Numer 3(405)    Marzec 2019Numer 3(405)    Marzec 2019
fot.Bizantyjska ikona Triumfu Prawosławia z XIV wieku
Na ziemi
Anna Radziukiewicz
Anna Radziukiewicz: – Ojcze, staliście się strażnikiem pamięci rodu Demidowów, rodu, ktory stal się symbolem rosyjskiej przedsiębiorczości, bogactwa i szczodrości.
O. Michaił: – Niesłusznie zapomnianego swego czasu. Za czasów Piotra I, czyli na początku osiemnastego wieku, odkryto za Uralem bogate złoża rud żelaza. Ich wydobyciem i przetwarzaniem zajął się właśnie ród Demidowów. W połowie osiemnastego wieku ród był już właścicielem ponad trzydziestu zakładów przemysłowych. Niemal wszystkie ulokowano na Uralu. Stał się głównym ofiarodawcą środków na budowę Petersburga. To dzięki jego pomocy został założony uniwersytet moskiewski. Do uniwersytetu trafiła zadziwiająca kolekcja obrazów i minerałów, przywieziona do Rosji przez przedstawicieli tego rodu, studiujących w XVIII wieku w zachodnich najlepszych uniwersytetach. Młodzi Demidowowie przemierzali Europę wzdłuż i wszerz. Słuchali wykładów uczonych z różnych dziedzin nauki, odwiedzali muzea i galerie sztuki, bywali na salonach arystokratów. W Rosji stawali się mecenasami nauki i kultury. Zadziwiali skalą i rozmachem swojej działalności.
– Co dzisiaj przypomina o Demidowych?
– W pamięci niektórych pozostaje nagroda Demidowych, nadawana do rewolucji październikowej za wybitne osiągnięcia w dziedzinie nauki i sztuki, swoją rangą przypominająca nagrodę Nobla. Odnaleziono też w Rosji cerkiew usypalnicę Demidowów, zupełnie wypartą z pamięci w komunistycznych czasach. Znajduje się ona właśnie w naszej parafii. Wzniósł ją w 1794 roku Iwan Gieorgijewicz, ten który ufundował Troicki sobór w Ławrze św. Aleksandra Newskiego oraz wiele innych budowli w Petersburgu.
– Daleko od Petersburga znajduje się usypalnica?
– Ze 40 kilometrów.
– Żyją potomkowie tego rodu?
– Odnaleźliśmy ich. Mieszkają w Finlandii. Są protestantami. Wiele pomogli przy odbudowie naszej cerkwi, na wpół zrujnowanej. Praprawnuczka Piotra Grigoriewicza Demidowa, na skutek kontaktu z rosyjskim prawosławiem, zapragnęła wrócić do ruskich korzeni. Przyjęła prawosławie. Jej ojciec pochodził z rodu Demidowów, matką Finka. Matka wychowywała dzieci. Praprawnuczka wspominała, że kiedy miała jedenaście lat, ojciec wyjął z półki ruski bukwar i próbował ją uczyć cyrylicy. Ale nic z tego nie wychodziło. Wtedy odstawił go i powiedział: „Do tego nie będziemy już wracać”. Nie przewidział, że córka jednak wróci.
– Coś jeszcze po rodzie pozostało?
– Kilometr od Aleksandrowki znajduje się rodowe gniazdo Demidowów. Do lat dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku w jego budynkach, zabytku klasycystycznej architektury, znajdowało się sanatorium. To tam Konczałowski kręcił swój wybitny film „Szlacheckie gniazdo”.
– A dziś?
– Opuszczony, popada w ruinę. Nasza parafia zainteresowała się jednak tym zespołem. Wołamy o ratunek dla niego. Apelowi służy i niewielkie muzeum, u nas założone, opowiadające o tym szlachetnym rodzie, z którego wyrastali albo fabrykanci, albo wojskowi, w tym generałowie.
– Skąd pozyskujecie eksponaty?
– Na razie mamy ich niewiele. Ale potomkowie książęcego rodu Łopuchinów obiecali, że jeśli powstanie u nas poważne muzeum – do czego zmierzamy – to ofiarują do niego rodzinne pamiątki. Łopuchinowie są spokrewnieni z Demidowymi, podobnie jak wybitny rosyjski architekt Ioann Juriewicz Starow.
