Numer 8(398)    Sierpień 2018Numer 8(398)    Sierpień 2018
fot.Anna Radziukiewicz
Arcach, czyli ormiańskie Kosowo
Paweł Krysa
Arcach to kraina wysokogórska, tylko na wschodzie przechodząca w żyzną dolinę. W porównaniu z macierzystą Armenią mnóstwo tu zieleni, za to ludzi niewielu, wszystkiego 150 tysięcy, z czego połowa mieszka w stolicy. Kraina rzeczywiście widokowo przepiękna, a do tego bardzo spokojna i bezpieczna, choć Internet oczywiście twierdzi dokładnie odwrotnie. Do dotyczącej wschodu dezinformacji zdążyłem już jednak przywyknąć, więc nie robi na mnie żadnego wrażenia.
O konflikcie karabachskim wypisano morze atramentu, choć kwestia, czy są to ziemie ormiańskie czy azerskie, w rzeczywistości jest bardzo prosta. Można się o tym przekonać samemu, sięgając po mapę Armenii, wydaną w Niemczech, a dostępną w każdej lepszej polskiej księgarni. Widać na niej doskonale, że wszystkie zabytki w Karabachu to wyłącznie monastery i cerkwie. Nadal czynne lub w ruinie, ale na pewno chrześcijańskie, a Azerowie to przecież muzułmanie, którzy na te tereny przywędrowali dopiero z końcem XVI wieku. Jakże więc mogą się równać z dwoma tysiącami lat chrześcijaństwa stale tu obecnego?
Azerowie to nie tylko muzułmanie, ale i najbliżsi krewni Turków. Niektórzy naukowcy mówią nawet wprost, że „Azerbejdżan i jego naród to pomysł Turków na osaczenie Armenii”. Taka koncepcja w nowożytnej polityce nie jest niczym nowym. Tuż po pierwszej wojnie światowej zwycięskie mocarstwa poparły pokonaną Turcję przeciw Ormianom. Dlaczego? Dla kasy oczywiście, bo wszystkich nęciła kaspijska ropa. Ustalono więc, by poprzeć przegrane imperium, które pomimo tego i tak ma w swym ręku władze z Baku. A później identyczne stanowisko zajął Stalin, choć z innych już całkiem powodów. Nagradzał bowiem wiernych Azerów, przeciwstawiając ich wciąż marzącym o niepodległości Ormianom. Z tego też powodu okrążył ich kraj muzułmanami, oddając Azerbejdżanowi prastary ormiański Nachiczewan oraz Karabach. Ten ostatni uzyskał co prawda status autonomii w składzie socjalistycznej republiki azerskiej, ale Baku oczywiście niespecjalnie się tym przejmowało.
Do tragedii doszło po rozpadzie ZSRR, gdy obydwa państwa ogłosiły niepodległość i zażądały Arcachu dla siebie. Wybuchła wojna, w której Turcja wsparła oczywiście swych azerskich pobratymców, zamykając granice i wspólnie blokując trzy czwarte terytorium Armenii, co trwa zresztą do dziś. Gdyby nie wsparcie Rosji oraz potężnej ormiańskiej diaspory, sytuacja najstarszego chrześcijańskiego kraju świata wyglądałaby beznadziejnie. „Gdyby nie Ruscy, to Turcy i Azerowie zjedliby nas w ciągu doby” – to powszechna opinia ormiańskiej i karabachskiej ulicy.
Granica pomiędzy Armenią a Arcachem to czysta formalność. Ormian i Karabachców nikt tu nie kontroluje, a sprawę z innostrancami załatwiają błyskawicznie. Wpisujemy się więc do zeszyciku pogranicznika i już. – Tylko nie zapomnijcie o wizie – informuje – dostaniecie ją od ręki w Stepanakercie. Rzeczywiście, wszystkie formalności trwały moment, a na moje pytanie, po co to wszystko, urzędnik wskazał na kwotę 3000 dram (20 zł). Dla was to drobiazg, a dla nas zawsze coś – krótko, zwięźle i logicznie. Zapłaciłem więc bez gadania i schowałem na pamiątkę karteczkę z arcachską wizą.
