Numer 3(405)    Marzec 2019Numer 3(405)    Marzec 2019
fot.Bizantyjska ikona Triumfu Prawosławia z XIV wieku
Gdy kryzys rozdziera rodzinę
Anna Radziukiewicz
Anna Radziukiewicz: – Dziś wielu młodych żyje bez błogosławieństwa Cerkwi, bez sakramentu ślubu, postrzegając siebie jako osoby nowoczesne, uwolnione od ciężaru tradycji.
O. Piotr Pietkiewicz: – Prawdziwa miłość zmierza zawsze do sakramentu, bo wtedy zaangażowana jest w nią duchowość człowieka. Szczere uczucie prowadzi do duchowej jedności, a ona do świadomości, że miłość jest darem Bożym. Niestety, nasze czasy upowszechniają styl życia, w którym duchowość jest pomijana. Człowiek stawia siebie na miejscu Boga. Sam sobie wyznacza zasady. Wtedy najważniejszą zasadą staje się: „ja chcę”. To rujnuje tradycję i obraca się przeciwko człowiekowi.
– Przekaz tradycji dokonuje się w rodzinie?
– W zasadniczej mierze. Ale przychodzi czas, gdy młody człowiek staje się samodzielny i sam musi odpowiedzialnie wybierać – czy iść Bożą drogą szczęścia, w której spoiwem jest modlitwa i pokora, dająca człowiekowi łaskę, czy iść bez Boga.
– A strach Boży?
– To podstawa. „Pamiętaj o śmierci i miej w sercu bojaźń Bożą, a wtedy uchronisz się przed wieloma grzechami” – o tym przypominają ojcowie Cerkwi, starcy.
– Czy w liceum, w którym Ojciec uczy, oprócz klasycznej katechezy znajduje Ojciec miejsce na przygotowanie uczniów do małżeństwa?
– Oczywiście, szczególnie w trzecich klasach. Mówię o relacjach między ludźmi. Są znajomi – wyjaśniam – macie ich bardzo wielu. Są koledzy – jest ich mniej. I najwęższe grono, zwykle kilku osób, to przyjaciele. Przyjacielowi zwierzamy się, ufamy mu, otrzymujemy pomoc w potrzebie. Najlepiej, jeśli przyszłe małżeństwo rodzi się na fundamencie przyjaźni – tłumaczę – wtedy miłość jest silna, sprawdzona i świadoma, a nie wynikająca z emocji, bazująca na zachwycie, zauroczeniu.
– Znajomości poprzez Internet, takich teraz sporo, nie zawsze pozwalają sprawdzić kogoś jako przyjaciela.
– To nie tyle wina Internetu, ile pragnienia młodych, by było cudownie, fajnie, bo życie ma być przyjemnością. „Spotykanie się” na Facebooku pozwala ukryć wady i problemy drugiej strony, wzajemnie oszukując się, bo trzeba wypaść jak najlepiej. Potem, ponieważ młodzi mają teraz pieniądze, wybierają się we wspólną podróż, na wakacje. I następuje gwałtowne skracanie dystansu, przekraczanie dozwolonych granic.
– To źle? – zakrzykną młodzi. – Wszyscy tak robią!
– Uczę młodych, że jeśli przekraczają granice, mam na myśli rozpoczęcie przedmałżeńskiego współżycia, to popełniają nie tylko grzech, ale i robią ogromny błąd.
– Ale często rodzice akceptują przekraczanie owych granic, pozwalając młodym, na przykład studentom studiującym w innym mieście, na zamieszkanie razem, bo tak taniej, bo niech się poznają, bo to powszechne, bo inaczej córka czy syn nie znajdą swojej drugiej połowy.
– To fałszywa miłość rodzicielska i fałszywa troska. Popycha ona młodych nie tylko do grzechu, ale i często do tragedii. Wiem, że przychodzi taki czas, kiedy emocje i napięcia są bardzo silne. Ale tłumaczę też, że małżeństwo będzie wtedy mocne, gdy młodzi przed ślubem nauczą się poskramiania swoich pragnień i namiętności, nauczą się czekać, zachowywać wierność. Czas przedmałżeński jest bardzo ważny! Jest okresem ćwiczenia się w samodyscyplinie, tworzenia siebie, rozmów z wybraną osobą, poznawania jej nie tylko od strony, która nas fascynuje, ale również jej problemów, także wad. To czas wzajemnego rozwoju poprzez rozmowy, poznawania czyjegoś punktu widzenia, czas dostrajania się do siebie, budowania „harmonii dusz”, dzięki której ludzie zaczynają rozumieć się bez słów. W ten sposób odkrywają wewnętrzne piękno człowieka, przy którym sprawy zewnętrzne, jak dobra materialne czy uroda, schodzą na dalszy plan. Pojawia się wtedy poczucie, że jest się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, bo zdobyło się najcenniejszy skarb, który mnie dopełnia, dowartościowuje i czyni z tą drugą osobą jednością. Jeśli natomiast młodzi oddadzą się namiętnościom, czyli przekroczą osobiste granice, stracą bardzo cenny czas na samodoskonalenie się. Emocje i pożądanie przysłonią ich świadomość. Popłyną i stracą wiele z cennego czasu narzeczeństwa. Bo narzeczeństwo to zbliżanie się, ale nie przekraczanie granic prywatności, wstydliwości, intymności, to nauka wzajemnej ich ochrony. Tłumaczę młodzieży, że jeśli ktoś narusza ich granice, to znaczy, że ich nie szanuje. Małżeństwo też nie znosi granic, ale daje prawo drugiej osobie do ich przekraczania, choć zawsze tylko w wolności i miłości.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

fot. Anna Radziukiewicz

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token