Numer 7(397)    Lipiec 2018Numer 7(397)    Lipiec 2018
fot.
Prawosławie tu trwa
Ałła Matreńczyk
Sławatycze

Osiemdziesiąt lat temu od maja do lipca, pod nadzorem policji i wojska, burzono wzdłuż Bugu dwie cerkwie prawosławne dziennie. Ta w Sławatyczach, okrzyknięta dziś sławatycką perełką, ocalała. – A miał ją spotkać taki sam los – mówi proboszcz, o. Michał Wasilczyk.
Rozmawiamy na pogoście, cerkiew po remoncie, który przywrócił jej dawną urodę i blask, po prostu zachwyca. Tak ze dwieście metrów dalej leniwie płynie Bug, za nim Białoruś, a do monasteru w Jabłecznej tylko sześć kilometrów. Dzień słoneczny, prawie letni, może taki sam jak przed osiemdziesięciu laty.
Zaczęło się tak. Do wsi wjechały cztery ciężarówki z żołnierzami i robotnikami. Kto żyw, ruszył cerkwi na ratunek, a parafia duża była, ponad dwutysięczna, chociaż już bez batiuszki, którego władze kilka miesięcy wcześniej zmusiły do opuszczenia Sławatycz. Żołnierze zagrodzili drogę, a robotnicy dawaj wynosić anałojczyki i utensylia… Ludzie stali i płakali, zrozpaczeni i bezsilni.
– Co tu się dzieje? – z kościoła stojącego naprzeciwko cerkwi wyszedł ksiądz. – Chcecie burzyć cerkiew? To zacznijcie od kościoła – powiedział.
– Ksiądz wstawia się za cerkwią? – wojskowi i robotnicy nie kryli zdziwienia, bo napięcia na tle religijnym i narodowościowym stawały się coraz większe. Ale odjechali.
Cerkiew stoi do dziś. Nie była pierwszą w Sławatyczach.
– Ta najstarsza, ufundowana przez Ursuła Wołoszyna, dworzanina Aleksandra Jagiellończyka w XV wieku, stała trochę głębiej, za obecną plebanią – proboszcz wskazuje ręką w kierunku północno-wschodnim. – Ale jej lokalizacja w centrum przeszkadzała wizytującej miasteczko w 1721 roku księżnej Annie Radziwiłłównie. Poleciła przenieść cerkiew na przedmieścia, a na jej miejscu zbudować kościół katolicki.
Mijały lata. Przeniesiona „cerkiew zestarzała do tego stopnia, że remontowanie jest niemożliwe” – pisze w sprawozdaniu na początku XX wieku o. Włodzimierz Antonowicz, podejmując zabiegi o wybudowanie nowej. Nie było to łatwe, ale w 1910 roku powstaje komitet budowy. Wybiera miejsce – na wzgórzu głodowym, tam gdzie Radziwiłłowie przed wiekami chcieli zbudować swój zamek, okolony wypełnioną wodami Bugu fosą. Potem – architekta. Wybór pada na Aleksandra Purgina, architekta chełmskiej diecezji, i jego, można by powiedzieć, sprawdzony projekt, według którego wzniesiono aż pięć takich samych cerkwi, także w Kryłowie, Oszczowie w gminie Dołhobyczów, w Krupe i Topólczy koło Szczebrzeszyna (przetrwała tylko cerkiew w Sławatyczach: dwie pierwsze zburzono, dwie kolejne zamieniono na kościoły).
Budowę sfinansował Klaudiusz Paschałow (1843-1924) z małżonką, pracami kierował młody, ale bardzo energiczny przełożony jabłeczyńskiego monasteru, archimandryta Serafin (Ostroumow).
Klaudiusz Paschałow pochodził ze szlacheckiej rodziny w kałuskiej guberni. Nie poszedł w ślady ojca – wojskowego, mamy poetki czy brata – znanego kompozytora romansów. Został prawosławnym pisarzem i publicystą, działaczem społecznym, pracował w Ministerstwie Finansów, a także Chłopskim Rolniczym Banku. Pod koniec XIX wieku został właścicielem majątku pod Tułą, przyjaźnił się z metropolitą chełmskim Eulogiuszem.
