Numer 6(396)    Czerwiec 2018Numer 6(396)    Czerwiec 2018
fot.
Badacz starego typu
Dorota Wysocka
Staroobrzędowcom poświęcił profesor dwie książki i mnóstwo artykułów. Książki to wydana już ponad czterdzieści lat temu „Z dziejów staroobrzędowców na ziemiach polskich”, praca fundamentalna, ceniona w świecie, mimo upływu lat wciąż podstawowe źródło wiedzy o tej grupie mieszkańców naszego kraju, ich przeszłości i współczesności, która też stała się już przeszłością, i „Droga Konstantyna Gołubowa od starowierstwa do prawosławia. Karty z dziejów duchowości rosyjskiej drugiej połowy XIX wieku", której długi tytuł, sugerujący przyczynkarski drobiazg (Gołubow to drukarz z Wojnowa na Mazurach, który z czasem został duchownym), w istocie otwiera wprowadzenie w złożony splot idei, sporów, konfliktów, jakie przetaczały się przez staroobrzędową społeczność już nie tylko na ziemiach polskich. Bez ich lektury nie sposób zrozumieć, z czego wynikł dramat – wielomilionowej, warto pamiętać – rzeszy wiernych rosyjskiej Cerkwi prawosławnej, która w XVII wieku odrzuciła reformy, wprowadzane przez patriarchę Nikona. Reformy miały charakter liturgiczny i obrzędowy, ich celem było usunięcie, w oparciu o wzorce greckie, uznane za najbliższe pierwotnym źródłom, błędów, zniekształceń i naleciałości, narosłych przez stulecia w księgach liturgicznych i tradycjach obrzędowych. Trafiły jednak na silny opór. O ile kontrowersje teologiczne zajmowały wąską grupę ludzi wykształconych, o tyle pisownia imienia Jezus, sposoby bicia pokłonów czy czynienia znaku krzyża zajmowały wszystkich. Na opór władza odpowiedziała prześladowaniami, a te skłoniły część zwolenników starego obrzędu do ucieczki poza granice Rosji, także do Rzeczypospolitej. Taka jest w dużym bardzo uproszczeniu geneza ich obecności w naszym kraju, na Suwalszczyźnie i Mazurach, gdzie trafili w latach 30. XIX stulecia, gdy i część Rzeczypospolitej znalazła się pod rosyjskim panowaniem.
Tajemnica naukowych osiągnięć profesora Iwańca nie kryje się w wyborze obiektu badań, a w sposobie, w jaki je przeprowadzał. Były to najprawdziwsze badania terenowe, trwająca latami obecność w życiu wiejskiej ludności, która jeszcze w latach sześćdziesiątych nie asymilowała się, zachowując wyraźną odrębność. Dla sąsiadów byli archaiczni, dla nielicznych wówczas turystów – egzotyczni. Spał w ich domach, jadł z nimi, rozmawiał – i słuchał. Przyjmowano go życzliwie i obdarzano zaufaniem. Był „swój”.
– Doskonale znałem język, ukończyłem przecież na Uniwersytecie Łódzkim filologię rosyjską – opowiadał mi przed laty. – Znałem też cerkiewnosłowiański, literaturę staroruską. Samodzielnie, profesjonalnie robiłem im zdjęcia, jestem przecież absolwentem gimnazjum fotograficznego. I miałem doskonałą kondycję fizyczną, wyczynowo biegałem przez płotki w Łódzkim Klubie Sportowym. Autobusów wówczas niemal nie było, od wsi do wsi chodziłem piechotą.
Widziałem świat, jakiego już nie ma, nie tylko dlatego, że doprowadzono elektryczność i życie stało się łatwiejsze. Mazurscy staroobrzędowcy w większości wyjechali do Niemiec, a młode pokolenie tych spod Augustowa czy Suwałk nie chce już przestrzegać surowych rygorów obyczajowych.
Świat, o którym pisze profesor Iwaniec, rzeczywiście już się rozpłynął, ale i, jak zaznaczyłam, nikt tak badań nie prowadzi. Obowiązujący na uczelniach system grantów nie daje po prostu na to czasu. Trzeba przygotować projekt badań, przeprowadzić je jak najszybciej i w określonym czasie zamknąć publikacją. Nic dziwnego, że powstają prace i fragmentaryczne, i powierzchowne, o co niekiedy trudno mieć pretensje.
Uczestniczyłam wraz z profesorem w poświęconej staroobrzędowcom konferencji naukowej i widziałam, jaką przewagę daje mu to, że nie tylko czytał o tym, o czym mówi, ale i dotknął realnych problemów, na ogół z zewnątrz niewidocznych. W swojej dziedzinie z pewnością jest ekspertem, znakomitością.
Wiedza Eugeniusza Iwańca też jednak nie tylko z rozmów się bierze. Kiedy powstawała pierwsza praca, w Polsce rzeczywiście brakowało jeszcze specjalistów od tych zagadnień. I ich, i odpowiednią literaturę, odnalazł w Związku Radzieckim. I tam kręgi staroobrzędowe, już nie prostych, wiejskich ludzi, a intelektualistów wysokiej klasy, przyjęły go otwarcie, ułatwiły dostęp do odpowiedniej literatury, do zasobów archiwalnych, pozwoliły zgromadzić doskonałą bibliotekę, która – jak żartuje Eugeniusz Iwaniec – pochłonęła cały materialny dorobek życia. Druga praca, erudycyjna, już by bez głębokiego zaplecza naukowego nie powstała.
Teraz zbiory fotografii, nagrań, archiwaliów stopniowo trafiają do muzeum regionalnego w Suwałkach. Temat staroobrzędowców, pod względem naukowym, profesor uważa za zamknięty.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Dorota Wysocka
fot. Krzysztof Snarski




Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token