Numer 1(403)    Styczeń 2018Numer 1(403)    Styczeń 2018
fot.
Dla Boga i ludzi
Ałła Matreńczyk
Aleksander Sokołow urodził się w 1959 roku, w Moskwie, w rodzinie geologów. Ojciec, wybitny naukowiec z wieloma zawodowymi osiągnięciami, grał na różnych instrumentach, pisał wiersze i opowiadania. Mama interesowała się malarstwem, historią i historią sztuki. Tata zmarł, gdy syn miał osiem lat, mama żyje do dziś. Rodzinny dom był pełen książek, Aleksander lubił czytać, ale najbardziej rysować. Wybór szkoły średniej nasuwał się sam, a Moskiewska Szkoła Plastyczna przy Akademii Sztuk Pięknych znajdowała się wtedy tuż przy Tretiakowskiej Galerii. Chłopak nieraz wchodził do sali, gdzie wisiała ikona Rublowa, Zwenigorodski Spas.
– Mrówki przebiegały mi po ciele. Bez wszelkiej egzaltacji, do której nie jestem zdolny, odczuwałem światło wychodzące z tej ikony, odbierałem je jako Objawienie – powie w jednym z wywiadów.
Już wcześniej przeczytał Biblię na cienkim papierze, przywiozła mu ją z zagranicy ciocia. Decyzja o przyjęciu chrztu stawała się coraz bliższa. Wtedy wezwał go na rozmowę przyjaciel rodziny, badacz antycznej filozofii.
– Ludziom, którzy przychodzą do Cerkwi, wydaje się, że kupili bilet, wsiedli do pociągu i dalej o nic nie muszą się martwić, pociąg i tak ich do ostatniej stacji dowiezie – ostrzegł go po poważnej dyskusji. – Ale to nie tak.
Aleksander przyjął chrzest w wieku 16 lat, w wieku 16 lat spotkał swoją przyszłą żonę Marię Wiszniak, uczennicę tej samej szkoły. Także o. Anatolija Jakowina, proboszcza parafii męczennicy Paraskiewy we wsi Piatnica, swego przyszłego wieloletniego duchownika.
Ma przed sobą wojsko, studia w Moskiewskiej Artystyczno-Przemysłowej Akademii im. Stroganowa na wydziale restauracji, także ślub. Obydwoje z Marią Wiszniak są bardzo młodzi, mają odpowiednio 21 i 20 lat.
Problemów na starcie nie brakowało. Nie mieli ani własnego mieszkania – a to wynajmowali pokój w komunałce, a to pomieszkiwali u przyjaciół – ani stałych dochodów. Na świat przyszły dzieci – Agnija, potem Nika, syn Iwan. A obydwoje bardzo chcieli rozwijać swoje talenty.
– Wspólne pokonywanie zewnętrznych trudności tylko umacnia relacje – podkreślał po latach Aleksander.
A o. Anatolij Jakowin, już ich wspólny duchownik, uczył ich postrzegania i słuchania drugiej osoby, szanowania i przyjmowania jej stanowiska.
To on pobłogosławił Aleksandra na pisanie ikon. Pierwszą próbą była kopia ikony św. męczennicy Paraskiewy z Pokrowskiego soboru na Rogożskim Cmentarzu, niestety nie zachowała się. Druga – Nie rydaj Mienie, Mati – z największym pietyzmem przechowywana jest w rodzinie do dziś.
A początkujący ikonopisiec coraz lepiej poznaje świat ikony. Techniki ich pisania uczy się u Borysa Andrejewa, podczas pracy w Centrum Konserwacji Ikon im. Grabara. Tajniki malarstwa monumentalnego zgłębia podczas studiów w Stroganowce, na zajęciach z Aleksandrem Komarowem, autorem fundamentalnego podręcznika w tym zakresie.
Gdy władze oddały Daniłowski Monaster, Aleksander Sokołow poszedł tam natychmiast. Przez półtora roku pracował u boku znanego ikonopisca o. Zienona, mnicha z Pskowsko-Pieczerskiej obitieli, którego później nieraz odwiedzał w jego monasterze.
W 1988 roku trafił do Polski, w hajnowskim soborze Świętej Trójcy wykonał polichromie w krestilnej.
A przy okazji odwiedził Świętą Górę Grabarkę. Właśnie odbywała się paschalna młodzieżowa pielgrzymka. Uważnie słuchał wystąpień.
– Kak wy intieresno goworili o Jewcharistii – podszedł po prelekcji do o. Leoncjusza Tofiluka.
