Numer 1(403)    Styczeń 2018Numer 1(403)    Styczeń 2018
fot.
Prawosławny Niemiec
Tadeusz Wyszomirski
Pan Teodor Hőlldobler zatrudniony został w Pekinie przy niemieckiej ambasadzie w charakterze nauczyciela matematyki dla dzieci dyplomatów. Poza lekcjami pozostawało mnóstwo wolnego czasu. Cóż można było robić podczas dłuższego pobytu w Chinach Ludowych epoki Mao Tse-tunga?
– Można było poświęcić się turystyce, studiować prastarą chińską kulturę, uczyć się pilnie kaligrafii, tych kilku tysięcy podstawowych znaków lokalnego pisma, lub przestudiować filozofię buddyzmu bądź konfucjanizm albo taoizm. Możliwości, jak widzicie, było wiele.
Nasz bohater zaliczył podstawowe turystyczne atrakcje z cyklopim Murem Chińskim na czele. Przyzwyczaił się nawet do stałej obecności kilku smutnych Chińczyków. Zatrzymywali się, kiedy on przystawał, patrzyli w górę, jeśli tam spojrzał. Snuli się za nim niczym duchy przodków za pogrzebowym orszakiem.
Cała sfera dawnej kultury w okresie ogłoszonej przez Przewodniczącego Mao rewolucji kulturalnej, zwanej epoką Wielkiego Skoku, zagrożona była w swoim istnieniu. Wielki sternik rozkazał niszczyć relikty przeszłości jako zupełnie niepasujące do nowych, ludowych Chin. Hasło ochoczo podchwycili młodzi hunwejbini, w myśl zasady głoszonej niegdyś przez naszego narodowego wieszcza – „Dzieło niszczenia święte jak dzieło stworzenia”.
W Państwie Środka z tamtych lat nie było odpowiedniej atmosfery do zajmowania się chińską tradycyjną kulturą. Szło nowe, polegające na zapędzaniu buddyjskich mnichów do obozów koncentracyjnych i paleniu bezcennych, liczących sobie setki lat manuskryptów.
Pan Hőlldobler nie narzekał na nudę. Przeczytał niemal wszystko co zawierała biblioteka przy ambasadzie, łącznie z „Krytyką czystego rozumu” Immanuela Kanta. Pamiętacie to: „Niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie”, a czerwona książeczka Przewodniczącego Mao w mojej kieszeni. Tak można by przystosować Kanta do rzeczywistości komunistycznych Chin.
Zajmowanie się filozofią było niekiedy zajęciem przyjemnym i pożytecznym, innym razem lekko irytującym. Pewni autorzy zrozumiali, podczas gdy inni pozostawali tajemnicą Enigmy, chociażbyś czytał ich po kilka razy.
Zaczął nawet podejrzewać, że niektórzy z filozofów byli po prostu świrami. Czytał kiedyś o pewnym eksperymencie zrobionym na jednej z amerykańskich uczelni. Powiedziano studentom: – Dostaniecie do analizy dwa teksty, jeden autorstwa wybitnego filozofa, drugi schizofrenika. Waszym zadaniem jest określić, kto jest autorem którego. Prawie wszyscy się omylili. Tekst uznany za autorstwa schizofrenika wyszedł spod pióra jednego z najznakomitszych filozofów Heideggera, totalny bełkot tego drugiego przy jego wypowiedziach okazał się całkiem do przyjęcia.
Szybko przestał szukać pocieszenia w filozofii. Zresztą najbardziej podobali mu się sceptycy. Doszedł do wniosku – konsekwentni sceptycy powinni być sceptyczni także wobec swojego sceptycyzmu! Wymyślił nawet slogan, z którego był bardzo dumny: „Bądźmy sceptyczni wobec sceptyków i racjonalni wobec racjonalistów!”.
Właśnie wtedy, kiedy miał już dosyć filozofii, pani ambasador ofiarowała mu książkę, którą sama dostała w prezencie, a nie zamierzała jej czytać. Wręczając upominek dodała: – Pan interesuje się egzotycznymi religiami, mam coś dla pana o prawosławiu!
Wziął książkę bez entuzjazmu. Nigdy wcześniej nie sięgał po dzieła teologiczne. Był protestantem raczej tylko z urodzenia. Księdza doktora Marcina Lutra szanował za odwagę, z jaką sprzeciwił się ziemskiej potędze Kościoła. Biblię, owszem, czytał niekiedy, traktując ją jako świetny środek nasenny. Zamiast brać prochy, sięgał po Biblię i natychmiast chciało mu się spać, jeszcze zanim zaczął czytać.
Na stronach zapisanych przez Paula Evdokimova odkrył dla siebie zupełnie nowy świat, jakiego istnienia do niedawna nawet nie podejrzewał. Z natury daleki był od humanistyki. Jego ścisły umysł początkowo się buntował. Po pierwszym czytaniu większości wywodów kompletnie nie rozumiał. Przekonał się jednak do autora, gdyż wszystko układało się w logiczną całość.
Zapragnął teraz przyjrzeć się bliżej chrześcijańskim tekstom źródłowym. Sięgnął po Ewangelię. Już nie traktował jej jak czcigodnego zabytku literackiego sprzed wieków, a tym bardziej środka nasennego. Miał przed sobą księgę bezpośrednio dotykającą jego życia. Musiał się opowiedzieć – przyjmuje ją czy odrzuca?
Nie trzeba było być uczonym w Piśmie biblistą, aby dostrzec taką samą jak i w teologii logikę faktów. Ewangelia nie miała nic wspólnego z mitologią, jak chcieliby nam wmówić wrogowie chrześcijaństwa. Opisywane wydarzenia działy się w określonym geograficznie miejscu i czasie.
– Może ulegam religijnemu entuzjazmowi? – zapytywał samego siebie z niepokojem.
Pewnego razu stwierdził ostatecznie: – Tak, chrześcijaństwo jest przekonywujące!
Od tej pory jego życie uległo radykalnej zmianie. Już inne sprawy stawały się teraz dla niego ważne. Powracał do Europy z mocnym postanowieniem przyjęcia prawosławia.
Pierwsze zetknięcie się ze świątynią wschodniochrześcijańską nie zrobiło na nim takiego wrażenia, jak to wynikało z analogicznych relacji innych nowo nawróconych. Stanął w drzwiach trochę onieśmielony, chłonął atmosferę tego miejsca, tak różnego od świątyń protestanckich i katolickich, które znał. Czuł się obco, był jednak intruzem w świecie ruskich ikon, z których brodaci starcy patrzyli na niego surowo, jakby chcieli powiedzieć: – Czego tu szukasz? Odejdź!

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Tadeusz Wyszomirski

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token