Numer 10(400)    Październik 2018Numer 10(400)    Październik 2018
fot.
Rodzina w obliczu zagrożeń
Anna Radziukiewicz
Chyba najważniejszym forum konserwatywnych sił stał się Światowy Kongres Rodzin (World Congress of Families), założony w Stanach Zjednoczonych w 1997 roku. Organizuje światowe zgromadzenia, jednocząc siły konserwatywne i prorodzinne zarazem. W tym roku zgromadzenie miało miejsce w Kiszyniowie, w stolicy Mołdawii, poprzednie w Pradze (1997), Genewie (1999), Meksyku (2004), Warszawie (2007), Amsterdamie (2009), Madrycie (2012), Sydney (2013), Tbilisi (2012) i Budapeszcie (2017).
Dlaczego w tym roku w Mołdawii? W kraju położonym gdzieś na marginesie świata, z którego młodzi, czyli ci którzy rodziny zakładają, masowo uciekają?
Inicjatywa zaproszenia przedstawicieli z około pięćdziesięciu krajów do Kiszyniowa wyszła od prezydenta republiki Mołdawii Igora Dodona. Co mówił prezydent na zakończenie obrad?
W konstytucji Mołdawii w rozdziale 48, uchwalonej na początku lat 90. minionego wieku, zapisano, że rodzina to związek kobiety i mężczyzny. I przez ponad dwadzieścia lat trwały próby wyrzucenia tego zapisu z konstytucji, czyli naruszenia naszych wielowiekowych tradycji. Przeciw nam wystąpiły międzynarodowe siły, wielkie koncerny, oferujące miliardy dolarów, chcące dyktować nam wewnętrzną politykę, dotyczącą grupy LGBD.
Nie mamy armii, ani gazu, ale mamy ludzi, wiarę, tradycję i historię. I to jest nasz kręgosłup. On daje nam siłę. Te wartości musimy zachować dla naszych wnuków i prawnuków. Wychowamy pokolenie, które będzie cenić te wartości.
Zwracając się do zgromadzonych w Pałacu Prezydenckim Mołdawii: – Jesteśmy różni – prawosławni, katolicy, protestanci, ale jednomyślni w kwestii pojmowania rodziny i dobra. Niemal we wszystkich krajach nie chcą nas rozumieć. Jakaż wojna przeciw nam toczy się w państwach Unii Europejskiej, Rosji, Stanach Zjednoczonych! Ale kto, jeśli nie my? Jeśli my opuścimy ręce? Kto obroni rodzinę, która jest małą Cerkwią? – kończył prezydent.
97 proc. mieszkańców Mołdawii to prawosławni.
Prezydent Igor Dodon, wraz ze swoją małżonką Pierwszą Damą Galiną, wsparł kongres finansowo i organizacyjnie.

TOPNIEJĄCE NARODY
Po upadku Związku Radzieckiego Mołdawia, kraj położony między Dniestrem i Prutem, otoczony Ukrainą i Rumunią, bez dostępu do morza, z pięknymi krajobrazami przedpola Karpat, winnicami ścielącymi się na stokach wzgórz, został pozostawiony sam sobie. Jak wykorzystał prawie trzydzieści lat niepodległości?
W 1991 roku miał 4,3 miliona ludzi, teraz 2,9. Stracił prawie półtora miliona. Nawet najokrutniejsze wojny nie pozbawiają kraju takiej liczby mieszkańców.
Na początku lat 90. podatki płaciło 2,8 mln ludzi, dziś około 500 tysięcy – prawie sześć razy mniej. Takiej wyrwy nie zasypią nawet największe zagraniczne fundusze. Niecałe 400 tysięcy ludzi pozostaje w szarej strefie. Widziałam taką na ulicach Kiszyniowa, szczególnie Ormiańska zamienia się w potok handlu, w niedzielę kipiącego żywiołem. Kobieta, jak wieszak dla tandetnych szali i takich samych bluzek, przegrodziła chodnik, inna na kartonie rozłożyła bambosze. Piętrzą się tonami winogrona, cebula, pomidory, arbuzy, marchew. Wiążą koniec z końcem rodzinne budżety, jak u nas ćwierć wieku temu.
O demograficznej klęsce Mołdawii mówił podczas kongresu prof. Roman Alexandru, wcześniej państwowy urzędnik.
– Biedne kraje ofiarowują potencjał krajom bogatym. Kształcimy nasze dzieci i młodzież w szkołach i na uniwersytetach. Po czym nie potrafimy ich zatrzymać. Wyjeżdżają do krajów bogatych, dostarczając Włochom, Niemcom, Wielkiej Brytanii, Kanadzie, Stanom Zjednoczonym wykwalifikowanych pracowników. W tamtych państwach aktywnie działają organizacje, które zajmują się wysysaniem naszej młodzieży. One jej potrzebują. My płacimy za jej kształcenie. One mają gotowych pracowników.
W 1990 roku w Mołdawii pracowało w szkołach wyższych i placówkach naukowych 33 tysiące uczonych, dziś niecałe 4 tysiące – spadek ośmiokrotny.
Dla Mołdawii i małych państw, takich jak Litwa, Łotwa, Estonia, czy nawet Słowacja i duża Ukraina, to bardzo poważny problem. To samozniszczenie rodzin, rozrywanych państwowymi granicami. Co te państwa uczyniły w czasie prawie 30 lat niepodległości?
Pozbyły się najważniejszego kapitału – jak dziś się określa – ludzkiego.
Jedynym państwem, powstałym z rozpadu Związku Radzieckiego, które obroniło się przed demograficzną katastrofą – padło podczas kongresu – jest Białoruś. Od niej się uczmy.
Kto zawinił?
Bezsprzecznie sami – słyszę ironiczną, albo gorzką, odpowiedź. – Całymi latami jechali do nas doradcy Banku Światowego, Światowego Funduszu Walutowego i mówili: „Very good, very good. Idziecie słuszną drogą”. Wierzyliśmy im, a kraj upadał. Teraz kto zatrzyma ten trend? On został już „zapuszczony”. Machina się obraca. Pożera małe narody. Proces można było rozkręcić opierając się tylko na kłamstwie. Teraz niszczy się kłamstwem rodziny, zabiera im dzieci.
Jadę na lotnisko. Taksówkarz Władimir: – Urodziłem się w Archangielsku. Rodzice przenieśli się do Kiszyniowa. Tu wyrastałem. Teraz jestem sam. Wszyscy moi bliscy wyjechali, kto na Zachód, a kto do Rosji. Mam przyjaciół - Iwana i Petro, to Ruscy oraz Polaka – jeździ karetką pogotowia i Żyda. Wszyscy jesteśmy prawosławni. Polak namówił Żyda, by się ochrzcił w Cerkwi. Mamy ten sam pogląd na geopolitykę. Ale geopolityka odebrała mi wielu wcześniejszych przyjaciół.


(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)


Anna Radziukiewicz
fot. autorka

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token