Numer 5(407)    Maj 2019Numer 5(407)    Maj 2019
fot.Andrzej Charyło
Monaster Śpiewającej Bogarodzicy
Paweł Krysa
Góry Troodos od zawsze zamieszkiwali asceci i pustelnicy. Jednym z nich był abba Izajasz. Wiódł życie spokojne i nabożne, aż do momentu, gdy podczas polowania natknął się na niego Manuel Butomitis, cypryjski gubernator wyspy z ramienia cesarza Aleksego Komnena. Księciu niespecjalnie wychodziło polowanie, dlatego wściekł się, gdy napotkany mnich, jego zdaniem, nie powitał go wystarczająco godnie. Kazał więc sługom nauczyć krnąbrnego zakonnika rozumu. Izajasz zniósł razy bez słowa i powlókł się do swojej jaskini. Butomitis zaś po powrocie do domu ciężko zaniemógł. Tak zupełnie bez przyczyny.
Gdy starania medyków okazały się bezowocne, zaczął wreszcie myśleć. I przypomniał sobie historię z mnichem. Pokajał się szczerze w modlitwie i zapadł w sen, w którym ukazał mu się Anioł Pański, polecając przeprosić abbę i wypełnić to, co mu powie. Gdy książę już ukorzył się przed mnichem, a ten z prawdziwe ojcowską miłością mu przebaczył, boleść ustąpiła. – Czym mogę wynagrodzić ci ojcze twoje święte modlitwy? – spytał gubernator. – Sprowadź na Cypr ikonę Bogarodzicy, która znajduje się w apartamencie cesarza – usłyszał w odpowiedzi (abba Izajasz postąpił zgodnie z poleceniem anioła, który we śnie uprzedził go o chorobie gubernatora, o jego prośbie i poinstruował, jak powinna brzmieć odpowiedź).
Butomitis zaniemówił z wrażenia. Jakże to tak? Jak ma to zrobić? Pojechać do samego cesarza i powiedzieć, że chce ikonę wiszącą od wieków w imperatorskiej sypialni? Chyba całkiem oszalał ten mnich! Książę zrobi oczywiście co w jego mocy, ale takie żądanie to czyste szaleństwo – zakończył roztrzęsiony i wrócił do siebie. Sprawa nie dawała mu jednak spokoju. Gdy już całkowicie ochłonął, doszedł do wniosku, że mnich tak sam od siebie nie mógł tego wymyślić. A co, jeśli i tym razem był to głos Boży? Powrócił więc do abby, otrzymując od niego potwierdzenie swych domysłów.
Wszystko więc było jasne, tylko w praktyce nadal niczego nie zmieniało. Nie wyobrażał sobie bowiem biedny książę, jak spełnić tak niesamowitą prośbę. Postawił więc warunek: pojedzie, owszem, do Konstantynopola, ale tylko w towarzystwie Izajasza, który potwierdzi, że Butomitis nie zwariował, a tylko wypełnia jego żądanie. I niech lepiej abba modli się gorąco, by cesarz uwierzył w to anielskie polecenie, bo inaczej ich głowy funta kłaków nie będą warte.
Prośba namiestnika, stojącego w towarzystwie mnicha ascety, bardzo skonfudowała cesarza. Znał go przecież dobrze i wiedział, że bez ważnego powodu nigdy nie odważyłby się na podobną zuchwałość. Mimo wszystko odmówił. I wtedy zachorowała cesarska córka. Objawy były identyczne jak u gubernatora. I lekarstwo również okazało się takie samo – gorąca modlitwa abby Izajasza. Imperator, widząc wolę Bożą w tym wszystkim, postanowił oddać cudowną ikonę. Ale najpierw polecił sporządzić jej wierną kopię. Gdy ta już była gotowa, za podszeptem rogatego w ostatniej chwili kazał podmienić ikony. I wtedy sam ciężko zaniemógł. Po raz kolejny długo modlił się abba Izajasz.
