Numer 3(405)    Marzec 2019Numer 3(405)    Marzec 2019
fot.Bizantyjska ikona Triumfu Prawosławia z XIV wieku
Tak metropolitę zapamiętałem…
wysłuchała Ałła Matreńczyk
Metropolita Dionizy był przedstawicielem pewnego ważnego zjawiska kulturowego w międzywojennej Polsce, które ciągle jest mało rozpoznane, a które określiłbym, jako miejsce i znaczenie inteligencji rosyjskiej w relacji do polskich elit.
Pamiętam z dzieciństwa wizyty u siostrzenicy byłego carskiego gubernatora Estonii, gen. Izmaiła Korostowca, który po rewolucji znalazł schronienie w Poznaniu, a dostał je chyba dzięki pomocy rodziny Zygmunta Krasińskiego. Owa Aleksandra Walerianowna była to prawdziwa dama, znająca biegle wiele języków, pracowała jako lektor na Uniwersytecie Poznańskim. Mawiała: – Jakie to piękne, jakie to dziwne, że Polska, która nie miała żadnego powodu, żeby przyjmować i dobrze traktować dawnego gubernatora, przedstawiciela bądź co bądź władzy zaborców, jednak przyjęła go i dobrze potraktowała. Gubernator ów miał małe mieszkanko, pozostawał na jej utrzymaniu, a otrzymywał chyba rentę socjalną. Tak więc, po okresie zaborów „rewanż”, przynajmniej w pewnych kręgach, nie nastąpił. Pięknym, opisanym w polskiej literaturze, przykładem tego zjawiska był rodzaj klubu w Warszawie, zwanego „Domik w Kołomnie” – centrum spotkań inteligencji, literatów i filozofów rosyjskich z inteligencją, myślicielami polskimi w latach trzydziestych. Wszyscy ci Rosjanie znaleźli swoje miejsce w II Rzeczypospolitej, chociaż wydawało się, że z uwagi na zaszłości historyczne powinni tu czuć się źle. Myślę, że współcześnie na kulturowy i ideowy konflikt polsko-rosyjski patrzymy raczej z punktu widzenia sprymitywizowanej w PRL-u świadomości obciążonej rosnącą mitologią zaborów…
Stosunek metropolity Dionizego do autokefalii rozpatrywać należy też w kontekście nastrojów wśród elit rosyjskich przed rewolucją. Otóż wcale nie było wśród nich jednoznacznego poparcia dla rozbiorów. Moja babcia, Rosjanka, która podczas studiów, przed rewolucją, poruszała się wśród elit kijowskich, opowiadała, że powszechnie się mówiło: na szto nam eto było, na szto razdieły Polszi? Powszechne było poczucie, że „nigdy z Polaków Rosjan nie zrobimy”. Babcia nieraz cytowała opinię św. Jana Kronsztadzkiego, że zbudowanie soboru na Placu Saskim było wielkim błędem.
Innym przykładem, nieco legendarnym, a w każdej legendzie kryje się nieco idealizacji, jest postawa jednego z ostatnich rosyjskich arcybiskupów Priwislenskogo Kraja, Hieronima (Ekzemplarskiego), prywatnie teścia mojej ciotecznej babci, który – jak mówiło się w mojej rodzinie – zbudował cerkiew na Woli, żeby wolski kościół św. Wawrzyńca oddać katolikom.
Niewątpliwie więc w części elity rosyjskie w II Rzeczypospolitej przyjęły Polskę za swój kraj, przy pełnym poszanowaniu praw narodu i państwa do samostanowienia. Metropolita Dionizy niewątpliwie należał do takiej formacji.
Mój ojciec, Jerzy Klinger, wiele metropolicie Dionizemu zawdzięczał. Dzięki jego zachęcie w ciężkich czasach okupacji niemieckiej ukończył otwarte podczas wojny w budynku obecnej metropolii seminarium duchowne, był też wtedy jego ipodiakonem. Władyka Dionizy powrócił wtedy już z internowania w Otwocku, objął ponownie swój urząd. Nie służył jednak na ogół w górnej cerkwi soboru – tam nabożeństwa odprawiali ukraińscy duchowni – lecz w dolnej cerkwi, takie były realia, przed którymi się ugiął. Górna cerkiew, z nabożeństwami ukraińskimi, świeciła pustkami, w dolnej wierni się ledwo mieścili.
