Numer 4(394)    Kwiecień 2018Numer 4(394)    Kwiecień 2018
fot.Anioł zjawiający się kobietom niosącym wonności. Ikona z końca XV wieku.
Cuda i dziwy gór Troodos
Paweł Krysa
Wreszcie matka nie wytrzymała: jeśli uratujesz, o Pani, nasze dziecko, to poświęcimy je Tobie w tym monasterze już na zawsze – obiecała z głębi zbolałego serca. I wtedy to się stało. Cud. Tak po prostu. Dosłownie w oczach zaczęła opadać gorączka, dziecko przestało majaczyć, a po kilku minutach stało już mocno na nóżkach, ciekawie rozglądając się dokoła. Omal nie zwariowali ze szczęścia! W ciągu kilku chwil ich bezdenna rozpacz zamieniła się w bezgraniczne szczęście!
I nagle ta myśl: zgodnie z obietnicą trzeba teraz zostawić dziecko w monasterze. Nie, to niemożliwe! Nie po to go przecież odzyskali, by znów stracić. Nie! Kiedyś tak, kiedyś, jak już dorośnie, a oni się nim nacieszą, wtedy tak, ofiarują Bogarodzicy syneczka, ale teraz zabiorą go do domu i staną się najszczęśliwszą rodziną na świecie!
I gdy tylko to postanowili, nagle z przeciwległej ściany oderwał się fragment wielkości kamienia, zmierzający z wielką siłą wprost w głowę malca. Matka padła zemdlona. Ojciec zawył z bólu niczym zwierz. A gdy kamień już, już miał uderzyć w główkę dziecka, stał się cud następny. Oto ikona, przed która spędzili tyle godzin i przed którą wymodlili cudowne ocalenie, uratowała malca raz jeszcze, zasłaniając go i przyjmując uderzenie na siebie. Do dnia dzisiejszego ów kamień tkwi na odwrocie ikony Panagii Trooditissy – Matki Bożej Troodoskich Gór – w cypryjskim monasterze w cześć tejże ikony utworzonym.
Doprawdy miejsce to niezwykłe, i to niezwykłe z wielu powodów. Jeden już znacie, a o innych zaraz napiszę. Klasztor, który na Cyprze zwą po prostu Trooditissa, sam w sobie jest już niejako cudem, choćby ze względu na swe położenie. Samotnie, wysoko, niedostępnie, półtora kilometra w pionie od powierzchni morza i lądu, z którego tak czy inaczej tam się dociera. Znajduje się bowiem w samym sercu gór Troodos, królując niejako i nad nimi, i nad całym Cyprem. Dzisiaj podwig i posłuszanije niesie w nim czterdziestu ojców. Tysiąc lat temu zaś, wtedy gdy powstawał, była ich tylko garstka. Tak czy inaczej, zawsze byli tu ze względu na tę cudowną ikonę. Jej autorem jest apostoł Łukasz, który napisał ją już po śmierci Bogarodzicy. Przez wieki wizerunek stanowił jeden z największych skarbów miasta Konstantyna. W ósmym wieku jednak zapanował w nim, tak jak i w całym Bizancjum, ikonoklazm. Wtedy jeden z mnichów klasztoru opiekującego się ikoną otrzymał zadanie uratowania cudownego wizerunku. Na miejsce ucieczki wybrał Cypr, a dokładnie monaster św. Mikołaja koło dzisiejszego Limassol, w którym następnie przeżył ćwierć wieku, sumiennie strzegąc powierzonego mu skarbu. Pewnego dnia jednak na wyspę najechali Arabowie. Wtedy Matka Boża w nocnym widzeniu poleciła zakonnikowi udać się wysoko w góry i schować Jej wizerunek w niedostępnej jaskini, którą mu wskaże. Mnich spełnił polecenie, docierając po kilku dniach wędrówki do pieczary, jaśniejącej nieziemskim światłem. Wydarzenie to miało miejsce w roku 990 i od tego czasu owa jaskinia, a potem wybudowany tuż obok monaster, stał się domem Troodoskiej Matki Bożej.
Klasztor pobudowano w wieku XIII, gdy ludzie z leżącej o wiele niżej wsi z wielkim zaintrygowaniem obserwowali doskonale widoczne w nocy, wysoko w górach, światło. Gdy wreszcie dotarli do jego źródła, okazało się, że dochodzi ze wspomnianej już pieczary, a dokładnie rzecz biorąc ze wspomnianej ikony. Znalazcy nie mieli wątpliwości, że wszystko czego doświadczają, stanowi wolę Panagii (gr. Bogarodzicy). I tak powstał monaster. A wspomniana jaskinia istnieje do dzisiaj i nadal płynie z niej światło, tyle że teraz z niegasnącej łampadki, wiszącej nad kopią cudownej ikony, o równie cudotwórczych właściwościach.
Gdy wraz z żoną wchodzimy do głównej monasterskiej cerkwi, dosłownie wpadamy w ramiona ojca Giennadija. Intryguje mnie to jego imię, zupełnie przecież nie cypryjskie, ani nie greckie. Wyjaśnia, że słyszał, jak rozmawiamy z sobą w jakimś słowiańskim języku, postanowił więc odezwać się do nas po rosyjsku, bo trochę potrafi. Jest styczeń, więc poza nami żywej duszy. Stoimy więc na środku cerkwi, gadamy, gadamy i nagadać się nie możemy. Wreszcie ojciec prowadzi nas do cudownej ikony i opowiada historię opisaną na wstępie. A potem pokazuje kolejne skarby. Pierwszym z nich jest pas, zostawiony tu w darze w dziewiętnastym wieku przez kobietę, która przed ikoną Panagii wymodliła narodziny dziecka. I proszę sobie wyobrazić, że z czasem i na ten pas spłynęło błogosławieństwo Bogarodzicy. Dziś każda kobieta, która ma problemy z zajściem w ciążę, po otrzymaniu błogosławieństwa ihumena, może ów pas na siebie założyć.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Paweł Krysa
fot. autor


Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token