Archimandryta Serafin (Ostroumow) wraz ze swym kolegą ze studiów w Akademii Moskiewskiej, archimandrytą Sergiuszem (Korolowem) przyczynił się do niebywałego rozwoju jabłeczyńskiego monasteru, w 1916 roku w Świątyni Chrystusa Zbawiciela w Moskwie został wyświęcony na biskupa bialskiego, potem zginął w Katyniu i został, jako nowomęczennik, kanonizowany.
Ach, jak witali ich sławatyczanie w dzień poświęcenia cerkwi, we wrześniu 1912 roku, pięć tysięcy wiernych wtedy się zebrało. A i monaster w Jabłecznej przeżywał złote lata.
Potem przyszedł 1915, 1938, 1944, 1947, bieżeństwo, burzenie cerkwi, wywózki ludzi, na wschód i zachód. Opustoszały prawosławne nadbużańskie wioski. W 1951 roku na Onufrego przybyło do Jabłecznej 11 osób.
Opustoszała i sławatycka cerkiew. Opuszczona stała się miejscem pijackich libacji, szaletem. Do czasu sławatyckiego cudu. W1950 roku pogranicznicy dostrzegli nad nią niezwykłą, widoczną z odległości dziesięciu kilometrów, światłość. Natychmiast obudzili księdza Pastewskiego, sąsiadów. Ksiądz z ambony nakazał uprzątnąć cerkiew, zabić drzwi. Potem, długo zbierali się pod drzwiami cerkwi starzy ludzie ze Sławatycz, klęczeli, modlili się.
Pisze o tym Maksym Szalecki, późniejszy wieloletni starosta. W 1957 roku wrócił na ojcowiznę do Sławatycz, wcześniej pracował na kolei w Chełmie, dlatego uniknął wywózki. Prowadził po rosyjsku Dniewnik zapisi Sławatyckoj swiatowozniesienskoj cerkwi, w nim zamieszczał relacje najstarszych mieszkańców. Dniewnik trzymał w sekretnej szufladce w anałoju, zapiski odnalazły się dwanaście lat temu, podczas wymiany anałojczyków na nowe.
Rok wcześniej, w 1956, wrócił do Lisznej pod Sławatyczami wywieziony do Szczecinka Jan Hasiuk z rodziną. Z trudem organizował nowe życie. Wojsko, śmierć ojca, ożenek, dzieci, samodzielne prowadzenie gospodarstwa, a na robocie w polu słabo się znał. Zaczynał od żelaznego wozu, potem i budynki gospodarcze postawił, po dziesięć krów dojnych i czterdzieści świniaków trzymał. Tak jak wszyscy mieszkańcy Lisznej jeździł do cerkwi do Jabłecznej. Później zaczął do nich przyjeżdżać młody mnich Sawa, obecny metropolita, paschę w domu Hasiuków święcił, w ich domu odbywały się też lekcje religii dla dzieci. Odpowiadał za nie seminarzysta – Mikołaj Borowik.
A cerkiew wciąż stała i niszczała, ich, ale nie dla nich. Do 1965 roku. Wtedy dzięki staraniom archimandryty Eulogiusza władze zgodziły się na jej otwarcie i przeprowadzenie małych remontów.
– Okna powybijane, drzwi bardzo zniszczone, bo Niemcy podczas wojny w panomarce trzymali psy, w cerkwi latały wróble, przez dziurawy dach lała się woda – wspomina Jan Hasiuk. Przed nabożeństwem kobiety zbierały wodę z podłogi…
Służyli najpierw mnisi z Jabłecznej („gdyby nie klasztor, nie udałoby się tutaj prawosławnym przetrwać” – podkreśla o. Michał Wasilczyk), potem duchowni z okolicznych parafii, także o. Piotr Martyniuk, papa władyki Paisjusza.
Gdy udało się zbudować plebanię w Sławatyczach, batiuszka zamieszkał na stałe. Od szesnastu lat jest nim o. Michał Wasilczyk.