Stepanakert to ładne, czyste, pełne zieleni przestronne miasto. Czysto europejskie, mogłoby więc znajdować się wszędzie, od Karpat po Alpy. Ale leży tu gdzie leży, co wcale nie oznacza, że w złym miejscu się znajduje. Tak przynajmniej twierdzą mieszkańcy, których zagadujemy na ulicy. Jest powszedni dzień, godzina 22, a oni tłumnie spacerują po centrum. Są zadowoleni z życia – tak twierdzą – a teraz czują się bezpiecznie. Zarabiają nie najgorzej, więc nie widzą powodów do narzekań. Pewnie, że w czasie wojny było strasznie, ale od tamtego czasu minęło już ćwierć wieku, więc i demony gdzieś się pochowały. Nastał czas spokoju i stabilizacji, a że szanse na nowy konflikt raczej niewielkie, nie widzą powodu do większych zmartwień.
Ścisłe centrum arcachskiej stolicy tonie w zieleni, tak czy inaczej prowadząc do głównego placu, przy którym mają siedzibę budynki rządowe. Pałac prezydencji wygląda jak pałac. Dziwi tylko fakt, że drzwi do niego zawsze są otwarte, a strażników brak. Decyzją prezydenta każdy obywatel może bowiem się do niego dostać i pogadać. Nie lubi też prezydent obstawy i często jeździ po pararepublice sam, własnym autem. Za to budynek parlamentu oraz domu weterana budzą zdumienie, gdyż zbudowano je w kształcie cerkwi. Z drugiej jednak strony, czy taka architektura w jednej z kolebek ormiańskiego chrześcijaństwa powinna wzbudzać aż takie zdumienie?
W takim układzie czas na prawdziwe cerkwie Stepanakertu. I tu ogarnia mnie zdumienie, bo jest tylko jedna, a wielki sobór dopiero się buduje. Trudno mi w to uwierzyć. Jedna cerkiew w siedemdziesięciotysięcznym mieście?! No cóż, te siedemdziesiąt lat ateizmu strasznie przeorało naszą religijność – jakby się tłumaczyli. – Cerkiew, religia, wiara, mają dla nas nadal ogromne znaczenie, ale chyba bardziej w wymiarze narodowym i narodowotwórczym niż codziennym. Mówiąc wprost, cerkiew to dla nas świętość, ale nie jesteśmy bardzo gorliwi i praktykujący. A jak ktoś ma prawdziwą potrzebę, to jedzie przede wszystkim do monasteru. Tam są mnisi, tam są nasze skarby duchowe, religijne i narodowe, i tam bije serce Arcachu.
Czas więc najwyższy na te monastery, ale póki co zaczynam wręcz na siłę szukać śladów wojny, bo po prostu nigdzie ich nie ma. Co najwyżej mogłaby na to wskazywać liczba umundurowanych mężczyzn. Okazuje się, że rzeczywiście dużo osób pracuje w armii oraz związanych z nią instytucjach, a śladów wojny – gdy się nie wie, gdzie szukać – to się nie zobaczy. Wiozą mnie więc do sąsiedniej Szuszy oraz na sam koniec Karabachu, pod miasto-widmo Agdam. W czasie wojny zostało zrównane z ziemią, a po ostatniej ofensywie azerskiej przed dziesięcioma laty Ormianie odebrali im jeszcze pas ziemi o szerokości 40 kilometrów, by nie byli w stanie ostrzeliwać Arcachu ciężką artylerią. Od tego czasu jest w sumie spokój, a ponieważ Azerowie z każdą ofensywą więcej tracili niż zyskiwali, to z czasem odpuścili. Od czasu do czasu ktoś tam na samej granicy jeszcze strzela, ale tylko tak po prostu, „byśmy nie zapomnieli”. No i co najważniejsze, ani Moskwa, ani Waszyngton nie życzą sobie więcej wojny, więc i Baku musi siedzieć spokojnie.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Paweł Krysa
fot. autor

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token