Numer 5(407)    Maj 2019Numer 5(407)    Maj 2019
fot.Andrzej Charyło
Za górami, za lasami, pomagamy sobie sami
Paweł Krysa
Eleos to niebo, a moje dziewczynki to anioły, które od sześciu lat przebywają w tym niebie – ze łzami w oczach mówi mi o swoich dwóch niepełnosprawnych psychicznie i intelektualnie córkach pani Janina z Uścia Gorlickiego.
Niebo znajduje się w centrum Łemkowyny, w przepięknie położonej wsi Gładyszów. Niełatwo trafić do nieba. Ze wszystkich stron góry, a kawałeczek dalej słowacka granica. Więc jeśli chcesz do nieba wjechać, najpierw musisz wkręcić się serpentynami na szczyt Magury, a potem się z niej odkręcić. Wtedy jeszcze kawałeczek i las się kończy, i już masz przed sobą niebo – cudowną karpacką kotlinę, zewsząd otoczoną górami. Nic więc dziwnego, że to właśnie tutaj, w niebie, znalazł sobie miejsce Prawosławny Ośrodek Miłosierdzia Diecezji Przemysko-Gorlickiej ELEOS.
Zaczynali skromnie, od idei i od marzenia. Ideą było słowo miłość. Marzeniem zaś, chęć pomagania najbardziej potrzebującym. Marzycielem oraz idealistą był i jest nim nadal, jegomość Arkadiusz Barańczuk. Bardzo szybko zaraził nim swoją imość Katarzynę i tak to marzą sobie wspólnie, z Bożą pomocą, już osiemnaście lat. Wszystko zaczęło się w momencie, gdy jegomość poznał na wakacjach kalekiego chłopca, marzącego o wózku inwalidzkim. Nie dawało mu to spokoju. Po powrocie uruchomił kontakty, załatwił wózek. – Urzeczywistnił ksiądz moje największe marzenie – usłyszał od rozradowanego małolata.
Zaczynali skromnie, od darmowej wypożyczalni sprzętów szpitalnych i rehabilitacyjnych oraz pomocy typowo doraźnej, okazjonalnej. Z czasem powstał Eleos, którego kręgosłupem są Warsztaty Terapii Zajęciowej dla osób z zaburzeniami intelektualnymi i psychicznymi. Całkowicie darmowe, skierowane do wszystkich potrzebujących, bez względu na wyznanie czy narodowość. Tu nikt nikomu w pochodzenie i metrykę chrztu nie zagląda – eleos znaczy przecież miłosierdzie.
Aniołki pani Janiny to 32-letnia Jadzia i 34-letnia Hania. Po skończeniu nauki w klasie specjalnej siedziały w domu. Koleżanek nie miały, bo były inne i nie umiały się bawić. Nie wychodziły też poza obręb podwórka, nie jeździły na rowerze i w ogóle były do niczego. Siedziały więc same, w towarzystwie mamy i cioci, bo starsze rodzeństwo się ich wstydziło, a ojciec zajmował się wyłącznie piciem i awanturami. Od tamtego czasu upłynęło wiele lat, ale w tej materii nic się w ich domu nie zmieniło.
W eleosowych warsztatach bierze udział trzydzieści osób, mających do dyspozycji sześć pracowni tematycznych. Od plastycznych, przez gospodarstwo domowe, po ikonografię. Celem zajęć jest uspołecznienie tych osób oraz ich rehabilitacja, mające na celu stworzenie warunków do choćby ciutkę lepszego funkcjonowania w społeczeństwie. Najzdolniejsi i najlżej chorzy mają również szansę, by zaistnieć na chałupniczym rynku pracy.
Eleos to nie tylko miłosierdzie. To również największy pracodawca okolicy, dający zarobek 44 osobom, bez których szefostwo nie wyobraża sobie jakiegokolwiek funkcjonowania. Tu nie ma przypadkowych ludzi – tłumaczy mi terapeuta Mariusz Socha, pracujący od lat w Eleosie – ci, którzy się nie nadają, odchodzą sami po kilku dniach. Zostają tylko tacy, którzy mają jednak jakieś powołanie. Sama chęć pracy czy bezrobocie to u nas za mało. Jak nie poczujesz bluesa, nie wytrzymasz. 

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Paweł Krysa
fot. autor

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token