Numer 7(397)    Lipiec 2018Numer 7(397)    Lipiec 2018
fot.
Zwycięstwo zwyciężonych
o. Konstanty Bondaruk
Chciałbym zwrócić uwagę na głos niezwykle wpływowego w Polsce Kościoła rzymskokatolickiego. Oto w kwietniu 2017 roku opublikowany został przez Radę ds. Społecznych Komisji Episkopatu Polski dokument pod nazwą „Chrześcijański kształt patriotyzmu”. Z jednej strony jest to głos rozsądku, a z drugiej świadczy on o całkowicie odmiennym postrzeganiu tych samych procesów. Czytamy w nim m.in., że „miłość do własnej ojczyzny nigdy nie może być usprawiedliwieniem dla pogardy, agresji oraz przemocy”. Komentatorzy, głównie w internecie, niemal jednogłośnie uznali go za „niezwykle ważny i potrzebny głos Kościoła w kontekście obecnych napięć społecznych”. Hierarchowie z uznaniem pisali o „umocnieniu postaw patriotycznych i poczucia świadomości narodowej”, ale wskazywali także na naganne przejawy „egoizmu narodowego w ostatnich latach, który kultywuje poczucie własnej wyższości, zamyka się na inne wspólnoty narodowe oraz na wspólnotę ogólnoludzką”. W dokumencie znów powtórzono stereotyp o Rzeczpospolitej Jagiellonów, która była przyjaznym, otwartym domem dla prawosławnych, protestantów, Żydów, ludzi różnych języków, kultur, przekonań i religii”. Według dokumentu, „z wielu kart swej historii Polacy mają prawo być dumni. Mamy też obowiązek wzorce te przypominać i przekazywać następnemu pokoleniu, bez przemilczania trudnych, a czasem wstydliwych kart narodowej historii. Patriotyzm zawsze bowiem musi być budowany na prawdzie”. Ogólny sens tego dokumentu jest taki, że w świetle chrześcijańskiego szacunku dla godności człowieka, w Polsce potrzebna jest „roztropna, obiektywna i uczciwa polityka historyczna w poczuciu wspólnoty duchowych wartości ponad różnicami i podziałami…Polska była, jest i powinna pozostać we współczesnej Europie i świecie symbolem solidarności, otwartości i gościnności”.
W tym ostatnim zdaniu o „uczciwej polityce historycznej” jest ewidentna sprzeczność. Rzecz w tym, że – moim zdaniem – historia nie może być przedmiotem polityki. Polityka zakłada „zarządzanie”, „dysponowanie”, „użytkowanie”, ale faktami historycznymi nie wolno rozporządzać ani dysponować wybiórczo, według swojego obecnego uznania. To prowadzi do manipulacji faktami. Tak więc „polityka historyczna” to dwa wykluczające się pojęcia. Te same rzeczy mogą być raz wyolbrzymione, raz przemilczane, innym razem przeinaczone a jeszcze innym razem dowolnie zinterpretowane. To dlatego Julian Tuwim w „Kwiatach polskich” pisał: „Przywróć nam… słowom naszym, Zmienionym chytrze przez krętaczy, Jedyność przywróć i prawdziwość: Niech prawo zawsze prawo znaczy, A sprawiedliwość – sprawiedliwość”.
Wspomniany dokument ma charakter ściśle życzeniowy. Zawarta jest w nim półprawda, czyli nieprawda. Oczywiście dobrze byłoby gdyby Polska była uosobieniem cnót, jednak w przeszłości i obecnie Polska tylko sporadycznie bywała „solidarna, otwarta i gościnna”. Jakkolwiek nie jestem historykiem, to umiem czytać i analizować. Okres międzywojenny, na którym w danym wypadku się koncentrujemy, znam nie tyle z publikacji, co z opowieści mych rodziców. Młodsza o pięć lat od ojca moja matka urodziła się w Kostromie w 1915 roku, w bieżeństwie. Do polskiej szkoły powszechnej oboje rodzice chodzili w Krynkach, miasteczku zamieszkałym w większości przez Żydów. Pobrali się tuż przed wojną. Ojciec uczestniczył w kampanii wrześniowej w armii „Narew”. Jako prawosławni chłopi i Białorusini, swą młodość w okresie międzywojennym rodzice wspominali generalnie źle, jako okres biedy, kontrastów społecznych, dyskryminacji i pogardy dla wszystkich mniejszości. O ogólnej, oficjalnej polityce w stosunku do Żydów, jaki wyłania się ze wspomnień rodziców, nie wspomnę, bo to osobny temat. Dość powiedzieć, że mimo iż w moich rodzinnych stronach mniejszości akurat stanowiły większość, to również prawosławni Białorusini, bezgranicznie lojalni wobec państwa, jako niekatolicy, a więc niepełnowartościowi Polacy, dosłownie na każdym kroku odczuwali wzgardę i żyli z piętnem obywateli drugiej kategorii. O burzeniu cerkwi gdzieś na Chełmszczyźnie i Południowym Podlasiu moi rodzice nic nie słyszeli, bo też i nikt o tym nie mówił. Za to w drugiej połowie lat 40. boleśnie odczuli na sobie działalność zbrojnego podziemia. Terroryzowało ono prawosławnych, nakazując im wyjazd na wschód. Dziś honoruje się ich jako bohaterów, żołnierzy wyklętych, ale to z ich rąk zginęli Męczennicy Chełmscy i Podlascy, których wspominamy w pierwszą niedzielę czerwca. Natomiast ludzi tacy jak moi rodzice poznali ich po prostu jako bandytów i grabieżców, stąd najłagodniejszymi określeniami w naszych stronach były „kożusznicy” i „słoninnicy”. Jeżeli pamięć historyczna ma się opierać „na prawdzie”, to właśnie taka była prawda.