– Współcześni wasz region kojarzą jednak głównie z najnowszą historią – wielką blokadą Leningradu w czasie drugiej wojny. Tę pamięć też chronicie?
– Oczywiście. Dodam, że niezwykle krwawe i tragiczne wydarzenia II wojny dotyczą i naszej wsi. Niemcy weszli do Aleksandrowki 12 września, w dniu pamięci św. Aleksandra Newskiego. Nie wiedzieli o tym. To nie był przypadek. Od razu otworzyli cerkiew. Zapraszali ludzi na modlitwę. Chcieli w ten sposób pokazać, że są lepsi od komunistów i przeciw nim ustawić naszych prostych ludzi. Ich propaganda głosiła: wasi cerkwie rujnują, duchownych zabijają, my je oddajemy, duchownych zostawiamy w spokoju. Fakt, gdyby nie wojna, nie zostałby wśród żywych w Związku Radzieckim ani jeden duchowny, ani jedna otwarta cerkiew. Plan zniszczenia Cerkwi miał być zakończony na początku lat czterdziestych dwudziestego wieku.
– I co na to ludzie?
– Nie uwierzyli. Niemiec był dla nich wrogiem. Walczyli w ruchu oporu, także duchowni, choćby władyka ryski Ioann Pommera, kanonizowany, na którego moszczach służę w naszej cerkwi.
– Obok waszej wsi też walczyli?
– Jakże krwawe boje tu szły! Niemcy stali w naszej wsi przez trzy lata. Obok niej znajduje się Woronia Góra. Na niej trzymali broń. Gdy szala zwycięstwa chyliła się już na stronę radziecką, Niemcy postanowili chronić górę jak twierdzę. Ponieważ otacza ją system jezior i śluz, Niemcy śluzy podnieśli.
Lodowatą wodą zalali okolicę, pozostawiając górę z bronią jak niedostępną wyspę. Uczynili to w nocy z 18 na 19 stycznia, na nasze Kreszczenije. Ale nasi sołdaci, czego Niemcy w ogóle nie przewidzieli, brodzili po pas w tej lodowatej wodzie – takie było ich Kreszczenije – i zdobywali Woronią Górę.
– Wielu poległo?
– Według najbardziej zaniżonych szacunków zginęło tam w ciągu czterech lat wojny dwieście tysięcy żołnierzy. Najpierw nasi ginęli, potem żołnierze niemieccy.
– To ogromne pole brani, jak się określa w cerkiewnosłowiańskim. Modlicie się na nim?
– Od dziesięciu lat w dniu wspominania ispowiedników i męczenników noworosyjskich, podążają na te pole po Liturgii dwa krestne chody – z naszej parafii i sąsiedniej. Tam spotykamy się i modlimy za pokój dusz wszystkich, którzy tam zginęli.
– To największe pole brani pod Petersburgiem?
– Skądże! Najstraszniejsze bitwy toczyły się mniej więcej dwadzieścia pięć kilometrów od Petersburga. To był Newski Pietaczok, znajdujący się na trasie do Murmańska. To tam zajęli Niemcy główne pozycje obronne. Nasi rzucali tam roty, dywizje, by przedrzeć się do oblężonego, głodującego Leningradu. A Niemcy kosili dosłownie naszych żołnierzy. Ziemia tak nasyciła się ludzką krwią, że do dziś nic tam nie rośnie.
– Ofiara krwi w Wojnie Ojczyźnianej była ogromna.
– Przez długie lata nie znaliśmy prawdy o liczbie naszych ofiar w drugiej wojnie. Teraz mówi się o 26,5 milionach ludzi.
– Przerażające. To jakby zginęli niemal wszyscy obywatele międzywojennej Polski.
– Wtedy nie pytano o cenę krwi. Ale dziś nie tyle powinniśmy się zastanawiać, jak była ona wysoka, ile pamiętać o tamtej strasznej lekcji, by jej nie powtórzyć.
– Tak jak rewolucji 1917 roku?
– Tak. Dlatego cały 2017 rok był poświęcony w Rosji pamięci październikowej katastrofy.
– Potrzebny jest przykład, kanon, święci?
– Oczywiście. W 2000 roku synod ruskiej Cerkwi kanonizował ogromną liczbę nowych męczenników. Niestety, doświadczenia ostatnich osiemnastu lat pokazują, że mało kto tych świętych naśladuje.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

fot. Anna Radziukiewicz

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token