Numer 2(404)    Luty 2019Numer 2(404)    Luty 2019
fot.Anna Radziukiewicz
Sweticchoweli – Drzewo Życia
Paweł Krysa
Oprócz nich w soborze nie było nikogo, ciężkie słowa aparatczyka odbijały się więc lekko od ścian świątyni. Przynajmniej tak im się wydawało, bo nikt nie wiedział, że za ikonostasem cichutkie nabożeństwo sprawuje dwóch stareńkich mnichów. Obecni zauważyli ich dopiero wtedy, gdy jeden z nich dziarskim krokiem zbliżył się do młodzieżowego lidera z pękiem zapalnych świec w ręku. – Średniowiecze? Zabobony? Bóg to brednie, tak?! No to patrz! I nie namyślając się ani chwili, przytknął świece do kolumny, przed którą wszyscy stali. W jednej sekundzie dach świątyni zniknął, na jego miejscu ukazały się niebiosa, a na nich Chrystus w swej chwale. Widzenie trwało krótko, ale na tyle długo, by wszyscy obecni wyzbyli się jakichkolwiek wątpliwości co do jego prawdziwości.
Co działo się później, trudno opisać słowami. Płacz, jęki, krzyki – szok! Jedni siedzieli lub klęczeli, skamieniali po tym co zobaczyli. Ktoś poprosił starego mnicha o pierwszą w życiu spowiedź. Ktoś publicznie wyznawał, że co prawda jest ochrzczony, ale do cerkwi oczywiście nie chodzi. Kilkoro na klęczkach prosiło młodą mniszkę o wybaczenie. Na koniec wszyscy zebrali się wokół starca, prosząc o wyjaśnienie niewytłumaczalnego. Mnich mówił długo, oni długo słuchali. Młodej mniszce z leżącego tuż za miedzą monasteru św. Nino łzy radości ciekły po twarzy. I wtedy ktoś zauważył, że nigdzie nie ma ich lidera. Przeszukali cały sobór i całą Mcchetę – bez rezultatu. Nagle znad rzeki usłyszeli ryk – jest! Popędzili w tamtym kierunku. W miejscu, gdzie Aragwi wpada to Mtkwari, zobaczyli odzież zaginionego oraz buty. Jego samego zaś ani śladu. Oczywisty wniosek był… oczywisty.
Żeby zrozumieć, co wtedy stało się w Mcchecie oraz jak ogromne znaczenie ma to miejsce dla samoświadomości Gruzinów, prawosławia i pewnie wszystkich chrześcijan, musimy cofnąć się dwa tysiące lat. Od czasów niewoli babilońskiej tysiące Żydów rozpierzchło się po świecie. Część z nich osiadła w gruzińskiej stolicy. Było im tu dobrze. Byli szanowani, zajmowali się handlem, bogacili się. Pewnego dnia, jak to było w zwyczaju i obowiązku, rabin Elioz z grupą towarzyszy udał się na pielgrzymkę do Jerozolimy. Gdy tam przybyli, w mieście huczało jak w ulu. Wszyscy rozprawiali o jakimś Jeszua, który opowiadał rzeczy niezwykłe i czynił cuda. Jedni twierdzili, że jest długo oczekiwanym królem, inni że Mesjaszem, inni w końcu, że zwykłym oszustem. Elioz pilnie nastawiał uszu, wypytywał kogo mógł i na koniec doszedł do wniosku, że człowiek, który na jego oczach został ukrzyżowany, był kimś niezwykłym. Czy Bogiem – pewności nie miał, choć to co mówił, trafiało Eliozowi w sam środek duszy. Nie wahał się więc ani chwili, gdy jeden z rzymskich żołnierzy zaoferował na sprzedaż szatę Skazańca, którą po Jego śmierci los mu przydzielił. Zapłacił sowicie i nawet się nie targował.
