Numer 6(408)    Czerwiec 2019Numer 6(408)    Czerwiec 2019
fot.Anna Radziukiewicz
O Lidii Dubrowinej
Violetta Wiernicka
Dubrowinowie od siedemdziesięciu lat współtworzyli łódzką cerkiew. Byli filarem naszego chóru – Jerzy, głowa rodziny, przez wiele lat był jego dyrygentem. Śpiewały też Ksenia, żona głowy rodziny, i Lida, która w późniejszym okresie przez dwadzieścia lat była psalmistką. Wala z kolei nie tylko śpiewała, ale w pewnym momencie kierowała chórem katedry św. Aleksandra Newskiego.
Zapisy w księgach parafialnych łódzkiej cerkwi świadczą, że ojciec Lidy i Wali urodził się w Grójcu (ochrzczono go w tamtejszej cerkwi św. Mikołaja), a matka w Częstochowie. Można domniemywać, że dziadkowie sióstr przybyli na ziemie polskie po powstaniu styczniowym. Wówczas przeprowadzono reformę administracyjną, w ramach której do Królestwa przyjechały tysiące prawosławnych z Cesarstwa, by zająć stanowiska postrzegane jako kluczowe przez władze w Petersburgu. Do tej kategorii należeli policjanci, urzędnicy na szczeblu powiatu i guberni, pracownicy banku, nauczyciele, sędziowie.
Niestety, nie zdołałam ustalić powodów, dla których przodkowie Lidy i Wali znaleźli się w Królestwie Polskim. Mogę jedynie domyślać się, że z biegiem czasu poczuli się tutaj jak w domu i zostali na stałe, otrzymali wykształcenie i rozpoczęli karierę zawodową. Jak wynika z dokumentów łódzkiej parafii, w latach 30. Jerzy Dubrowin był „urzędnikiem z PKO”. 
Jako że rodzice sióstr urodzili już w Polsce, nigdy nie myśleli o powrocie do Rosji. Po rewolucji październikowej, która zapoczątkowała okrutne prześladowania Cerkwi, głęboko wierzący Dubrowinowie w ZSRR byliby narażeni na śmiertelne niebezpieczeństwo, a fakt urodzenia i zamieszkiwania na terenie Królestwa Polskiego albo – jak to wówczas ujmowano „wielkopańskiej Polszi” – od razu uczyniłby z nich osoby podejrzane o szpiegostwo.
Ku mojemu żalowi, pani Lida nic nie wiedziała o swoich przodkach. Nie chciała też opowiadać o swoich rodzicach, co częściowo wynikało  z jej wrodzonej skromności.
Wydaje się jednak, że za tą odmową stał też inny powód. Dubrowinowie, podobnie jak tysiące innych prawosławnych rodzin, doświadczyli prześladowań z powodu swoich związków z Cerkwią prawosławną. Tuż po zakończeniu drugiej wojny na ulicy w Kaliszu Jerzego wciągnięto do samochodu pełnego agentów NKWD. Wkrótce wydano na niego wyrok i wysłano do łagru.
Mężczyzna wraz z tysiącami prawosławnych mieszkańców został ofiarą szeroko zakrojonej radzieckiej operacji. Jeszcze jesienią 1944 roku, w Moskwie, podczas ściśle tajnego spotkania o kryptonimie „Tołstoj” minister spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii Anthony Eden zadeklarował  Stalinowi, że wszyscy obywatele Związku Radzieckiego, którzy znajdą się poza jego granicami, wrócą do ojczyzny. Oznaczało to przyzwolenie aliantów na przymusową repatriację wszystkich osób, które w trakcie wojny z jakichś powodów znalazły się w Europie. Jerzy Dubrowin wprawdzie był obywatelem Polski, ale dla  NKWD nie miało to znaczenia, bo przecież brał aktywny udział w życiu Cerkwi prawosławnej i był „reliktem carskich czasów”.
Niewątpliwie zsyłka męża i ojca była szokiem dla jego rodziny. Szanse, iż uda mu się przeżyć w łagrze, były niskie. Łatwo sobie wyobrazić rozpacz i niepokój żony i córek. Ale mimo tej tragedii oraz faktu, że w PRL-u na prawosławnych patrzono nieprzychylnym okiem, wiara rodziny oraz jej przywiązanie do Cerkwi pozostawały niezłomne. Jak wynika z zachowanych dokumentów parafii św. Aleksandra Newskiego, Wala i Lida sumiennie uczęszczały na lekcje religii przy parafii.
Dopiero po śmierci Stalina 5 marca 1953 roku do Łodzi zaczęli wracać więźniowie łagrów. Ale ujrzeć rodzinne strony poszczęściło się tylko garstce z nich – trzynastu z dwóch tysięcy zesłanych. Jerzy zjawił się w rodzinnym domu w 1958 roku. – Po trzynastu obozowych latach tatuś był wrakiem człowieka. Chował jedzenie w obawie, że jutro zabraknie chleba – wspominała pani Lida.
Można się pokusić o stwierdzenie, że tak ciężkie przeżycia odcisnęły piętno na siostrach. Z moich obserwacji także wynika, że w tamtych czasach rodzice ukrywali przed dziećmi wiadomości o pochodzeniu i przeszłości rodziny, wierząc iż niewiedza uchroni je przed niebezpieczeństwem. Tak oto w pani Lidii, podobnie jak w wielu przedstawicielach jej pokolenia, rozwinęły się obawy przed podzieleniem się wiadomościami o dziejach swoich bliskich, nad czym zawsze ubolewałam. 
Po powrocie z łagru Jerzy włączył się w działalność parafii św. Aleksandra Newskiego i został dyrygentem tutejszego chóru, w którym śpiewały jego córki. Dziewczyny próbowały swoich sił w repertuarze estradowym. Stworzyły duet, który święcił triumfy m.in. na Festiwalu Piosenki Radzieckiej w Zielonej Górze, na którym w 1963 roku zajęły trzecie miejsce (o jeden stopień wyprzedziła je Zdzisława Sośnicka). Siostry śpiewały także w popularnej audycji Polskiego Radia „Wesoły Autobus”, występowały i nawet nagrały płytę z jedyną w Polsce orkiestrą mandolinistów pod kierownictwem Edwarda Ciukszy.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Violetta Wiernicka

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token