Numer 11(401)    Listopad 2018Numer 11(401)    Listopad 2018
fot.
Trójgłos kulturalny nad Bugiem
Anna Radziukiewicz
Anna Radziukiewicz: – Festiwal Trzech Kultur we Włodawie to już marka, na którą Muzeum pracowało prawie dwadzieścia lat, organizując w tym roku jego dziewiętnastą edycję. Presji czasu nie przetrwał nawet łódzki Festiwal Czterech Kultur ze wspaniałymi niegdyś edycjami. Trudno zorganizować taką imprezę?
Anita Lewczuk vel Leoniuk: – W istocie, w Łodzi festiwal przycichł całkowicie. Jego organizacja, jak myślę, nie jest prosta. Mogłoby się wydawać – przygotowanie kolejnej edycji jest zadaniem coraz prostszym – przybywa doświadczenia, nawiązują się kontakty z artystami, trwa wierna publiczność. Nic bardziej mylnego. Jest coraz trudniej. Bo wyczerpuje się formuła. A ludzie czekają, że zaskoczymy ich czymś świeżym, frapującym, na wysokim poziomie. Staramy się to czynić, ale przecież nie dysponujemy takimi pieniędzmi jak festiwal „Warszawa Singera” czy Festiwal Kultury Żydowskiej w Krakowie, by móc zaprosić światowe gwiazdy. Oczywiście dbamy o obecność dobrych wykonawców, renomowanych zespołów.
– Ależ w czwartek, 27 września, podczas uroczystego otwarcia zespołu synagogalnego we Włodawie, po jego remoncie, śpiewał Izrael Rand…
– To jeden z najwybitniejszych kantorów na świecie. Mieliśmy wtedy wspaniały koncert muzyki synagogalnej, podczas którego śpiewała także między innymi Magdalena Dynowska czy Chór Synagogi Pod Białym Bocianem we Wrocławiu, pod dyrekcją Stanisława Rybarczyka.
– Inne wydarzenia tegorocznej edycji?
– Na pewno sobotnia Koncertowa Noc Bardów. Tę „Noc” aranżował Janusz Kasprowicz. Zaufałam jego talentowi i intuicji, jakże słusznie. Podczas „Nocy” wystąpił między innymi zespół „Projekt Vilodia”, Joanna Trzepiecińska, Piotr Dąbrówka. Nieco wcześniej, w sobotni wieczór, wysłuchaliśmy wspaniałego koncertu zespołu Max Klezmer Band, obchodzącego dwudziestolecie istnienia. Julia Vikman zachwyciła śpiewem pieśni i ballad rosyjskich. Julia jest bardzo ciekawą osobowością. Mieszka w Gdańsku, jej rodzice, też artyści, są Rosjanami.
– Festiwal trzech kultur – polskiej, żydowskiej i wschodniej, czyli prawosławno-ruskiej. Jeszcze przed wojną te trzy społeczności żyły we Włodawie i dziesiątkach innych miasteczek i miast na wschodzie Polski w podobnych proporcjach. Teraz Żydów nie ma, prawosławnych bardzo mało. Trudno zaprezentować kulturę dwóch ostatnich społeczności?
– Nie jest to łatwe. Ale mamy przyjaciół, doradców, współpracowników. Cenię zdanie arcybiskupa lubelskiego i chełmskiego Abla, podpowiedzi i pomoc organizacyjną proboszcza włodawskiej prawosławnej parafii, o. Jerzego Ignaciuka, współpracę z OrthPhoto czy Fundacją Księcia Ostrogskiego. Podczas festiwalu nie uciekamy i od trudnych tematów. Nieraz prowadzimy długie dyskusje, na przykład z rabinowską komisją w Warszawie, aż osiągniemy kompromis. Bo festiwal ma łączyć, a nie dzielić.
– Każda grupa kulturowa ma u was swój dzień?
– Powiedziałabym przeważające akcenty tego dnia, choćby w sobotę prawosławna. Ale staramy się tak nie szufladkować, ponieważ te kultury żyły na włodawskiej ziemi, przeplatając się między sobą i trudno było wytyczyć między nimi ostrą granicę. Przed wojną była u nas prawdziwa Wieża Babel. Używano różnych języków. Najwięcej ludzi mówiło „po naszemu”, czyli po chachłacku. Niektórych razi to określenie. Ale u nas, jeśli powiemy gwara ukraińska czy białoruska, nikomu nic to nie powie, a mowa chachłacka, owszem, każdy wie o co chodzi. Żydzi na co dzień używali jidysz, ale musieli znać i hebrajski liturgiczny. I oczywiście polski język obecny był, zwłaszcza w urzędach, szkołach.
– „Po naszemu” rozmawiają jeszcze ludzie w okolicach Włodawy?
– Na festiwal przyjechał zespół śpiewaczo-obrzędowy Jutrzenka ze wsi Dołhobrody, to 15 kilometrów od Włodawy, panie z tego zespołu nie tylko śpiewają „po naszemu”, ale i rozmawiają ze swoimi dziećmi i wnukami w tym języku.
– Dla organizatorów kulturalnych wydarzeń niezwykle ważne jest zainteresowanie nimi publiczności.
– Na szczęście nie boimy się o frekwencję. Zawsze mamy bardzo dużo chętnych do słuchania, oglądania i uczestnictwa w warsztatach.
– Tłumy ludzi gromadzą się na godzinę i dłużej przed danym koncertem, by później dowiedzieć się, że nie wszystkich mieści nawet Wielka Synagoga. To moja obserwacja.
– Najbardziej cieszą nas nasi stali goście, którzy przyjeżdżają na kilka dni do Włodawy z Warszawy, Gdańska, Lublina, ale także zza granicy, bo nasz festiwal dawno przekroczył granice lokalnego wydarzenia kulturalnego.
– Czy za tym idą większe fundusze na jego organizację?
– Wręcz przeciwnie. Nasze muzeum się podzieliło. Kiedyś pod jego pieczą była także filia w Sobiborze, miejscu martyrologii w czasie II wojny. Skończył się mecenat państwa nad tym miejscem. Ta filia od nas odeszła, zgodnie z decyzją radnych Włodawy. Budżet mamy więc mniejszy. Nie stać nas na wynajęcie agencji – a kiedyś było stać – która pomogłaby w organizacji tak nasyconego wydarzeniami festiwalu. Musimy to robić sami, korzystając z pomocy wolontariuszy, we Włodawie chętnych do pracy, za co jestem im bardzo wdzięczna.
– Dziękuję za rozmowę.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

fot. Anna Radziukiewicz


Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token