Numer 1(403)    Styczeń 2018Numer 1(403)    Styczeń 2018
fot.
Odszedł o. Gabriel
Anna Radziukiewicz
- Ojciec Gabriel nosił głęboką miłość do Boga – mówił w cerkwi w skicie świętych Teodozjusza i Antoniego Pieczerskich w Odrynkach na uroczysku Kudok, w której stała trumna z ciałem o. Gabriela, władyka siemiatycki Warsonofiusz. – Kiedy tu przyjechałem pierwszy raz i zobaczyłem, w jakich warunkach żyje ojciec Gabriel, złapałem się za głowę: „Ojcze Gabrielu – mówiłem – tu z głodu i chłodu umrzesz. Nikogo tu nie ma, tylko wilgoć i wilki”. A on: „I wilki, i inne zwierzęta też chwalą Pana. Trzeba tylko się modlić. Nasza wiara opiera się na modlitwie i podwigu”.
Ojciec Gabriel był dobrym Samarytaninem. Ludzie wiedzą, ile im pomagał. Modlił się za nich, leczył ziołami, choć szkół medycznych nie kończył. Pamiętam spotkanie z lekarzami w białostockim uniwersytecie medycznym. Był na nim i o. Gabriel. Zadawał tak specjalistyczne pytania, dotyczące anatomii człowieka i chorób, że zadziwił lekarzy. Znał i dusze ludzkie. Wiedział, jak kogo pocieszyć, komu pomóc. Szli do niego prawosławni, katolicy, niewierzący i iscelaliś. Wrazumlał ich. Był też surowy dla siebie i innych. Najbardziej cenił obraz Boży w człowieku. Witał nas zawsze radosny, ze słowami Chrystos Woskresie!, Christos posredi nas, radości moja! Bo w duszy wierzącego człowieka radość jest zawsze, bo Chrystus to wieczna Pascha, wieczna radość. Mamy szczególne miejsca radości. Do nich spieszymy, by oczyścić duszę z grzechów i otrzymać radość.
Władyka siemiatycki zauważył, że choć Cerkiew przeszła straszne prześladowania, wystarczy, gdy jedno ziarno trafi na żyzną glebę i zaczyna kiełkować, wydając stokrotny plon. Pocieszał wiernych: – Kiedy nam się wydaje, że wszystko się kończy, bo żegnamy ukochanego człowieka, bo jesteśmy prześladowani, może to oznaczać początek.
– Jego Eminencja metropolita Sawa prosił o przekazanie słów głębokiej wdzięczności ojcu Gabrielowi i jego duchowym dzieciom za to, co razem zrobili – zwrócił się do wiernych arcybiskup bielski Grzegorz. – Mówił, że będzie zawsze się modlić za ojca Gabriela i wierzy, że otrzyma on dar życia w Niebiosach. Władyka Sawa lubił powtarzać: „Spotkałem błagoobraznogo mładieńca, który chodził pod drzewem oliwkowym. W Jabłecznej go spotkałem. I przyzwałem go. Zobaczyłem w nim młodzieńca, który gotów jest do innego życia – podwiżnickiego, mniszego”.
Władyka zaprosił owego młodzieńca na rozmowę. Zjawił się odświętnie ubrany, jak to do hierarchy. A ten mówi: – Oto daję ci pierwsze posłuszanije – będziesz nosić cegły. Czy czyste, białe ubranie będzie dla niego ważniejsze od posłuszanija? – obserwował. Ojciec Gabriel zdał pierwszy egzamin. Nosił cegły. Potem egzaminów miał w życiu wiele.
– Postrzygano nas – mówił władyka Grzegorz – tego samego dnia. Po postrigu całą pierwszą noc spędziliśmy w cerkwi. Na przemian czytaliśmy psalmy. Ojciec Gabriel robił jeszcze pokłony i odmawiał modlitwę Jezusową, by nie zasnąć.
To były lekcje świetliste, cudne, modlitewne, przyjemne, pełne duchowej radości. Kiedy człowiek otrzymuje to światło, kiedy spędza pierwszą noc i następne na modlitwie, wtedy oziarajetsia jego istota.
