Numer 10(400)    Październik 2018Numer 10(400)    Październik 2018
fot.
W dobrym zespole
Anna Radziukiewicz
Anna Radziukiewicz: – O Pani pracy i pasji zarazem dowiedzieliśmy się, jako szeroki krąg ludzi, kiedy razem z proboszczem parafii Świętego Ducha w Białymstoku, o. Jerzym Boreczko i gronem współpracowników, tworzyliście w Białymstoku przedszkole „Aniołki”, nazywane prawosławnym.
Joanna Misiuk: – Przedszkole ulokowało się w parafialnym budynku przy Antoniuku Fabrycznym, który latami czekał na sensowne zagospodarowanie. Kiedy go obejrzałam, pomyślałam – stworzymy tu przedszkole – parafia duża, dzieci mnóstwo, rodzicom zależy, by swoje pociechy oddać w bezpieczne ręce. Ale bałam się, jak ocenią obiekt pracownicy sanepidu i straży pożarnej. Czy pozwolą, by opiekowano się tu dziećmi. Zaczęliśmy więc od opinii tych służb. Specjaliści dali nam szansę. Potem przygotowałam projekt unijny „Rozwijaj się w przedszkolu”, w którym zabiegaliśmy o pieniądze na meble i wszelkie inne wyposażenie, na uruchomienie przedszkola i pierwszy rok jego działalności.
– Ten projekt to także sprawy inwestycyjne. Pani jako dyrektor przedszkola, podejrzewam pedagog, nie bała się podchodzić do tak dużej inwestycji?
– Pedagogiem nie jestem. Z wykształcenia jestem menadżerem. Mam międzynarodowy certyfikat zarządzania projektami i jestem specjalistką od spraw pozyskiwania funduszy unijnych. Mogę więc zarządzać przedszkolem. Zastępca dyrektora przedszkola jest natomiast pedagogiem. To wystarczy do prawidłowego prowadzenia placówki. Po studiach zaczęłam pracować w Centrum Kształcenia Ustawicznego. Tam specjalizowałam się w zakresie pozyskiwania środków unijnych. Trafiłam na początek wdrażania programu „kapitał ludzki”. Przeszłam dobrą szkołę. Miałam wymagającą szefową, która nieustannie posyłała nas na szkolenia. Podobało mi się to. Umysł mam bowiem ścisły, matematyczny, i pisanie projektów było dla mnie przyjemnością. Oczywiście po pewnym czasie. Pierwsze kroki wiązały się z ogromnym stresem. Przecież wiedziałam, że biorę na siebie ogromną odpowiedzialność. A jeśli coś nie tak rozliczę, przekroczę termin, pomylę się i beneficjent będzie musiał zwracać pieniądze?
– A ktoś musiał zwracać?
– Nikt. Na szczęście.
– Mówi Pani: zawsze pracuję w zespole. Co to znaczy?
– Przy „Aniołkach” na przykład moimi doradcami do spraw inwestycyjnych była Walentyna Machometa, zawodowo inspektor nadzoru budowlanego, społecznie szefowa bractwa św. Atanazego Brzeskiego, także architekt Jan Kabac i oczywiście o. Jerzy Boreczko. Przy każdym projekcie zespół się zmienia. Ale jest i ten podstawowy – moja asystentka Magdalena Łaniewska i księgowa Iwona Jasiuk.
– W Centrum Kształcenia Ustawicznego pisała już Pani projekty?
– Tak, pozyskiwaliśmy wtedy dużo środków na projekty, których celem był rozwój nauczycieli i uczniów.
– Potem była szkoła św.św. Cyryla i Metodego w Białymstoku, gdzie była Pani zastępcą dyrektora.
– Przez kilka lat zajmowałam się tam pisaniem projektów i oczywiście wdrażaniem ich w życie. Jestem dumna, że udało się nam wtedy wyposażyć sale lekcyjne, zorganizować za te środki dodatkowe zajęcia dla dzieci, pokryć koszty wyjazdów na szkoły językowe albo i zagraniczne w ramach międzynarodowej współpracy. Nasze dzieci były w Portugalii, Francji.
