Numer 6(408)    Czerwiec 2019Numer 6(408)    Czerwiec 2019
fot.Anna Radziukiewicz
Czyste serce
Anna Radziukiewicz
Anna Radziukiewicz: – Bieda nie zna granic?
Cherian Eapen: – Nie zna. Podobnie jak chrześcijaństwo nie zna granic ani nie ma swego kraju.
– Matka Teresa z Kalkuty, kanonizowana przez Kościół rzymski w 2016 roku, była dla Pana wzorem?
– W 1986 roku premier rządu Indii spotkał się z kilkoma radzieckimi lekarzami, której to grupie towarzyszyłem. Dał nam adres Matki Teresy. Pojechaliśmy do Kalkuty. „Pójdziecie ze mną?” – spytała Matka Teresa. Mówiła po angielsku bardzo szybko. Poprosiła: „Odprowadźcie mnie do mojej limuzyny”. „Limuzyna” okazała się być starym, tanim i malutkim samochodem. Pojechaliśmy. W kieszeni mam pieniądze, które chcę oddać Matce Teresie. Wyjmuję je. A Matka Teresa: „Tam oddajcie te pieniądze” – wskazuje jakieś miejsce. I mówi: „Pieniądze zawsze przyjdą. Ale tym czego nam brakuje, są miłosierni ludzie”. Prowadzi mnie na ulicę. „W naszym stanie nie ma większej biedoty niż tu” – zauważa. „Matko – mówię – widziałem wczoraj straszny obraz! Ludzie zajmowali z półtora kilometra, śpiąc na ulicy!”. „I to jest piękno Kalkuty!” – na to Matka Teresa. „Jak to?” „Żyjecie w Europie, Ameryce – zwraca się do nas Matka Teresa – macie wszystko i nie potraficie tym się cieszyć. A tu dasz kołdrę bezdomnemu, a on się rozpromieni. W nocy ma nad sobą miliony gwiazd. W dzień, zobaczcie, jak ich dzieci się bawią ze sobą, kobiety krzątają się, rozmawiają. Nikt się nie odgradza się od siebie, nie zamyka w swoich domach-pałacach. To piękne!”. Wtedy pojąłem – tam jest Chrystus, miłosierdzie, wszystko. Dzięki Ci Panie, że to widziałem!
– Widział Pan biedę nie tylko w Kalkucie ale też w Moskwie, Los Angeles.
– W latach dziewięćdziesiątych, kiedy rozpadł się Związek Radziecki, dzieci i dorosłych bezdomnych znajdowaliśmy w Moskwie w piwnicach, pod torami, na dworcach. Przez 8-9 lat dawaliśmy im bezpłatne obiady. Mnóstwo ludzi na nie czekało. Zapewnialiśmy im podstawową opiekę medyczną. Do pomocy przyłączyła się Cerkiew. Ale to był prymitywny sposób pomocy.
– A w Los Angeles?
– Potrzeby były nie mniejsze niż w Moskwie. Kilka razy sponsorowałem obiady dla ubogich na Dzień Dziękczynienia. Po posiłek ustawiało się po pięć tysięcy ludzi! Kiedy zobaczyłem, jak ogromne są potrzeby w Los Angeles, mówię do moich współpracowników: „Zaczynajmy organizować akcję miłosierdzia, opartą na wolontariacie. Zorganizujmy bezpłatną klinikę dla dzieci”. „To niemożliwe. Prawo na to nie pozwala” – usłyszałem. Nie ustąpiłem. Zacząłem organizować miejsce, w którym bezpłatnie można było zbadać dzieci, wydać leki, skonsultować chorobę u specjalisty. Na początku przyszło mało dzieci, ze sto. Ale potem zarejestrowaliśmy ich tysiąc, a niebawem i dziesięć tysięcy! Ogromna fala biedy nas ogarnęła. Co się dzieje? – wszyscy pytali. Akcją zainteresowali się dziennikarze. Jak to, zupełnie bezpłatnie pracują lekarze, pielęgniarki i mnóstwo innych zgłasza się do pomocy! – nie kryto zdumienia.
– I to pod kierunkiem cudzoziemca, Hindusa.
– Pamiętałem naukę Matki Teresy: „Najważniejsze jest miłosierdzie, czyste serce, pieniądze potem przyjdą same”. Po roku władze stanu Kalifornia zainteresowały się projektem i jego gubernator wydzielił na klinikę prawie cztery miliony dolarów. Wtedy stwierdziłem, że nie jestem tam już potrzebny. Odszedłem.
– Bo to już nie będzie miłosierdzie?
– Tylko biznes. Od niego odchodzę.
– Z kliniki Pan odszedł?