Znamy dalszą smutną historię. Po wojnie metropolita Dionizy zostaje zdjęty z urzędu, potem zesłany do Sosnowca. W 1951 roku nasza Cerkiew otrzymuje z ZSRR nowego zwierzchnika – metropolitę Makarego. Warto przypomnieć, że był on uczniem władyki Dionizego w seminarium chełmskim. W latach międzywojennych metropolita podobno chciał sprowadzić go do Studium Teologii Prawosławnej na UW.
Tu zaczynają się moje wspomnienia „o dwóch metropolitach”.
Metropolita Makary odwiedzał parafię w Kętrzynie, gdzie w latach 1953-1956 proboszczem był mój ojciec. Metropolicie podobała się polichromia świeżo wykonana przez Jerzego Nowosielskiego, co w naszej Cerkwi nie było takie oczywiste, a i dotąd nie jest.
Zważywszy na dorobek naukowy o. Jerzego Klingera, ucznia znanych filozofów Tatarkiewicza i Ingardena, metropolita Makary postanowił przenieść młodego proboszcza z Kętrzyna do Warszawy. Te przenosiny wcale nie spotkały się z entuzjazmem elit cerkiewnych, ale metropolita postanowił odbudowywać instytucje naukowe naszej Cerkwi, najpierw seminarium, miał też plany dotyczące fakultetu teologii.
I tak w 1956 roku przejechaliśmy do Warszawy, ojciec objął wykłady w seminarium i parafię św. Jana Klimaka na Woli. Całą rodziną zamieszkaliśmy w parafialnym domu, w którym przed wojną mieścił się zmasakrowany przez hitlerowców prawosławny sierociniec. Dom ten stał w obecnym rozwidleniu, wówczas nieistniejącym, ulic Kasprzaka i Wolskiej, w ogrodzie, od cerkwi oddzielała go wąska wówczas ulica Wolska. Wypalony w czasie powstania, po wojnie został zaadaptowany w połowie na dom parafialny, a pozostała część znajdowała się w rękach świeckich inwestorów, którzy go odbudowali. Dom był w kiepskim stanie, otoczony gruzami.
Na tej samej klatce, na pierwszym piętrze, obok proboszcza, mieszkanie zajmował, razem z córką Walą i wnuczką Tatianą, o. Piotr Miszczuk. Z różnych względów osobistych wówczas już nie odprawiał nabożeństw, lecz był dyrygentem chóru cerkiewnego na Woli. Mieszkania miały identyczny rozkład, obejmowały dwa duże pokoje, trzeci maleńki i kuchnię.
Mój ojciec, który odwiedzał władykę Dionizego na zesłaniu w Sosnowcu, wracał z tych odwiedzin w coraz silniejszym poczuciu, że trzeba coś zrobić. Mówił, że metropolita jest coraz słabszy, traci świadomość i pamięć, nie bardzo wie, gdzie jest, bo nie ma cerkwi, do której się przyzwyczaił, ani znajomych mu wiernych. Bez przerwy powtarza: W Warszawu, wiernutsa w Warszawu – opowiadał ojciec. Przypomnijmy, że był to już czas „odwilży” po Październiku 1956 roku.
Decyzję o powrocie metropolity Dionizego do Warszawy ojciec musiał wyjednać „gdzieś na górze”; Nie znam szczegółów, ale domyślam się pomocnej roli naczelnika z Urzędu ds. Wyznań, Serafina Kiryłowicza, który zapewne wiele zawdzięczał metropolicie Dionizemu, jako pracownik naukowych instytucji cerkiewnych przed 1945 rokiem. Wiem natomiast, że realizacja decyzji wymagała znalezienia władyce odpowiedniego mieszkania – przy cerkwi, ale poza Pragą, jako siedzibą zwierzchnika Cerkwi, którą pozostawał przecież metropolita Makary. Nie wiem, jakie i w jakich okresach stosowano wobec metropolity procedury ograniczenia wolności podczas internowania w Sosnowcu, zaświadczam jednak, że jego powrót i pobyt w Warszawie nie miał już żadnych uwarunkowań i ograniczeń formalnych. Metropolita Dionizy był „w stanie spoczynku” (na pakoje) ze względu na stan zdrowia, które jedynie silnie ograniczało jego kontakty, poruszanie się i wszelkie inne działanie. Niemniej rezydowanie w siedzibie metropolii na Pradze było wykluczone. Parafia na warszawskiej Woli była więc odpowiednia.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

wysłuchała Ałła Matreńczyk
fot. z książki Stefana Dudry, Metropolita Dionizy (Waledyński) 1876-1960

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token