Razem z parafinami od trzech lat dzięki środkom pozyskanym z funduszu norweskiego przeprowadza kapitalny remont świątyni.
– Batiuszka, a byliście w podziemiach – pytali go parafianie, gdy tylko objął parafię.
Teraz w trakcie remontu przed wymianą podłogi przeprowadzono dokładne badania. I lochy są, ale nie da się ich już zrekonstruować, może to pozostałości po Radziwiłłach?
Remont był niezwykle rozległy, koszt niebagatelny, niecałe trzy miliony złotych. Efekt zachwyca.
Jeszcze dziś trwają prace przy ogrodzeniu. Na pogoście zwraca uwagę pamiątkowy krzyż. Z fotografii spogląda Klaudiusz Paschałow, ktitor kilkunastu cerkwi prawosławnych na Chełmszczyźnie i południowym Podlasiu. W ten sposób parafia upamiętniła cały jego ród i wszystkich parafian, którzy odeszli.
Wchodzimy do cerkwi. Wnętrze tchnie świeżością, zwraca uwagę nietypowy ikonostas, jednorzędowy, z dodatkowymi okrągłymi ikonami, umieszczonymi na rozpościerającym się nad ikonostasem łuku. Po lewej stronie duża ikona św.św. Klaudiusza, Elżbiety, Wasilija – opiekunów duchowych ktitora, jego żony i teścia.
– Pięć cerkwi Purgina miało identyczny wystrój wewnętrzny – podkreśla proboszcz. – We dwóch, tych zamienionych na kościoły katolickie, takie same ikony zachowały się do dziś.
W cerkwi jest też ikona św. Serafina (Ostroumowa), jabłeczyńskiego archimandryty, biskupa bieżeńców, jak go nazywano po chirotonii w Moskwie. Nawet tam, w stolicy, nie przestawał myśleć o swym chełmskim ludzie. – W cierniowym wieńcu i jakby na krzyżu jest dzisiaj cała Chełmszczyzna – mówił podczas nareczenija w cerkwi Chrystusa Zbawiciela 2 kwietnia 1916 roku. Zrujnowana przez wojnę, rozrzucona po całej nieogarniętej ziemi ruskiej, znosząca cierpienia, nędzę i złość, w głodzie i chłodzie, a czasami i w znoju, tracąca z powodu chorób swoje dzieci, prawie bliska śmierci – Chełmszczyzna prosi o pomoc. Tak, ciężki krzyż przypadł w udziale Chełmszczyźnie, mojej duchowej ojczyźnie, gdzie Pan sądził mi nieść służbę już dziesięć lat.
Za skrupulatnie przeprowadzony remont parafia została uhonorowana w kwietniu tego roku „laurem konserwatorskim” (konserwator przyznał, że ujęło go to, że parafianie zachowali nawet kaflowe piece). W Sławatyczach, choć w cerkwi zainstalowane jest ogrzewanie podłogowe, nadal się z nich korzysta.
– Opalanie drewnem jest dużo tańsze – przyznaje batiuszka. – Na Rożdiestwo mieliśmy w cerkwi 22 stopnie ciepła, ale palić zacząłem dwa dni przed świętem.
– Gdzie znajduje się najbliższa cerkiew zamieniona na kościół? – pytamy.
– W Hannie – odpowiada batiuszka. – Niedawno ksiądz pokazywał mi odnaleziony pod ołtarzem byłej trzystuletniej cerkwi, od 1924 roku kościoła, duży kamień z literami IC XP HИКA. Podczas remontu starej organistówki natrafił na cerkiewne chorągwie i korony. Planuje je wystawić w minimuzeum czterech wyznań.
– To co było kiedyś a jest teraz, to niebo i ziemia – mówi Jan Hasiuk.