Szybko znaleźli wspólny język. I niebawem już cała rodzina Sokołowych przyjechała do Bielska Podlaskiego. Zamieszkali w bloku, w prywatnym mieszkaniu o. Leoncjusza.
Parafia św. Michała kipiała od inicjatyw, drukowano broszury, wyrabiano świece, łampady, organizowano sympozja, konferencje, także obozy ikonograficzne.
Agnija, najstarsza córka Sokołowych, chodziła do bielskiej „Trójki”. Aleksander pisał ikony, najpierw do carskich wrót, bocznego predieła Michajłowskiej cerkwi, później już dla osób prywatnych, na zamówienia. Maria, dziś w Rosji czołowa portrecistka i pejzażystka – portrety i pejzaże. Często można było ją zobaczyć z ołówkiem i pędzlem nad rzeką.
– Razem modliliśmy się, czasami pracowaliśmy, dzieliliśmy codzienne trudy – wspomina o. Leoncjusz. Sokołowowie zaprzyjaźnili się nie tylko z batiuszką, jeździli do Podbiela, nawiązali trwające do dziś relacje z kilkoma rodzinami, m.in. Ireny Łozowik.
– Irina, idiem k Priczastiju, a szto jeśli wdrug pomriom – dyscyplinował panią Irenę trzyletni Wania Sokołow.
Potem Sokołowych odwiedził brat Aleksandra, Anton. Na ogłaszennyje izyditie wychodził z cerkwi, bo przygotowywał się do chrztu. O. Leoncjusz chrzcił go przez zanurzenie w rzece, zimą, przy prawie trzydziestostopniowym mrozie.
Aleksander uczestniczył w obozach ikonograficznych, organizowanych przez o. Leoncjusza, a po powstaniu ikonograficznej szkoły, gdy zajęcia odbywały się na plebanii, pokazywał, jak pisze się ikony, poprawiał, udzielał wskazówek. Uczył.
– Jego ikonopisanie było bardzo żywe, głębokie – podkreśla o. Leoncjusz. – Kanoniczne, o wyraźnym artystycznym podejściu.
Potem Sokołowowie wrócili do Moskwy. Utrzymywali bliskie relacje z wieloma duchownymi – z o.o. Aleksym Umińskim, Wiktorem Potapowem, Olegiem Szlenowem, Włodzimierzem Wigilańskim i obecnym metropolitą jekaterinburskim i wiertochurskim Kiryłem. Wkrótce do tego grona dołączy metropolita Antoni (Bloom). Tak, metropolita Antoni, którego kazania i rozważania tak często prezentowaliśmy na łamach PP. Sokołowowie od dawna czytali jego teksty. Zawsze trafiały bezpośrednio w serce, wydawało się, że skierowane są bezpośrednio do nich. A w 1993 roku Marii Wiszniak udaje się spotkać z metropolitą Antonim w Londynie osobiście. – Władyko, chciałabym namalować wasz portret – oznajmia od progu, a był pierwszy tydzień postu. Władyka nie krył zdumienia, ale się zgodził.
Dwa dni pracowała z nim między nabożeństwami, narysowała ogólne kontury twarzy, oczy i jedną rękę. W domu przez miesiąc nie odchodziła od portretu, kończąc już z pamięci, póki nie wyczerpała całej energii. To jedyny portret metropolity namalowany za jego życia, piękny. A Sokołowowie jeszcze kilka razy odwiedzą władykę, już całą rodziną.
Ważny to był rok także dla Aleksandra. Na prośbę namiestnika odradzającego się Sierpuchowskiego Monasteru, o. Józefa (obecnie metropolity kurgańskiego i biełozierskiego) napisał nowy wizerunek zaginionej w latach sowieckich ikony Nieupiwajemaja czasza, słynącej z uzdrowień osób dotkniętych alkoholizmem. Sokołow starał się zachować jej ikonografię w oparciu o skąpe opisy (wiadomo, że była starogreczeskowo pisma) i podarował obitieli.
Przed ikoną zaczęto odprawiać akafisty do odierżymych strastju pianstwa ruku pomoszczi prostirajuszczej, popłynęły do niej potoki wiernych. I wielu otrzymało uzdrowienie. Nowa ikona okazała się czudotworna. Przed wizerunkiem pojawiły się wota, setki wotów. Z nich przyjaciel Aleksandra, Mark Łoziński, zrobił piękny okład.
A Sokołow chciał, by ludzie, którzy przykładają się do tej ikony, nie tylko oczekiwali cudu, ale i rozumieli jej głęboki sens.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Ałła Matreńczyk
fot. Grzegorz Chomczyk
z albumu „Aleksander Sokołow. Widiet’ lubow’”

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token