BŁĘDNE ZAŁOŻENIA
W odniesieniu do tragicznych wydarzeń lat dwudziestych i trzydziestych XX wieku trzeba uczciwie przyznać, że budowanie zrębów niepodległego państwa przeprowadzane były wedle zasady „cel uświęca środki”. Tylko co to za cel, który wymaga niegodnych środków? Kiedy ponad jedną trzecią polskiego społeczeństwa stanowiły mniejszości religijne i narodowe, to w stosunku do nich potrzebna była wyjątkowo rozważna, taktowna i dalekosiężna polityka. Natomiast wszystko, co czyniono w szczególności z prawosławnymi, wynikało z nieprawdziwych przesłanek.
NIEPRAWDĄ BYŁO to, że prawosławni to zrusyfikowani podczas zaborów Polacy i katolicy. Nie. Było raczej odwrotnie, o czym świadczą największe rody magnackie: Sapiehowie, Czartoryscy, Chodkiewiczowie, itd. Wielkie nazwiska z polskiej historii to wcześniejsi prawosławni Rusini z Wielkiego Księstwa Litewskiego.
NIEWINNA i z gruntu słuszna nazwa „rewindykacja”, w sprawach majątkowych nie była przywróceniem sprawiedliwości dziejowej, lecz jedynie pretekstem do całkowitego wyrugowania prawosławia. Historycy ustalili, że tylko trzy do pięciu procent odebranych prawosławnym świątyń kiedykolwiek należały do unitów lub katolików. Wśród zburzonych cerkwi były bardzo stare, te sprzed unii brzeskiej, jak i wzniesione po jej likwidacji. Tylko pewne, jakkolwiek kontrowersyjne, uzasadnienie może być zastosowane wobec tzw. cerkwi – symboli caratu. Kiedy św. Jan Kronsztadzki przepowiadał rychłe zburzenie soboru św. Aleksandra na Placu Saskim w Warszawie, to prawdopodobnie nie pochwalał on demonstracyjnej budowy cerkwi w samym sercu rdzennie polskich miast. Oczywiście prawosławni mieszkańcy w jakimkolwiek miejscu w Polsce nie ponoszą odpowiedzialności za to gdzie i kiedy wznoszono okazałe cerkwie w rdzennie polskich miastach. Nikt ich nie pytał o zdanie i nikt ich nie powinien obarczać odpowiedzialnością za działania caratu. Naszych przodków nawet w wypadku bieżeństwa nie pytano o zdanie!
TYLKO CZĘŚCIOWO PRAWDZIWE JEST stwierdzenie, że celem władz sanacyjnych było przezwyciężenie rusyfikacyjnej spuścizny zaborów. Nie chodziło tylko o to. Chodziło o przymusową polonizację tych, którzy w większości uważali się za Ukraińców, Białorusinów albo „Ruskich” (prawosławnych) lub „Tutejszych”. W przypadku Chełmszczyzny chodziło o coś więcej. Historycznie to był specyficzny region noszący nazwę „Chołmskaja Ruś” (każdy zainteresowany sam może zgłębić ten temat). Stanowisko rządu i Kościoła katolickiego było takie, że „Rola Cerkwi musi odpowiadać polskiej państwowej racji stanu, a więc być czynnikiem oddziałującym w duchu tej racji stanu, wiązać obywateli w pierwszym rzędzie z Państwem Polskim, a w odniesieniu do Lubelszczyzny musi być czynnikiem polonizacji. Dążymy do polonizacji prawosławia” (wojewoda lubelski Józef Rożniecki, 1935 rok). „W Polsce tylko Polacy są gospodarzami, pełnoprawnymi obywatelami i tylko oni mają coś w Polsce do powiedzenia. Wszyscy inni będą jedynie tolerowani” (płk Marian Turkowski). W tym stanie rzeczy prawosławny nie mógł być prawdziwym Polakiem, ani nawet lojalnym obywatelem. Natomiast jeśli stanie się najpierw unitą, potem katolikiem, jest nadzieja, że z czasem będzie „normalnym” Polakiem. Jeśli nie chce tego zrobić, trzeba go do tego zmusić. Jeśli nie można mu odebrać języka ojczystego i kultury, trzeba go najpierw pozbawić możliwości praktykowania swej wiary. Dla prawosławnego człowieka, rozmiłowanego w pięknie Domu Bożego, zburzenie cerkwi jest największym z możliwych świętokradztwem, zniewagą i okrucieństwem, jakby ktoś chciał człowiekowi wyrwać serce.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

o. Konstanty Bondaruk

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token