Numer 12(402)    Grudzień 2018Numer 12(402)    Grudzień 2018
fot.Adam Bogdan
Doktor Judym z Michałowa
Paweł Krysa
Nie tak od razu oczywiście, bo po wielu nieprzespanych nocach , kiedy w głowie tłukły się myśli, oraz po zrobieniu kolejnej specjalności z opieki paliatywnej. Wiedział już bowiem dokładnie czego chce – musi być tak, żeby teoretycznie nie opłacało się, żeby było w takim miejscu, w którym jego opieka naprawdę się przyda i musi to być coś, co jest tam naprawdę niezbędne. Czyli hospicjum. Mało tego, hospicjum domowe i to w dodatku wiejskie, bo takiego czudaka w Polsce to jeszcze nie ma.
Cóż, każdemu może odbić, jak przeżyje własną śmierć – orzekli koledzy. Przejdzie mu, wcześniej czy później – powiedzieli i zostawili w spokoju. Nie przeszło jednak. Zakopał się – Bogu dzięki – na tym Podlasiu po uszy i wszystko wskazuje na to, że na stałe. Pod Michałowem najpierw, tuż obok miasta, a od niedawna w samym jego centrum. Bo wójt niedrogi lokal udostępnił, ale przede wszystkim pracownicy mają stąd wygodny dojazd. Bo pracownicy Hospicjum Proroka Eliasza to jego skarb największy, bez nich, jak zawsze mawia, nie dałby przecież rady.
Ale z początku łatwo nie było. Bo obcy, bo pomysł zwariowany, bo na pewno cwaniak ze stolicy przyjechał i coś kombinuje. Długo trwało, nim go zaakceptowali. Bo zawsze jeździł wszędzie gdzie go potrzebowali, tam gdzie innym się nie opłacało i gdzie mieli za daleko. Ale on, wiedziony miłością bliźniego, nigdy kilometrów nie liczył i na opłacanie się nie patrzył. Zawsze bowiem ważny był tylko człowiek i tak zostało do dziś. Z czasem zaraził tym swoim działaniem, optymizmem, fiołem prawdziwym i nienormalnością innych. Bratnią duszę znalazł w tak samo zakręconej jak on dr Ewie Stankiewicz i całym gronie swoich współpracowników – pielęgniarek, rehabilitantów, psychologów, zespole administracyjnym i grupie wolontariuszy. – Są naprawdę niesamowici – zawsze mi powtarza – są największym skarbem naszego hospicjum. Bez ich wsparcia, kreatywności, ogromnej empatii i ogromnego zaangażowania w to co robimy, długo byśmy nie pociągnęli. I zawsze mówi „my”, to bardzo znamienne. Poświęcił dla tego swojego hospicjum swoją prywatność. Zrezygnował przecież nie tylko z wygodnego życia, z żeglarstwa, z high life’u, ale przede wszystkim z pragnienia założenia rodziny. – Bo dla wszystkich czasu i sił mi nie wystarczy. Wygląda więc na to, że ożeniłem się z hospicjum.
Tytułowania go Judymem nie lubi, ale dosłownie się wścieka, gdy powiesz, że zajmuje się ludźmi „na umarciu”. – Sam będziesz na umarciu jak cię palnę – słyszałem niejednokrotnie. – Człowieku, jeśli naszemu pacjentowi zostało nawet niewiele tego ziemskiego życia, to naszą rolą jest zrobić tak, by przeżył je godnie, otoczony miłością i z poczuciem SENSU. I to właśnie staramy się robić. Bo tylko Pan Bóg wie, kiedy kto odejdzie. Pewnego razu mieliśmy pacjenta, któremu w szpitalu dali trzy tygodnie. Ale on miał też Alzheimera i po prostu zapomniał umrzeć. Żył dziadek jeszcze grubo ponad rok, a gęba ciągle mu się śmiała. Udało nam się także podnieść z łóżka babcię tylko dlatego, że traktowaliśmy ją po prostu jako chorą osobę, opowiadając jej o tym, co będzie, jak wyzdrowieje. Znalazła więc na powrót chęć do życia, po kilku tygodniach wstała z łóżka i żyła jeszcze całe trzy lata. I pamiętaj również, że zajmujemy się także ludźmi stosunkowo młodymi, tyle, że ciężko chorymi, z istniejącymi szansami na wyzdrowienie, a już na pewno na normalne życie. Nie wolno decydować za Pana Boga.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Paweł Krysa
fot. autor


Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token