– Środowisko pozaszkolne też korzystało z Pani menadżerskiej wiedzy w zakresie zarządzania projektami?
– Razem z Aleksandrem Sosną i świętej pamięci prof. Andrzejem Łapko wdrożyliśmy mnóstwo projektów jako Bractwo św.św. Cyryla i Metodego w wielu podlaskich gminach. Nasze wnioski dotyczyły edukacji dzieci, młodzieży i seniorów.
– A środowisko biznesowe też prosi Panią o usługi pisania wniosków i prowadzenia projektów?
– Tak. Ale biznesowi odmawiam.
– Przecież finansowo to są dla Pani najlepsze oferty!
– Jestem dyrektorem przedszkola i mam z czego żyć. Więc nie muszę robić różnych rzeczy dla większych pieniędzy. Wspieram przede wszystkim jednostki samorządu terytorialnego, takie jak szkoły. Teraz jestem autorem i koordynatorem trzech projektów, w tym dwóch dla szkół podstawowych w Białymstoku.
– Jak długo zajmuje się Pani pisaniem wniosków i ich realizacją?
– Ponad dziesięć lat. Łączna wartość moich projektów przekroczyła już osiem milionów złotych.
– A co na to rodzina? Przecież Pani musi być bardzo zajęta!
– Wcześnie wyszłam za mąż. Już na studiach urodziłam syna, który teraz zaczyna studia medyczne. Po pięciu latach przyszła na świat córka – na marginesie podziwiam jej samodyscyplinę. Trenuje pływanie i codziennie wstaje o piątej, by o szóstej być na basenie. Rodzice pomagali nam przy wychowywaniu dzieci, co bardzo cenię. Nie pozwolili mi nawet przerwać studiów. Teraz jesteśmy z mężem jeszcze młodzi, a dzieci dość duże, że możemy coś robić poza domem i pracą zawodową.
– Cerkiew jest ważna przy wychowywaniu dzieci?
– Bardzo. Do cerkwi na Liturgię każdej niedzieli chodzimy wszyscy razem, cała rodzina. I syn, i córka należą do prawosławnej drużyny harcerskiej – to zdrowe moralnie i duchowo środowisko, w którym mogą zawrzeć nowe przyjaźnie. Tak więc Cerkiew, jeśli rodzice są na to otwarci, bardzo pomaga przy wychowaniu dzieci.
– Wyrastanie przy cerkwi to przeważnie kwestia rodzinnej tradycji.
– O tak! Kiedyś moja mama prowadziła mnie do cerkwi. Teraz ja to czynię. A ja, mając dwanaście lat, sama poszłam na pielgrzymkę na Świętą Górę Grabarkę. Dziś dziwię się mamie, że uległa moim prośbom. Ze mną szła koleżanka, sąsiadka, jeszcze młodsza ode mnie.
– Czyli Pani nieustannie pracuje w zespole – zawodowym bądź rodzinnym. W rodzinnym też musi być szef?
– To nie tak. Z mężem uzgadniamy wspólne stanowisko, jeśli chodzi o kwestie wychowawcze dzieci. Według mnie nie powinno być różnicy zdań między ojcem i matką w zasadniczych sprawach. W domu powinien być jeden front wychowawczy. I powinniśmy dojść wychowawczo do sytuacji, kiedy dzieciom ufamy. A jeśli im ufamy, dajemy większe pole wolności, co służy szybszemu społecznemu dojrzewaniu, odpowiedzialności za organizację własnego czasu, poczucie dyscypliny, zawierane znajomości.
– Startuje Pani w wyborach samorządowych do rady miasta Białystok.
– Chciałabym swoje umiejętności spożytkować dla szerszej społeczności. Dziękuję moim przyjaciołom, bliskim, także proboszczowi mojej parafii za to, że chcą mnie widzieć w radzie miasta.
– Dziękuję za rozmowę.

fot. archiwum Joanny Misiuk

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token