Międzyleś
Przy cerkwi w Międzylesiu stoi krzyż – upamiętnia barbarzyńskie zniszczenie pierwszego drewnianego chramu w 1938 roku. Na krzyżu słowa: „Prijdite do mene wsi strużdeni i obtiażeni i ja zaspokoju was”. Krzyż poświęcił w 1940 roku jeromonach Eulogiusz, absolwent szkoły psalmistów przy monasterze w Jabłecznej, jego późniejszy wieloletni archimandryta.
Międzylesianie, „strużdeni i obtiażeni”, przychodzili pod ten krzyż nie raz. Tak na dobre, nie zdążyli się przecież swoją pierwszą drewnianą cerkwią św. Anny, zbudowaną z własnych składek przez majstra z samej Moskwy w latach 1906-1907, nacieszyć. Odkąd stanęła, choć w dalszym ciągu do odległej o dziesięć kilometrów parafii w Zabłociu należeli, już nie musieli do Zabłocia na nabożeństwa jeździć. Po pierwszej wojnie światowej polskie władze zamknęły cerkiew. Parafianie się nie poddają – listy do wojewody lubelskiego piszą. Z niewielkim skutkiem. Mogą w swojej cerkwi modlić się tylko trzy razy w roku – na Boże Narodzenie, Wielkanoc i na św. Anny. Jak tylko kończą, świątynia jest zamykana i opieczętowywana, a klucze wędrują na policję. W końcu przychodzą trochę lepsze czasy. W 1928 roku otrzymują zgodę na remont cerkwi – władyka grodzieński ją 24 czerwca wyświęca, a metropolita Dionizy już w 1929 roku eryguje samodzielną parafię. Parafia obejmuje Międzyleś, a także okoliczne wsie Matiaszówkę, Ogrodniki i Żuki, liczy 203 domy (w Międzylesiu stoi 109 prawosławnych i siedem rzymskokatolickich). Sytuacja się normalizuje. Nie na długo, bo nadchodzi rok 1938, tragiczny.
Cerkiew w Zahorowie zburzyli – złe wiadomości rozchodzą się szybko. Jest środek lata, dzień po Piotrze i Pawle.
Międzylesianie już wiedzą. Muszą przygotować się na najgorsze. Schodzą się wieczorem do cerkwi, wynoszą i chowają to co najcenniejsze. Zdejmują zakupione kilka miesięcy wcześniej dzwony. Na pożegnanie trzykrotnie uderzają w największy. Płaczą, modlą się. Spędzają w cerkwi całą noc. Całą noc, jakby przeczuwając nieszczęście , we wsi wyją psy. Rano ludzie rozchodzą się do swoich gospodarstw.
Nadchodzi 14 lipca. Maria Daniluk z domu Misijuk miała wtedy dziesięć lat, mieszkała blisko cerkwi i wszystko widziała przez okno.
– Tego ranka tato z mamą pojechali redlić kartofle. – opowiadała przed laty. – Babcia, jak to babcia, coś gotowała. Raptem krzyczy: „Dzieci wstawajcie, bo jadą naszą cerkiew walić”. My do okien. Najpierw usłyszeliśmy szum zbliżających się samochodów. Zaraz potem nadjechały pod cerkiew. Ci z samochodów wyskakiwali przy cerkwi, bili nahajkami ludzi ze wsi. Potem piłami zaczęli ciąć ściany. A nasza cerkiew była wielka i hoża. Wcześniej wynieśli obrazy i czaszę ze Świętymi Darami. Proboszcza nie było na plebanii. W domu rodziców Stefana Kozaka siedział nasz proboszcz. Nie wychodził stamtąd, myślał, że jak nie wyniesie Świętych Darów, to cerkwi nie zburzą. Ale zburzyli. A jeden katolik potem ze wsi powiadał: „o, już cebulkę zniszczyli!”. Na drugi dzień szła matuszka z dziećmi i batiuszką obok cerkwiska. Widząc wszystko zburzone zdążyła tylko krzyknąć: „Opiekujcie się moimi dziećmi”. Ludzie przez wiele dni przychodzili na miejsce gdzie stała cerkiew i modlili się, śpiewali religijne pieśni. A drewno ze zburzonej cerkwi bardzo długo leżało na placu. Ikony i sprzęty z cerkwi podobno wywieziono do Jabłecznej i Zabłocia.