– Tak, ale nie z Los Angeles. Zacząłem pracować z narkomanami. Zabieraliśmy ich z ulicy. Umieszczonych w ośrodku przez miesiąc leczyliśmy. Potem odkrywaliśmy w każdym talenty i zdolności. Kształciliśmy, przygotowując ich do ról w społeczeństwie i zawodów. Co trzy miesiące zdawali egzaminy z wiedzy, ale i, że tak określę, sensu życia. Po dziewięciu miesiącach mogli wracać do rodzinnych domów, zwykle przemienieni i skruszeni.
– Sam Bóg musiał wam w tym pomagać!
– Oczywiście. Uczyliśmy ich modlić się. Codziennie z rana szli nasi podopieczni na wspólną modlitwę. To było dzieło Boże. Jeśli pracując myślę, że widzę efekty mojego trudu, błądzę. Kiedy myślę, że Bóg działa poprzez mnie, a ja jestem tylko Jego narzędziem, wtedy mam rację. 
– Pracował Pan z ludźmi, jako wolontariuszami, różnych narodowości i konfesji.
– Pracowałem z hinduistami, protestantami, katolikami, ale najczęściej z prawosławnymi. Zawsze znajdywałem ludzi, którzy pracują bez wynagrodzenia i jeśli otrzymują od sponsorów pieniądze, kierują je do potrzebujących.
– I tak samo było w Kalkucie?
– Tak, według tej samej zasady, w jednym czasie, opiekowałem się wraz z wolontariuszami 3200 dziećmi.
– Niewyobrażalne!
– Ale wtedy mogę spokojnie zasypiać, bo przecież każdego dnia pytam siebie przed snem – cóż dzisiaj uczyniłem Bogu?
– A teraz?
– Mamy pod swoją pieczą około dwóch tysięcy hinduskich dzieci, którym pomagamy, dopóki nie skończą 18 lat. Wspierają ich finansowo sponsorzy prawosławni, ale także katoliccy i hinduscy. W kilku miastach Indii stworzyliśmy dla nich szkoły techniczne. Dziewczęta też przygotowujemy do zawodu. Taką samą pracę prowadzimy dalej w Rosji. A dziś ci, których na początku trudnych lat 90. wyciągaliśmy z piwnic, zbieraliśmy z dworców, mają ponad trzydzieści lat, pozakładali swoje rodziny, mają dzieci. Jestem ojcem chrzestnym wielu z nich. Fundacja ROY pomaga także biednym rodzinom w Afryce. Nna tym kontynencie jest mnóstwo wielodzietnych ubogich rodzin.
– Indie to subkontynent. W której części kraju Pan się urodził?
– W południowo-zachodniej, w stanie Kerala, co dosłownie znaczy na ziemi kokosowych palm, gdzie około 30 procent mieszkańców to chrześcijanie, podczas gdy w całych Indiach ten odsetek wynosi 2-2,5 procenta. Nasz stan obejmuje prawie 600 kilometrów wybrzeża Oceanu Spokojnego, do którego portów już przed chrześcijaństwem zawijali liczni kupcy z Babilonu, Chin, Fenicji, Egiptu.
– I tu po śmierci Chrystusa przybył apostoł Tomasz?
– Przybył w 52 roku. Założył hinduski chrześcijański Kościół. Tak więc wszystkie obecnie istniejące denominacje chrześcijańskie w Indiach uważają misję apostoła Tomasza za swój początek, również Cerkiew malabarska, do której należę.
– Historia chrześcijaństwa w Indiach jest bardzo złożona. Chcę jednak zapytać o rezultaty misji zachodnich chrześcijan u was.
– Na początku siedemnastego wieku kość słoniowa i przyprawy przyciągnęły do Indii Anglików, Holendrów, Francuzów, także Portugalczyków. Z ostatnimi przybyli misjonarze. Portugalczycy w ciągu pięćdziesięciu lat panowania zdołali, używając przemocy, przeprowadzić na katolicyzm większość hinduskich chrześcijan. W połowie XVII wieku duża jednak ich część odrzuciła unię z Rzymem.
– Jakie są kontakty Cerkwi malabarskiej z Cerkwiami prawosławnymi, choćby w Europie?
– Ciekawe jest to, że w 1851 roku przedstawiciel malabarskiej Cerkwi przyjechał do Konstantynopola, by rozmawiać z rosyjskim ambasadorem o zbliżeniu z rosyjską Cerkwią. Niestety, dwa lata później wybuchła wojna krymska i przeszkodziła tym planom.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Redakcji dwumiesięcznika „K jedinstwu!” dziękuję za współpracę.
fot. Anna Radziukiewicz


Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token