– Pytały mnie jego dzieci duchowe: „Czy ojciec Gabriel śpi”? – Nie wiem – odpowiadałem, kiedy budzę się w nocy i spojrzę w jego okno – naprzeciwko mojego – widzę żarzące się światło. Mnich to człowiek, który obiecał dzień i noc modlić się za cały świat. Kiedy świecki człowiek po trudach dnia uchodzi w sen, mnich powinien tworzyć nocną modlitwę. Ojciec Gabriel nigdy nie zapomniał o mniszym obowiązku.
Kochał swoją celę, modlitwę i ciszę. Ale też kochał ludzi. Podczas pielgrzymek zawsze zbierało się wokół niego mnóstwo jego duchowych dzieci – młodych ludzi. Niektórzy z nich szli do monasteru. A ci, którzy zakładali rodziny, wiedli życie małżeńskie, pełne Bożej bojaźni. To że lubił ludzi, widzimy dziś. Mnóstwo ludzi dziękuje mu dzisiaj za jego wszystkie dni i noce. Przyszli, by pożegnać swego batiuszkę i nauczyciela.
– Bywa, że człowiek jest uczony, mądry, pięknie mówi, a do niego nie idą. A inny człowiek mówi prosto, może i nieskładnie, a do niego płyną ludzie. W czym sekret? Zapytałem kiedyś ojca Gabriela: – Co robisz, że do ciebie płynie naród? – Słucham go – odpowiedział. Potem daję nastawlenija i modlę się za ludzi. Ale na początku trzeba każdego wysłuchać, wsłuchać się w głębię serca, w ból ludzki, współprzeżywać ten ból.
– Do takiego mnicha człowiek nie tylko pociągnie, on do niego na kolanach przyjdzie, ponieważ takich ludzi, niestety, mamy bardzo mało.
– Patrząc na grób, bracia i siostry, będziemy wspominać miłość ojca Gabriela. Jeśli ktoś miał nieprzyjemne momenty, bo i takie między ludźmi bywają, naszym świętym chrześcijańskim obowiązkiem jest wszystko wybaczyć. Bo jeśli nie ma u kogoś ducha wybaczania, nie może on oddychać Ewangelią. Z życia tych, którzy odchodzą, powinniśmy zapamiętać tylko przejawy miłości. A u ojca Gabriela było ich tak dużo, że trudno o nich będzie zapomnieć.
Władyka Grzegorz zacytował słowa z jednej ze stichir na mnisze odpiewanije: Duchownii moi bratia, ispostnicy, nie zabudietie mienie, jegda molitiesia, zriaszcze na moj grob, pominajtie moju lubow i molitie Chrysta, da uczynit duch moj z prawiednymi. Nazwał te słowa ważnymi i pięknymi.
Biskup supraski Andrzej wspominał ojca Gabriela jako tego, który wiele lat niósł podwig w monasterze w Supraślu. Zastanawiał się, kim jest człowiek zraniony z ewangelicznej przypowieści o Dobrym Samarytaninie? – To cała ludzkość, zraniona grzechem – odpowiadał. A ojcem grzechu jest szatan.
Dlatego tak ważne jest pochylanie się nad każdym zranionym – co czynił ojciec Gabriel.
– Nina z domu Anchimiuk, siostra Andrzeja, najlepszego przyjaciela ojca Gabriela – przedstawia mi się. Urodziła się w Odrynkach, mieszka w Hajnówce. Skit stał się dla niej domem, duchowym. Tu otrzymała utieszenije, jak mówi, po śmierci męża i syna. Tu zdjęto jej ciężar z serca. Tu nabrała sił.
Wróciła na rodzinne łąki i pola. – Tu gdzie stoi cerkiew z drewnianych bali, stała stodoła ojca – mówi. – Wokół łąki naszej rodziny, dalej trzciny. Słaba była trawa, gruba, krowy nie chciały jej jeść.
– Przyjść na takie bagna i wszystko to wybudować, to tylko siła Boża – mówi, patrząc na jedną cerkiew, drugą, kaplice, wagończyk, w którym mieszkał ojciec Gabriel, domki dla pielgrzymów, bramy, kamienie, pomniki, prawie kilometrową kładkę, łączącą wyspę ze światem ponad bagnami rozlewisk Narwi. I to w ciągu niespełna dziesięciu lat wszystko powstało!

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Anna Radziukiewicz
fot. autorka

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token