Gdy po kilku tygodniach wrócił do Mcchety, na progu miasta rzuciła mu się w ramiona zrozpaczona siostra Sydonia, informując o śmierci matki, która przez trzy dni miała uczucie wbijanych w głowę gwoździ. Odczucie było tak realistyczne, że na koniec stare serce nie wytrzymało. Gdy Elioz dowiedział się kiedy dokładnie to się stało, szybko dodał dwa do dwóch. Zawiadomił siostrę, że wie o jakie gwoździe chodzi, ze szczegółami opowiadając, czego był świadkiem. Im dłużej mówił, tym oczy Sydonii stawały się większe. Na koniec wyjawiła bratu, że od czasu tragedii z matką ma nieustanne uczucie obecności kogoś bliskiego i wspaniałego, kogoś, komu stała się wielka i niezasłużona krzywda. I teraz już wie o kogo chodzi! Wtedy Elioz wyciągnął wykupioną szatę (gr. chiton), wręczając ją Sydonii. Ta z nieopisaną czcią i miłością przycisnęła ją do piersi i ze wzruszenia… padła martwa u stóp brata! Rabin o mało nie zwariował. Wracał przecież z Jerozolimy tak szczęśliwy i rozpromieniony, a w domu przywitała go podwójna tragedia.
Trzy dni później, gdy składał do grobu ukochaną siostrę, ta Święty Chiton nadal przyciskała do piersi. Nie było bowiem ludzkiej siły, żeby go jej wyciągnąć. Zbyt wiele niewytłumaczalnych rzeczy stało się w ostatnim czasie, by Elioz nie odczytał w nich woli Bożej. Kazał więc pochować siostrę wraz z płaszczem. Na miejsce wiecznego spoczynku wybrano niewielki wzgórek z siedmioma wielkimi cedrami. Czas mijał, opowieść o niezwykłych wydarzeniach przekazywano sobie z ust do ust, aż stała się nieśmiertelna. Miejsce pochówku z czasem zatarło się jednak w ludzkiej pamięci.
Minęły trzy wieki. Prowadzona przez Bogarodzicę, do Mcchety dotarła mała Nino, by spełnić wszystko to, do czego została powołana. Nie było to ani proste, ani szybkie, ale na koniec udało się jej doprowadzić władającą ówczesną Iwerią parę królewską Miriana i Nanę (rok 325) do decyzji o wprowadzeniu chrześcijaństwa jako religii państwowej. Dowody niezwykłej mocy Boga, któremu służyła Nino, były wprost powalające. Jak to bardzo często bywa z neofitami, władcy Gruzji z wielkich przeciwników przeistoczyli się w najzagorzalszych propagatorów i obrońców nowej wiary (stąd decyzja o ich pośmiertnej kanonizacji). Postanowiono więc wybudować cerkiew godną drugiego chrześcijańskiego kraju świata (pierwszym od roku 301 była Armenia). Wybrano odpowiednie miejsce w królewskich ogrodach, podejmując decyzję o użyciu siedmiu prastarych cedrów do roli filarów podtrzymujących dach soboru. Ścięto więc drzewa i zaczęto przewozić na plac budowy. Z sześcioma nie było żadnych problemów, ale siódmy ani drgnął, pomimo że na koniec spróbowano nawet użyć do jego transportu kilku par wołów. Mccheta szybko doszła do wniosku, że rozwikłać tę nieprawdopodobną zagadkę może tylko św. Nino (w tym czasie cieszyła się już bowiem powszechną opinią świętości). Nino modliła się długo, na koniec poprosiła mieszkańców, by wieczorem zebrali się przy cedrze. I znów zaczęły się modły. Ostatecznie nocny nieboskłon zajaśniał nieziemskim światłem, a doskonale widoczny anioł bez najmniejszych problemów uniósł cedr na niebiosa, po czym znów opuścił na ziemię i dosłownie przykleił do pieńka. Osłupiali mieszkańcy jeszcze długo trwali w kompletnej ciszy. Na koniec Nino poleciła, by odkopali podstawę cedru. Gdy to uczynili, ujrzeli korzenie drzewa splątane na kształt kraty, za którą w swej nietlennej postaci leżała Sydonia z przyciśniętym do piersi Chitonem. I zauważono coś jeszcze. Otóż z miejsca, w którym anioł połączył cedr z jego podstawą, sączyło się pięknie pachnące miro. Z polecenia Nino zaczęto nacierać nim chorych – niemalże wszyscy zostali uzdrowieni. Oczywiście to właśnie miejsce zostało wybrane na budowę prawosławnej świątyni królewskiej. Cudowne miro leczyło ludzi jeszcze długie wieki, bo aż do roku 1615, gdy perski szach Abbas wjechał wraz ze swymi żołnierzami konno do świątyni, grabiąc ją i profanując.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Paweł Krysa, fot. autor

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token