Numer 6(396)    Czerwiec 2018Numer 6(396)    Czerwiec 2018
fot.
Karty życia
Anna Radziukiewicz
Dzielnica Sołomianna Storożka zapewne wzięła swą nazwę od słomianej stróżówki, stojącej gdzieś na skraju Moskwy, dziś włączona linią metra w intensywny krwiobieg miasta. Linia przyciągnęła gmachy akademii rolniczej, wysokie domy, ale ocaliła rozległy park – ogród botaniczny akademii. Tuż przy nim cerkiew, drewniana, dwudziestoletnia, św. Mikołaja Cudotwórcy, odbudowana na fundamentach starej, w której na początku minionego wieku służył nowy męczennik, o. Wasilij Nadieżdin.
– Pochodził z Polski – mówi o nim Helena Fiediukina, polonistka i slawistka, która tu zaproponowała spotkanie. W 1929 roku wieziono go na Sołowki, ale w drodze zachorował na tyfus.
Fiediukina i jej przyjaciółka, reżyserka i dokumentalistka Galina Miedwiediewa, z pasją odkrywają polskie prawosławie. Na Sołomiannoj Storożkie obie znajdują przystań, bo tu proboszczem jest o. Włodzimierz Nowicki. Ma polskie korzenie. Jego dziadek Bolesław-Otto Janowicz Nowicki urodził się w 1899 w suwalskiej guberni, w Kalwarii, wtedy w Królestwie Polskim, dziś na Litwie. Ojciec Bolesława-Ottona, Jan, hipoteczny sekretarz, pochodził z rodziny polskiego marynarza.
Z trzynaściorga dzieci, rodzeństwa Bolesława-Ottona, zostało przy życiu trzech braci i dwie siostry. Wszyscy nosili podwójne imiona, zgodnie z katolicką tradycją. Ich matka, Lina, Niemka z pochodzenia, wychowywała dzieci w niemieckiej dyscyplinie i zabiegała o to, by dzieci władały różnymi językami. I tak Bolesław-Otto znał ojczysty polski, także niemiecki, francuski, rozumiał litewski i jidysz i znał rosyjski, bo chodził do gimnazjum z wykładowym rosyjskim w Mariampolu (to tam, w pobliżu Mariampola, miało miejsce w 1914 roku słynne objawienie się Matki Bożej).
Rok 1914, wybuch wojny, rzuca rodzinę Nowickich najpierw do Wilna, potem do Mokwy, a dokładniej miasteczka Lublino pod Moskwą, gdzie osiedliło się mnóstwo bieżeńców z Polski.
Jesteśmy więc w Moskwie na Sołomiannoj Storożkie. O. Włodzimierz Nowicki, o wyglądzie słusznie zbudowanego kozaka, z długą brodą, w sile wieku, z szerokim gestem, o jasnej twarzy, zaprasza do podziemi cerkwi. Był psychiatrą, zanim przyjął święcenia kapłańskie, tak jak jego ojciec Lubomir, jak mama, jak brat, jak syn. Obok budynek w surowym stanie pomieści parafialną kancelarię, niedzielną szkołę, salę wykładową, pokoje gościnne. Może już za rok przyjmie uczestników konferencji o prawosławiu w Polsce? Bo takie są tu plany – pozostawać w kontakcie z polskim prawosławiem i w ogóle z Polską, kierując się zasadą łutsze chudoj mir, czem choroszaja ssora, czyli lepszy byle jaki pokój niż dobra kłótnia. Tak, do Moskwy docierają echa polskiej rusofobii, tu nie do końca rozumianej. A rozmowy, wyjaśnianie, studia, to najlepszy lek na fobie.
Rozmawiamy po polsku. Polski zna Fiediukina, ojciec Włodzimierz, uczy się go matuszka i nawet Swietłana, młoda blondynka, starosta cerkwi, choć polskich korzeni nie ma, ale język jej się podoba.
Ktoś wyjmuje z półki ostanie wydanie Przeglądu Prawosławnego. Tu? Skąd? – jesteśmy z Eugeniuszem Czykwinem zdumieni.
– Prenumeruję Przegląd – odpowiada Helena i po przeczytaniu dostarczam tutaj.
Wiele nas łączy.
Rozmawiamy.
O Augustowskiej Ikonie Matki Bożej.
– Byłam wczoraj u autora książki o Augustowskim Objawieniu Matki Bożej – mówi Helena. – Ma siedemdziesiąt lat. Jest chory. Nie wstaje już z łóżka. Zaniosłam mu ikonkę, przedstawiającą objawienie, wydrukowaną w Polsce, którą zobaczyłam w cerkwi Chrystusa Zbawiciela. Ucieszył się. Jego książka miała już w Rosji cztery wydania. Autor jeździł do Augustowa, do Mariampola, bo to dokładnie w lesie pod Mariampolem miało miejsce objawienie. Tam zbierał materiały. Też byłam w Augustowie – dodaje. – Odnalazłam cerkiew, gdzieś w podwórku, mieści się w dawnym warsztacie.