A burzyciele wykreślili ze swojej listy kolejną cerkiew. Którą to już?
Dwa dni później w Warszawie zebrał się sobór biskupów Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego. „Jeszcze tak niedawno nikomu nie mogło przyjść do głowy, że tak bliski jest srogi i niezasłużony cios, który spadnie na świątynie chrześcijańskie w kraju chrześcijańskim, a który można przyrównać do tego, co się dzieje w krajach bezbożniczych” – napisali w specjalnym memorandum do prezydenta, premiera, marszałka Sejmu. „(…) Popełniono okropną niesprawiedliwość, żadne błagania nie były w stanie zmienić tych okrutnych i nieprawych zarządzeń i czynów. Jęki i gorzkie łzy zgnębionego ludu, który naocznie widział zniszczenie i pohańbienie swych świątyń, rzekami płyną do nas i gotowe są pochłonąć nas. I podzielając wielki smutek naszych wiernych, my, arcypasterze Kościoła Prawosławnego w Polsce, łączymy obecnie nasze westchnienia i smutek ze smutkiem naszego ludu, który przejdzie do historii opłakanego 1938 roku, który jako jubileuszowy rok naszego chrztu miał być szczęśliwym i radosnym. (...) Obecnie więc wypowiadamy nasz gorzki smutek przed obliczem Przedstawicieli Najwyższej Władzy Chrześcijańskiej Polski, że tak okropna niesprawiedliwość, z podeptaniem prawdy Chrystusowej i miłości, została dokonana względem nas – chrześcijan w chrześcijańskim kraju”.
Ale ani „gorzki smutek wypowiadany przed obliczem Przedstawicieli Najwyższej Władzy Chrześcijańskiej Polski”, ani wcześniejsze i późniejsze interwencje Soboru, ani łzy i wiernych nie przyniosły żadnego skutku.
„Wśród ludności prawosławnej obojętność i apatia zastępują dotychczasowe wzburzenie” – pisze w sprawozdaniu we wrześniu 1938 roku wojewoda lubelski.
Międzylesianie obojętni nie byli – podczas okupacji krzyż upamiętniający zburzenie cerkwi postawili. I modlili się w jednej z izb niewykończonej szkoły, służył jabłeczyński jeromonach Eulogiusz.
Koniec II wojny światowej nie przyniósł spokoju. Prawosławnych czekały wywózki na wschód, potem w ramach Akcji Wisła, na zachód. Panią Marię, wtedy jeszcze Misijuk wywieziono do ZSRR. Po kilkunastu latach następuje odwilż, rozpoczynają się powroty wygnańców z ziem zachodnich. Pani Maria Daniluk także wraca. Przyjechała pod koniec lat 50. w odwiedziny do rodziny. Wyszła za mąż. I tak już w Międzylesiu została. Tutejsi prawosławni jeżdżą do cerkwi w Zabłociu, bo do tej parafii znowu należą, inni wolą do Sławatycz. Jedni i drudzy podchodzą do swego krzyża i o dawnej cerkwi św. Anny pamiętają. W 1980 roku podejmują decyzję: tu przy krzyżu, gdzie stara cerkiew stała, nową będą budować.
Pracami kierował ówczesny proboszcz Zabłocia o. Piotr Martyniuk, ojciec arcybiskupa Paisjusza. Trzy lata później, po ich ukończeniu, metropolita Bazyli erygował parafię. Jej pierwszym proboszczem był o. Sławomir Bołtryk, teraz, od 1985 roku, jest o. Jan Dmitruk. To 32 rok jego proboszczostwa.
Wchodzimy na plebanię. Ogród tonie w kwiatach.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Ałła Matreńczyk

Korzystałam z referatu
o. Sławomira Kochana z Siedlec Burzenie cerkwi prawosławnej w Holeszowie w 1938 roku na tle dziejów świątyni w okresie międzywojennym
fot. Anna Radziukiewicz
www.cerkiew1938.pl

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token