Numer 8(410)    sierpień 2019Numer 8(410)    sierpień 2019
fot. Eugeniusz Czykwin
Unia boli
Anna Radziukiewicz

Pogranicza religii i narodów są interesujące, ale i mogą być groźne. O takim, polsko-ukraińskim, pisze Włodzimierz Osadczy, profesor historii Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, w książce „Unia tripleks. Unia brzeska w tradycji polskiej, rosyjskiej i ukraińskiej”.

Unia to główna bohaterka opowieści. Teren, którego rozważania dotyczą, to Galicja, dziś podzielona państwową granicą, dokładniej jej wschodnia część z wiodącymi miastami Lwów i Stanisławów, dziś Iwano-Frankowsk. A czas? To cała panorama, z sięganiem do połowy XIV wieku, czyli kiedy polski król, Kazimierz Wielki włączył do Korony Księstwo Halickie, w wersji łacińskiej zwane jako Galicja.  Państwu polskiemu zawsze zależało na wtopieniu tych ziem, zamieszkałych w podstawowej masie przez ludność ruską, w swój organizm. Temu procesowi miał służyć eksperyment unii kościelnej, bardziej polityczny niż misyjny, czyli podporządkowania tej ludności papieżowi. W książce mówi się o sześćsetletnim doświadczeniu unijnym na tych ziemiach, uważam, że mocno przesadzając. Mówi to cytowany przez Osadczego metropolita lwowski arcybiskup Mieczysław Mokrzycki („zarówno struktury obrządku unickiego, jak i wierni są tu obecni od 600 lat”). Tymczasem unia brzeska została zawarta w 1596 roku, a więc 423 lata temu. I to właśnie na ziemiach Galicji, we Lwowie i Przemyślu, napotykając największe opory. Tu biskupi i wierni gdzieś ze stuletnim opóźnieniem przyjmowali postanowienia aktu brzeskiego. Może metropolita miał na myśli unię ferraro-florencką z połowy XV wieku. Ale ona nie miała praktycznie żadnego przełożenia na ziemie ruskie.  Wtedy to metropolita ruskiej Cerkwi Izydor wraca w 1439 roku z soboru, obdarzony najwyższymi godnościami przez papieża – jako legat apostolski w „prowincjach całej Rusi, także Litwy i w Inflantach”. Niebawem otrzymuje i tytuł kardynała Kościoła rzymskiego. Wraca przez Węgry i Kraków. W Krakowie podejmowany jest z najwyższymi honorami. Jest Wielki Tydzień. W łacińskim kościele celebruje w Wielki Piątek greckie nabożeństwo. Przyjmuje go na Wawelu król. W wawelskiej katedrze też celebruje grecką Liturgię. Modli się nad grobami polskich władców. Do Moskwy jedzie przez Lwów, Halicz i Chełm. We Lwowie swoim zachowaniem wywołuje zgorszenie wśród prawosławnych Rusinów, z powodu wspólnej modlitwy z łacinnikami. Ale już w Moskwie przyjmuje metropolitę Izydora wielki książę Wasyl z nieukrywaną wrogością, jako zdrajcę i heretyka. Nazywa go „wilkiem w owczej skórze”, „łacińskim heretykiem kusicielem” i osadza w niewoli. A synod w Moskwie usuwa Izydora ze stanowiska metropolity i potępia unię florencką. I takie to są owoce tamtej unii – ani struktur, ani wiernych na Rusi i na ziemiach ruskich Korony. A metropolita Izydor ucieka do Rzymu, gdzie kończy swój żywot jako – wyłącznie tytularny – patriarcha konstantynopolitański. Inna sprawa – unia florencka spowodowała pękanie w organizmie ruskiej Cerkwi. W Moskwie stwierdzono, że Konstantynopol zdradził prawosławną Cerkiew, godząc się na unię z Rzymem. Zareagowano dość szybko. W dziewięć lat po tamtej unii wybrano w Moskwie, niezależnie od patriarchy Konstantynopola, który był unitą, metropolitę Ionę dla „całej Rusi”. Papież Kalikst III potępił Ionę jako „schizmatyka”.  A ruski naród żyje pod trzema władcami – wielkim księciem Moskwy, wielkim księciem Litwy i królem Polski. I każdy chce, by ten naród mu lojalnie służył, utożsamiał się z państwem. Tak więc realny wpływ aż do dziś na każdą sferę życia – duchowego, politycznego, społecznego, miała dopiero unia brzeska z 1596 roku.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Anna Radziukiewicz


Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token