Było nam w Moskwie nieswojo, że na ziemi, gdzie miało miejsce takie objawienie, cerkiew w warsztacie! Ale wtedy, w 1914 roku, murowana duża cerkiew stała i w Suwałkach, i w Augustowie. Obie przejął po wojnie Kościół rzymskokatolicki. Teraz jest wznoszona nowa, niewielka, poza centrum miasta.
I wraca jeszcze temat wspólnego świętego, nowego męczennika o. Romana (Miedwiedia). Galina, niestety dziś nieobecna, nakręciła o nim film, Helena napisała artykuł i jest pewna, że czekają nas kolejne odkrycia na temat św. Romana, urodzonego w Zamościu, Małorusa – tak określał swą narodowość – ucznia późniejszego patriarchy Tichona (Bielawina) i jego pomocnika, który do moskiewskiego świata wniósł tak dużo małoruskiej, czyli naszej, duchowości, który ludzi świeckich wciągał w życie Cerkwi i odpowiedzialność za nią, organizując w Moskwie niezwykle szeroki ruch bractwa, jak w Rzeczypospolitej w czasach unii brzeskiej.
O. prot. Włodzimierz Nowicki wręcza nam dwie książki, obie jego autorstwa – jedna o dziadku, druga o ojcu. Na okładkach portrety – przystojnych mężczyzn o bujnych włosach, zdecydowanym spojrzeniu, w żołnierskich mundurach – dziadka i ojca. W nich trudne historie, nie podręcznikowe, dalekie od ideologii dziś obowiązującej.
Prawosławny duchowny ruskiej Cerkwi pisze o dziadku katoliku, Polaku, który podczas rewolucji październikowej stanął po stronie czerwonych, potem pracował w organie bezpieczeństwa sowieckiej władzy, w mrożącym krew w żyłach CzK (Ogólnorosyjskiej Nadzwyczajnej Komisji), którą stworzył i kierował nią Polak – „żelazny” Feliks Edmundowicz Dzierżyński.
W książce o dziadku jakby zaprzeczanie myślowym schematom. To przyjmowanie świata w całej jego złożoności, nieprzewidywalnych wyborach. Wnuk rozminął się na tym świecie z dziadkiem. Nigdy go nie widział. W domu cóż o nim słyszał? Że przepadał w pracy na całe dnie, zawsze kierował się sumieniem, o pracy nie opowiadał, osiągnięciami się nie chwalił, że wracał z pracy w dobrym nastroju i wszystkich zarażał optymizmem. Dobrze grał na fortepianie, lubił śpiewać, pięknie mówił. Wiele rozmawiał i to pa dusze z córką Wacławą. Syna Lubomira wychowywał po męsku. Dla współpracowników i przyjaciół był autorytetem.
Tyle wiedział o dziadku i niewiele poza tym. Ale jego biografia nie dawała mu spokoju. Wiele czasu, sił, zdecydowania i cierpliwości potrzebował, by ją odtworzyć, w archiwach całej Rosji przede wszystkim. Jednocześnie pozwoliło mu to spojrzeć na wiry rewolucji, w której młyn była wciągana nie tylko Rosja, ale i świat cały.
O wydarzeniach sprzed stulecia o. Nowicki pisze: „Rewolucja runęła na Rosję natychmiast i niszcząc wszystko. Kraj w jednej chwili został porażony jej chorobą, niszczony do podstaw, a naród wpadł w chaos i smutę”. Rewolucję nazywa huraganem, nie znającym tamy, burzącym wszystko na swojej drodze, w swe wiry wciągającym nowe i nowe ofiary. Rewolucję rosyjską, za innymi myślicielami i historykami określa jako katastrofę światową, która uderzyła tak, że zachwiała Rosją, ale i całym światem.
Dziadek nie brał udziału w rewolucyjnych wydarzeniach października 1917. Nie chciał, według jego słów, „psuć duszy”. Chroniło go jeszcze jego tradycyjne, religijne wychowanie. Ale nie mogąc dalej się uczyć, stał się proletariuszem, robotnikiem. Mając 19 lat ożenił się z Darią z riazańskiej guberni. Ślub wzięli w moskiewskim kościele św. Apostołów Piotra i Pawła. Urodziła się im Wacława (1922) i Lubomir (1923). Zostali w Moskwie, choć rodzice i rodzeństwo Bolesława wrócili do Polski.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Anna Radziukiewicz
fot. autorka i z archiwum
o. Włodzimierza Nowickiego

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token