Numer 3(405)    Marzec 2019Numer 3(405)    Marzec 2019
fot.Bizantyjska ikona Triumfu Prawosławia z XIV wieku
Pielgrzymując ze Słowakami
Paweł Krysa
A plan był taki, że jedziemy z żoną odpocząć tuż za naszą granicę, na Dni Svidnika. Miało być rusińsko, etnograficznie i bojowo, bo Svidnik to „stolica” słowackich Łemków-Rusinów oraz centrum wielkiej bitwy o Przełęcz Dukielską z czasów ostatniej wojny. Pełno więc tutaj pamiątek po tejże, tudzież muzeów, cmentarzy i pomników, powstałych w czasach minionej epoki. I nikomu nawet na myśl tutaj nie przyjdzie, by to burzyć i zamykać, w stylu naszych rodzimych „patriotów”. Dowodem na to, jak bezsensowne jest tego typu myślenie, byli polscy zwiedzający – rodzinnie, grupowo, koleżeńsko – liczebnie wielokrotnie przewyższający Słowaków.
Z lubością napawaliśmy się więc słowacko-rusnackimi pisniczkami, popijając Saris i grzejąc się w słoneczku. I wtedy uświadomiłem sobie, że do Stropkova, z którego pochodziła spora grupka moich gruzińskich pielgrzymów, tylko kilkanaście kilometrów. Wystarczył jeden telefon, byśmy znów byli razem. Najpierw „u nas”, potem u nich. Teraz to my będziemy przewodnikami – oznajmili. I tak to z planowanych trzech godzin na Słowacji, wyszły trzy dni.
Zaczęliśmy nazajutrz, od służby w stropkowskiej nowej cerkwi. Starą, pod wezwaniem św.św. Cyryla i Metodego, zbudowaną w stylu bizantyńskim, zabrali uniaci. Wtedy to ks. Petro Cuper – o którym słyszymy tu na każdym kroku – bez słowa skargi postanowił zbudować nową. I tak oto modlimy się teraz w tej nowej, dwupoziomowej cerkwi ku czci Bogarodzicy, w której cały czas jest jeszcze coś do zrobienia, z rozpisem wnętrza przede wszystkim.
Po skończonej Liturgii Michał prowadzi nas do krypty, w której pochowany jest ojciec Cuper. Za życia cieszył się szacunkiem wszystkich, gdyż wszystkich cierpliwie wysłuchiwał i w miarę możliwości pomagał. Nigdy się nie denerwował i nigdy nie złościł. Nigdy nie zwracał też uwagi na wyznanie czy narodowość. Ciągnęli więc doń tłumnie i prawosławni, i unici, i katolicy, i Słowacy, i Cyganie. Ciągnęli za życia, ciągną i po śmierci, bo choć ojciec Piotr nie jest kanonizowany, to Stropkov prosi go o pomoc jak świętego, co możecie państwo zobaczyć na załączonej do tego tekstu fotografii.
Następnie Medzilaborce. Bo i cerkiew prawosławna architektury tu niezwykłej, i muzeum najsławniejszego Rusina ma świecie się znajduje. Po rusnacku mama wołała go Ondrej, ale w świecie zasłynął jako Andy. Andy Warhol – król pop-artu. I jakoś niespecjalnie mi przeszkadza, że tej swojej łemkowskości się wstydził i zawsze mamie ją wytykał. Urodził się bowiem w USA, tam umarł i za Amerykanina, a nie żadnego Rusina, całe życie się uważał. Cóż, każdy przecież ma prawo czuć się tym, kim się czuje i kropka. Na marginesie dodam tylko, że prace Warhola trzeba koniecznie zobaczyć na własne oczy, bo tylko wtedy można w pełni poczuć ich wartość oraz docenić geniusz autora. To bowiem, co możemy zobaczyć w TV lub Internecie, stanowi jedynie namiastkę!
Wracając już, Michał opowiada o bardzo trudnych i złożonych stosunkach prawosławno-unickich na Słowacji, o bezceremonialnym odbieraniu prawosławnym ich świątyń, o utrudnianiu im życia, o egzekwowaniu swojej liczebnej, religijnej, a nawet narodowej przewagi. Ale też i o niezwykłej dynamice miejscowego prawosławia, które stosunkowo nieliczne i cztero-pięciokrotnie mniejsze od uniatyzmu, zdołało w niepodległej Słowacji wybudować aż 130 cerkwi. Widać to zresztą jak na dłoni w każdej dwucerkiewnej wiosce. Od czasu do czasu jest i trzecia świątynia – rzymskokatolicka. Rozpoznać je bardzo łatwo – wystarczy spojrzeć na kształt wieńczącego wieże krzyża.
Docieramy do Ladomirovej. To jedno z najważniejszych i najświętszych miejsc słowackiego prawosławia, na wschodzie kraju bodaj najważniejsze. Gdy bowiem po rewolucji październikowej bolszewicy zamknęli Poczajowską Ławrę, część mnichów osiedliła się właśnie tutaj, tworząc niejako emigracyjne podworj’e. Ladomirowski monaster św. Hioba Poczajowskiego funkcjonował w latach 1924-1944, odgrywając z pewnością decydującą rolę w powrocie rusińskich Słowaków do prawosławia oraz w utrzymaniu wiary ojców do czasów współczesnych. Mnisi żyli tu jak prawdziwi asceci, na co dzień o chlebie, mleku lub wodzie, zaczynając dzień już o trzeciej w nocy. Ich głównym zadaniem, oprócz modlitwy oczywiście, była działalność wydawnicza. Potężna drukarnia wydawała mnóstwo tytułów, od Ewangelii poczynając, na periodykach i popularnych broszurach kończąc. Docierały one na teren całej Europy środkowo-wschodniej z naszą Łemkowszczyzną i Bałkanami włącznie, a nawet do Rusinów na innych kontynentach. Nijak więc nie sposób przecenić wkładu Ladomirovej w przetrwanie Ortodoksji.
Gdy w roku1944 bolszewicy po raz wtóry zbliżali się do wrót klasztoru poczajowskich uciekinierów, ci znowu ruszyli w drogę. Część z nich osiadła w Monachium, część zaś w USA, o czym będzie poniżej. Wyjeżdżając zabrali ze sobą największe świętości, choć sława Bogu nie wszystkie. To co schowane i cudem niemalże ocalałe, możemy do dziś podziwiać w ladomirowskiej cerkwi prawosławnej. Przez lata czechosłowackiego ateizmu opuszczona i niszczejąca, od pewnego czasu znowu pełni swoją rolę – duchowego serca Słowacji. Każdy pielgrzym może więc przyłożyć się dziś do cząsteczek relikwii świętych Jana Chrzciciela, Pantelejmona, Nektariusza z Eginy oraz Hioba Poczajowskiego, a także słynącej łaskami cudownej kopii Poczajowskiej Bogarodzicy.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Paweł Krysa
fot. autor

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token