milczenia wycina chwasty grzechu. Przestajesz mówić – zaczynasz słyszeć.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)


Artur Dudziński

Tołgski Monaster Wprowadzenia Matki Bożej do Świątyni leży pod Jarosławiem, właściwie już w granicach miasta. Od 1987 roku żeński, powstał w miejscu objawienia się ikony Bogarodzicy 8 sierpnia 1314 roku.

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token