Numer 9(399)    Wrzesień 2018Numer 9(399)    Wrzesień 2018
fot.
Opcja Benedykta
Anna Radziukiewicz
Książka Roda Drehera „Opcja Benedykta. Jak przetrwać czasy neopogaństwa” nie jest ani traktatem filozoficznym, ani teologicznym, ani socjologicznym – jest wszystkim naraz. Jest prowadzeniem czytelnika za rękę i pokazywaniem, oto do jakiej ściany doszedł Zachód, nad jaką zawisł przepaścią, jak głęboko pogrążył się w neopogaństwie, które wręcz kojarzy z Wielkim Potopem. Ale nie jest opisywaniem powierzchni zjawiska, czyli jedynie współczesności. Jest także sięganiem do wieku czternastego i kolejnych, po to by pokazać, jak głęboko jest ukorzeniony proces zrywania złotej nici, łączącej człowieka z Bogiem. Dreher analizuje więc myśl gigantów, poczynając od Pica della Mirandoli, włoskiego filozofa odrodzenia („możemy stać się tym, kim chcemy” – jego słynna myśl, wyzwalająca od Boga), potem Bacona, Kartezjusza, Locke’go, czy polityczną Franklina, Jeffersona. Obserwuje proces spychania religii do sfery prywatnej, poszerzania prawa do wolności i budowania szczęścia osobistego.
Dreher bije na alarm. Cytuje wypowiedź z 1969 roku, powszechnie nazywaną proroctwem papieża Bendykta XVI, wtedy ks. Josepha Ratzingera: „ Z dzisiejszego kryzysu wyłoni się Kościół, który straci wiele. Stanie się nieliczny i będzie musiał rozpocząć na nowo, mniej więcej od początków. Nie będzie już więcej w stanie mieszkać w budynkach, które zbudował w czasach dostatku. Wraz ze zmniejszeniem się liczby swoich wiernych, utraci także większą część przywilejów społecznych. Rozpocznie na nowo od małych grup, od ruchów i od mniejszości, która na nowo postawi wiarę w centrum doświadczenia. Będzie Kościołem bardziej duchowym, który nie przypisze sobie mandatu politycznego, flirtując raz z lewicą, a raz z prawicą. Będzie ubogi i stanie się Kościołem ubogich. Wtedy ludzie zobaczą tę małą trzódkę wierzących jako coś kompletnie nowego: odkryją ją jako nadzieję dla nich, odpowiedź, której zawsze w tajemnicy szukali”. Dreher zmusza czytelnika do odczytywania znaków czasu. Mówi, że łódź nabrała wody i jest na skraju zatopienia – w oceanie sekularyzacji, że Kościół kapituluje przed duchem czasu, czyli demokratycznie zorganizowanym barbarzyństwem. Że stajemy się wygnańcami w krajach, nazywanych jeszcze chrześcijańskimi. Że grzęźniemy w chaosie moralnym.
Ponagla: dla chrześcijan nadszedł czas decyzji. Wybory, których dzisiaj dokonamy, będą miały wpływ na życie następnych pokoleń, narodów i cywilizacji.
Dreher nie buduje utopii. Nie nawołuje do ucieczki od wrogiego świata. Proponuje przemienianie siebie i świata, choćby najbliższego – rodziny, sąsiadów, parafialnej wspólnoty. Nie odkrywa dróg nowych. Nie zakłada partii chrześcijańskiej. Mówi, co zgubiliśmy. Uczy, jak wrócić z wygnania, jak podporządkować się służbie Chrystusowi, jak dać odpór współczesnej kulturze, jak uporządkować swoje życie.
Autor, niczym narrator powieści, co pewien czas odkrywa swoją twarz. Wiemy, że się urodził w stanie Luizjana, że po latach robienia kariery tam powrócił, czyli z centrum życia na prowincję, gdzie zafascynowała go mnogość ludzkich odruchów, że błądził, gubił się, także cierpiał, że ożenił się i ma troje dzieci, że jest podwójnym konwertytą – raz przyszedł do Kościoła katolickiego (nie wiemy skąd), drugi do prawosławnego. Że przebudzenie nastąpiło po narodzeniu się pierworodnego syna Matthew w 1999 roku. Wtedy postawił pytanie – jaki świat odziedziczą po nim dzieci. I wyraźnie zobaczył, że Kościoły, w tym ten do którego należy, daremnie walczą z siłami upadku kulturowego, że wielowiekowe chrześcijaństwo kapituluje przed radykalnym indywidualizmem i zeświecczoną nowoczesnością. Że prawym ludziom, pielęgnującym tradycyjne cnoty, coraz trudniej jest wkomponować się w główny nurt życia społecznego.
Rod Dreher broni Kościoła, czy raczej Kościołów chrześcijańskich. Jednocześnie wskazuje na jego liczne błędy, szczególnie te, które usiłują Kościół dostosować do „ducha czasu”. Za to ściągnął na siebie gniew. Czyj? Najbardziej jezuickiego czasopisma „La Civita Cattolica”. Że jest purystą, odrzucającym dialog ze światem, niezdolny do miłosierdzia względem słabych i zawodnych sług Kościoła. A to oznacza sztywność wobec współczesności.
Krytycy jakby nie zważali na to, że Dreher na różne sposoby, moim zdaniem przekonujące, dowodzi, że Kościół znalazł się w śmiertelnym uścisku świata. Że Kościół katolicki czy protestanckie tak dostosowały się do nowoczesności, że nie sposób odróżnić dziś chrześcijanina od nie-
chrześcijanina.
Dreher dotknął bardzo czułej struny, zwłaszcza na Zachodzie – dylematu, na ile Kościół ma się dostosować, w imię miłosierdzia, do ludzkich namiętności, wlekących za sobą grzech. Chodzi tu o odwieczne napięcie między Kościołem a światem, o pytanie, czy Kościół ma być solą ziemi, czy wiecznie wchodzić w kompromisy ze światowym sposobem myślenia.
Niemniej redaktor naczelny New York Times David Brooks nazwał rzecz „najważniejszą religijną książką dekady”.
Proszę nie myśleć, że sprawa dotyczy tylko Ameryki, o której przede wszystkim pisze Dreher, szerzej Zachodu. Dotyka i nas – ludzi Wschodu, z pewnym opóźnieniem, ale przyjmujących zachodnie trendy, nieraz zgubne, dla duszy. Grecki chociażby premier Aleksis Tsipras jest przez wielu postrzegany jako jawny dechrystianizator, który Cerkiew wyrzucił ze szkoły, zalegalizował związki LGBT (lesbijki, geje, osoby biseksualne i osoby transpłciowe), odmówił złożenia przysięgi na Biblię. Prawosławnej Bułgarii czy Rumunii komisarze Unii Europejskiej narzucają standardy liberalnej demokracji. W Rosji, która najbardziej broni się przed związkami LGBT, homoseksualiści wciąż próbują wpłynąć na parlamentarzystów, by ci podjęli korzystne dla nich ustawy. Próbują wymusić zgodę na władzach, szczególnie Petersburga, ale nawet miast prowincjonalnych, na organizację parady gejów.


(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Anna Radziukiewicz

Rod Dreher, Opcja Benedykta. Jak przetrwać czas neopogaństwa, Wydawnictwo AA, Kraków 2018, ss. 320

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token