Numer 4(406)    Kwiecień 2019Numer 4(406)    Kwiecień 2019
fot.
Galicyjskie przemyślenia autokefaliczne
Paweł Krysa
Gdy jakaś wielka jednostka społeczna ma w sobie Cerkiew, to ta Cerkiew powinna mieć niezależność. To jest soborowość prawosławia – tak pięknie kończy swoje wspomnienia o metropolicie Dionizym Michał Klinger w poprzednim numerze Przeglądu. Fakt niezaprzeczalny, tyle tylko, że w moim przekonaniu ta jednostka społeczna musi tego chcieć. A z tego co wiem, zdecydowana większość prawosławnych na Ukrainie niespecjalnie się do autokefalii paliła i nadal nie pali. Mówiąc krótko, zostali uszczęśliwieni na siłę, bo w całym tym zamieszaniu nie tylko o religię chodzi, a o politykę. Nie Cerkiew przecież, a prezydent i rząd Ukrainy o autokefalię wystąpili i de facto oni otrzymali tomos z Fanaru. Przy wielkim aplauzie USA i UE oczywiście. Rodzi się pytanie: dlaczego zachodowi tak bardzo zależy na raskole i zamieszaniu ukraińskim? Kwestia silnego uderzenia w Niedźwiedzia jest tu tak oczywista, że niewarta nawet opisywania po raz kolejny. Nie chcę zresztą w tym tekście zajmować się polityką, a religią. I to nie tylko prawosławną, ale szerzej chrześcijańską. Siły bowiem stojące za raskołem, same dawno już zlaicyzowane i ateistyczne, dążą przecież, co widać gołym okiem, do ostatecznej rozprawy nie tylko z chrześcijaństwem wschodnim, ale chrześcijaństwem jako takim. I metody od wieków stosują te same, diablo skuteczne niestety – podział i rozbicie.
Tak było tysiąc lat temu, gdy udało się podzielić zjednoczony Kościół Chrystusowy, tak było pięćset lat temu, gdy skutecznie podzielono Kościół zachodni na rzymski i protestancki, tak też jest i dzisiaj, gdy usiłuje się podzielić prawosławie. Zewsząd bowiem słychać, że gdyby już dawno dać Ukrainie tę autokefalię, to problemu by nie było. W tym sensie zapewne tak, tyle że w znaczeniu globalnym niczego by to nie zmieniło. Podział byłby bowiem podziałem, tyle że kanonicznym. A tak czy inaczej, podział zawsze jest wstępem do ostatecznego rozbicia i unicestwienia. A o to przecież współczesnemu światu i antychrystowi chodzi. Z tego więc powodu Cerkiew ruska robiła i robi wszystko, by utrzymać swe historyczne ziemie w jedności, zdołała nawet doprowadzić do połączenia z Cerkwią Zarubieżną, co wydawało się rzeczą niemal niewykonalną.
I to właśnie – łączenie, klejenie, spajanie i jednanie – jest w moim najgłębszym przekonaniu jedyną właściwą „polityką cerkiewną” naszych czasów. Bo tylko tak jesteśmy w stanie oprzeć się wszechobecnej laicyzacji i ateizacji. Bo tylko „w jedności siła”. Małe, nieliczne, narodowe Cerkwie narażone będą bowiem na ogromne problemy i niektóre po prostu nie przetrwają. Nie zapominajmy również i o tym, że etnofiletyzm (stawianie idei narodowej ponad jedność wiary) już dawno został przez Cerkiew potępiony i uznany za herezję.
Spróbujmy więc problemowi ukraińskiemu przez moment przyjrzeć się dokładniej. Mieli trzy struktury cerkiewne (jedną kanoniczną i dwie nie) i po „zjednoczeniu” nadal tyle mają, bo przecież „patriarcha” Filaret cały czas twierdzi, że tomos dostała jego Ukraińska Prawosławna Cerkiew kijowskiego patriarchatu, a nie żadna Prawosławna Cerkiew Ukrainy. Jak dodać do tego unitów, którzy robią wszystko co w ich mocy, by doprowadzić nowe struktury do kolejnej fuzji, tym razem pod swoim przewodnictwem, to gołym okiem widać, iż bałagan jest zdecydowanie jeszcze większy.
Jak na razie żadna z kanonicznych Cerkwi nie poparła tej awantury i da Bóg, nie poprze. Gdyby jednak stało się inaczej, to w kolejce po autokefalię już stoją raskolnicy macedońscy, czarnogórscy, abchascy. I załóżmy przez chwilę, że im się to uda. I co wtedy zrobi ze swoją niezależnością skłócona ze wszystkimi sąsiadami Cerkiew macedońska? Czy taki proces doprowadzi do złagodzenia występujących tam napięć? Pogodzi ludzi? Naprawi stosunki? Ułoży relacje z sąsiadami? Będzie w stanie uzyskać na to zgodę Serbii lub Grecji? Czy może tylko otworzy jeszcze szerzej wrota miejscowemu nacjonalizmowi, który sprawę tak upolityczni, że aspekt sakralny zejdzie na plan dalszy, co w konsekwencji doprowadzi do jego zupełnej marginalizacji, a o to możnym tego świata przecież chodzi. Myślę, że warto zadawać sobie takie pytania i postrzegać to co się dzieje zdecydowanie w wymiarze globalnym, nie tylko lokalnym. W końcu i nasza, polska, dwukrotna autokefalia miała przecież korzenie polityczne, zarówno w latach dwudziestych jak i czterdziestych.
Czy niewielkie, narodowe Cerkwie będą w stanie zmierzyć się z laickim kolosem XXI wieku i unieść problemy przed nimi stojące? Bardzo wątpię. I wątpię przede wszystkim w to, czy będą w stanie dogadywać się między sobą. Wielość rodzi przecież automatycznie partykularyzmy, narodowe interesy, różne punkty widzenia. I w efekcie wygląda to tak, że niby jesteśmy razem, tyle że nie do końca. Proszę przypomnieć sobie, co działo się w pozornie zjednoczonym, pierwszym polskim Sejmie po upadku komunizmu. Ile zdołała wtedy przetrwać w zgodzie i współpracy „zjednoczona” opozycja? Oczywiście Cerkiew to nie Sejm, ale pewne analogie i paralele nie są chyba tak do końca nie na miejscu.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Paweł Krysa

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token