Po wyzdrowieniu cesarz nie tylko oddał ikonę, ale dołożył do niej mnóstwo innych rzeczy – ogromne środki na budowę monasteru, w którym odtąd będzie przebywać wizerunek Bogarodzicy, tytuł klasztoru cesarskiego i stauropigialnego dla przyszłego monasteru, a dla jego ihumena prawo noszenia purpurowego (koloru zarezerwowanego dla władcy) płaszcza i podpisywania się takimże atramentem. Były to więc przywileje wyłącznie cesarskie! Ihumen Kykkos zachował je do dziś, choć już raczej z nich nie korzysta.
Co więc takiego niezwykłego i niesamowitego było w tej ikonie, że to wszystko co opisałem miało miejsce? Otóż ikona owa była i oczywiście jest nadal jedną z trzech, które apostoł Łukasz napisał za życia Bogarodzicy. Wykonał ją, jak podaje tradycja cerkiewna, na desce ze stołu, przy którym Chrystus z apostołami spożywali Ostatnią Wieczerzę. Skoro więc ikona była wykonana za życia Bogarodzicy, to znaczy, że apostoł oddał wiernie nie tylko jej postać, ale i rysy twarzy. Dziś powiedzielibyśmy, że zrobił jej zdjęcie. Z tego też powodu, by wizerunek Przenajświętszej Bogarodzicy nigdy nie został na Cyprze sprofanowany, nakazał cesarz zakryć go zawieską, aby nikt nigdy nie śmiał spojrzeć w oblicze Matki Boga. I tak jest do dzisiaj.
Przyjeżdżają więc pielgrzymi do Kykkos już tysiąc lat, sumiennie przestrzegając cesarskiego nakazu. Zdarzyło się jednak, iż znalazł się człowiek, który postanowił zajrzeć w Święte Oblicze. Był nim patriarcha Aleksandrii Gerasim, który w 1669 roku złożył wizytę na Cyprze. Na nic zdały się  prośby i błagania ihumena oraz braci monasteru. On jest patriarchą, więc zrobi co zechce. Ściągnął zatem z ikony zawieskę i oślepł. Długo, żarliwie i gorąco wiele dni się modlił, pościł i płakał, nim Matka Boża się nad nim ulitowała, wzrok przywracając. Napisał więc Gerasim nakaz, by czerpiąc wiedzę z jego przykładu nikt nigdy jego błędu już nie powtórzył. Obydwa pisma – i cesarskie, i patriarsze – znajdują się w monasterskim archiwum.
Kykkos powstał z końcem XI wieku, stanowiąc od tego momentu najważniejszy punkt na prawosławnej mapie Cypru. Każdy prawosławny przewodnik i każda książka zaczyna się zawsze od niego i od cudownej ikony. Ilu próśb wysłuchała oraz ilu cudów dokonała Matka Boża za pomocą swego wizerunku można się przekonać, przeglądając choćby pobieżnie tzw. księgę cudów. Cztery razy płonął monaster. Ogień niszczył niemalże wszystko, ale nigdy nie tknął głównej cerkwi i jej świętości. Nic więc dziwnego, że obitiel otaczana była zawsze wielką czcią i miłością i nigdy nie skąpiono środków na jej wyposażenie. Kilka lat temu po raz kolejny przeszła gruntowną modernizację, stanowiąc obecnie najprawdziwszą perłę.
Zapraszam więc do środka, ale najpierw dojedźmy do monasteru. Można od strony Nikozji krętą, górską drogą niewyobrażalnej piękności, z przepaściami i kanionami po bokach oraz błękitnym morzem i białą plażą w tle. Można też górską drogą od strony Pafos, czyli tą, którą przed wiekami dotarła ikona. Zobaczymy wtedy pochylone ku środkowi drogi potężne sosny, które tysiąc lat temu składały hołd Bogarodzicy. Widok to niezwykły, wręcz nierealny, u niewierzących wzbudzający jedynie uśmiech politowania. Najlepiej więc dotrzeć do Kykkos jedną, a wrócić drugą drogą i na wyprawę poświęcić cały dzień – tu naprawdę nie warto się śpieszyć.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Paweł Krysa, fot. autor


Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token