Numer 6(396)    Czerwiec 2018Numer 6(396)    Czerwiec 2018
fot.
Architekt w monasterze
Anna Radziukiewicz
Polinę Gridasową spotykamy w kałuskiej Pustyni św. Tichona. To wysoka kobieta o twarzy jasnej, dobrze wyrzeźbionej, z odbiciem blasku wewnętrznej ciszy. Jest moskwianką. Skończyła prestiżowy Moskiewski Instytut Architektury. Jej mama to profesor architektury z czterdziestoletnim stażem pedagogicznym. Dziadek, Aleksander Roczegow, to pierwszy rektor założonej przez niego Rosyjskiej Akademii Architektury i Nauk Budowlanych, laureat Państwowej Nagrody ZSRR. Ona mogła projektować aquaparki, wielopiętrowe domy, biurowce dla międzynarodowych korporacji. Mogła wyjechać do Jerozolimy i tam projektować. A ona?
Nie, w dzieciństwie nie chodziła do cerkwi, chyba że świecę postawić, tak obrzędowo.
W marcu 1999 roku o. Grigorij, hieromnich i architekt, zaprosił swoich byłych nauczycieli, rodziców Poliny, do kałuskiego monasteru. Panował silny mróz. Powód? Rozkopano teren, na którym stał sobór Przemienienia Pańskiego, nad relikwiami św. Tichona Kałuskiego. Wszystko otwarte. Co poradzą architekci? Czy można odbudować zrujnowaną świątynię?
Rodzice Poliny wrócili do Moskwy. Opowiadali o monasterze, o świętym źródle, w którym się zanurzyli w trzaskający mróz i swoim ogromnym zdumieniu, że się nie przeziębili. I o tym, że ich, jak szanowanych gości, przyjął ihumen monasteru, o. Tichon.
– Mamy już projekt soboru – powiedział o. Tichon. – Trzeba tylko zrobić pomiary jego ocalałych fundamentów. I wyciągnął niedużą kartkę papieru z kolorowym rysunkiem cerkwi. Inspiracją dla rysownika była XIX-wieczna fotografia soboru.
Projektu nie ma – stało się jasne dla rodziców Poliny.
– Tak – powiedziała mama Poliny – trzeba będzie przyjechać tu latem ze studentami i zacząć od pomiarów…
Przyjechała, także z Poliną. Upał był nie do wytrzymania. Studenci pływali we własnym pocie. Narzekali. I ze zdumieniem patrzyli na czarne postacie mnichów, uwijających się w monasterze, jakby ich upał nie dotykał.
– Monaster wstrząsnął moimi rodzicami, zachwyt nad tym miejsce po prostu osiadł w ich sercach – mówi Polina. – A i mojego serca dotknęło podobne uczucie. Tydzień przed pracami na ruinach soboru uroczyście wspominano w monasterze św. Tichona Kałuskiego. Liturgię służył patriarcha Aleksy II. A mnie poraziło piękno służby i wzajemnych kontaktów mnichów i ludzi świeckich. Akurat wtedy miałam dokonać wyboru po zakończeniu studiów. A tu, jakby fala mnie przykryła, dziwna – a czego jeszcze potrzebuję, pytałam siebie, jeśli nie tego właśnie miejsca. Z drugiej strony dręczyły mnie wątpliwości – tyle we mnie włożono, w moje kształcenie. A ja tego nie wykorzystam?
Polina pojechała z przyjaciółmi do Troicko-Siergiejewskiej Ławry. Zwróciła się z serdeczną modlitwą – prośbą do św. Sergiusza, by pomógł dokonać wyboru życiowej drogi.
– Uważam, że św. Sergiusz wyprawił mnie do św. Tichona, swego duchowego wnuka – dziś mówi. I pomógł znaleźć sens życia w służbie dla monasteru.
– A co na to rodzice?
– Przez kilka lat cierpieli z powodu mojego wyboru. Jeszcze czego, ich „domowe dziecko”, z własnej woli wyprawiło się na wieś! Ich dziecko, z rodziny architektów z pokolenia na pokolenie, mieszka w surowej, wilgotnej celi z piecem, z wygódką na dworze, chodzi po ruinach cerkwi i obmierza je metalowym metrem! Na początku na różne sposoby próbowali mnie stamtąd „wydłubać”. A i zaprzyjaźniony z rodzicami diakon często przypominał, że w Jerozolimie czeka na mnie prestiżowy projekt. A ja dosłownie przykleiłam się do kałuskiego monasteru. I co miałam odpowiedzieć? Że kiedy schodzę na rozkopane fundamenty cerkwi, gdzie pod ziemią znajdują się relikwie św. Tichona, czuję się, jakbym była w centrum wszechświata i że nigdzie stąd nie odejdę? I że miałabym wrócić do Moskwy i projektować bogatym domy?
– Św. Tichon, jego modlitwy i mądrość naszego archimandryty Tichona, stworzyły taki surowy i radosny duchowy świat, w którym żyjesz jak na ukochanej planecie. A jeśli chodzi o moich rodziców, stopniowo zaczęli tu przyjeżdżać, pomagać mi i dziś życia bez monasteru sobie nie wyobrażają.
W kałuskiej pustyni nazywają archimandrytę Tichona generatorem idei, które, zdawałoby się ze względów materialnych, nie mają szans na realizację. A jednak! Ojciec Tichon mówi: „Pomodlimy się do Pana”! Albo: „Sama Królowa Niebios wszystko urządzi”.
Polina jest podporą o. Tichona w jego ideach – projektuje, nadzoruje, dorzuca własne. Opowiada, jak było z cerkwią Włodzimierskiej Ikony, położoną trzy kilometry od pustyni, w zakolu Ugry. O. Tichon wyświęcał rodzinie dom. Po czym stanął w jego oknie i powiedział: „Widzę tu chram!”. – Gdzie? Tu? – zakrzyknęli gospodarze, w takiej odległości od monasteru? Wtedy wydawało się to nierealne.
– Minęło dziesięć lat i na tym miejscu stoi piękna białośnieżna cerkiew – mówi Polina. – Mieszkam obok skitu z tą cerkwią. Kiedy budzę się rano, przed moimi oczami staje cerkiew i od nowa przeżywam cud jej rodzenia się na tym świętym dla historii Rusi polu, na którym Wielikoje stojanije w 1480 roku oswobodziło Ruś z tatarsko-mongolskiego jarzma, trwającego 243 lata.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Anna Radziukiewicz
W tekście wykorzystano także wywiad Niny Stawickiej Жемчужина православного зодчества (К единс-тву, Nr 1 2018)


Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token