Numer 10(412)    Październik 2019Numer 10(412)    Październik 2019
fot.Anna Blakicka
Sława Bohu za skorb i za radost’
Eugeniusz Czykwin
Droga życiowa ojca Leonidasa nie była usłana różami. Urodził się 2 kwietnia 1944 roku we wsi Grabowiec w powiecie bielskim. Wieś była wyznaniowo mieszana. Siedemdziesiąt rodzin było prawosławnych, czterdzieści katolickich. Żyli w zgodzie. Rozmawiali,  także z większością rodzin katolickich, po swojemu.

– Miałem siedmioro rodzeństwa – opowiada ojciec Leonidas. – Byłem najmłodszy. Jedna siostra zmarła. Zostało sześciu chłopców i jedna dziewczynka. Ojciec Jan, człowiek bardzo pracowity, nabawił się podczas wojny artretyzmu, dziewięć lat obłożnie chorował, zmarł gdy miałem trzynaście lat. Moim wychowaniem zajmowała się mama Julia i starsi bracia – Bazyl i Michał. Podczas wakacji pasłem gęsi, owce, krowy na zarobek. Po szkole podstawowej trafiłem do liceum z białoruskim językiem nauczania w Bielsku Podlaskim. To było w 1960 roku. W 1963 roku postanowiłem porzucić liceum i obrać drogę duchowną. Powiedziałem o tym mamie i dyrektorowi liceum Jarosławowi Kostycewiczowi. Pochodził z rodziny duchownych prawosławnych i cieszył się, gdy któryś z jego uczniów szedł do seminarium. Tak było i w moim przypadku. Radość mojej mamy była wielka. Zawsze bardzo chciała, aby któryś z sześciu synów został duchownym. Z moją decyzją zgodzili się także starsi bracia.
Do seminarium przyjmował i egzaminował mnie młody pracownik Michał Hrycuniak, dzisiejszy metropolita Sawa, który był także wychowawcą naszej klasy. To on ukształtował moje pojmowanie roli i znaczenia służby kapłańskiej. Był wymagającym nauczycielem, ale po lekcjach był naszym starszym kolegą. W moim życiu metropolita Sawa zajmował, i tak jest do dziś, szczególne miejsce. W seminarium myślałem o pójściu do monasteru. O zamiarze powiedziałem wychowawcy. Metropolita wiedział, że mam problemy ze zdrowiem – chorowałem na zapalenie stawów – poradził mi, żebym do monasteru nie szedł. – W twoim życiu – powiedział,  jakby przewidując co mnie spotka – będziesz potrzebował pomocy. Lepiej żebyś miał matuszkę.

Moją matuszkę poznałem w Drohiczynie. Pochodziła z sąsiedniej wsi Sieniewice, w której przed wojną żyły dwadzieścia cztery prawosławne rodziny. Zaraz po wojnie wszystkie od kreowanych dziś na „bohaterów” żołnierzy wyklętych otrzymały „rozkaz” wyjazdu, w ciągu 24 godzin, do „sowieckiego raju”. Zostały tylko dwie rodziny. Także dlatego matuszka chciała, byśmy zamieszkali w mieście. Metropolita, wówczas dyrektor motropolitalnej kancelarii, powiedział mi: – Idź do Kośnej i będziesz wdzięczny mi do końca życia. Zgodziłem się, ale przed wyjazdem poszedłem do niego z prośbą, by poradził mi, jakim batiuszką mam być? – Bądź normalny – usłyszałem. – No tak – myślałem po wyjściu – mam problemy, bolą mnie kolana, ale z głową chyba wszystko w porządku i dopiero po kilku latach służby zrozumiałem, jak ważne są normalne, bez fałszywej otwartości i zbytniej poufałości, relacje z parafianami.
Gdy ojciec Leonidas z matuszką przyjechali do Kośnej, w cerkwi i plebani nie było prądu, a zimą pozostawiona wieczorem w wiadrze na rozgrzanym piecu woda zamarzała. Jednak ludzie byli dobrzy, a wyświęcona w 1881 roku, wysoka na pięćdziesiat metrów, cerkiew piękna. Skromne dochody batiuszka z matuszką uzupełniali, hodując dwie krowy, świnie, gęsi i kury.

W 1976 roku decyzją metropolity Bazylego o. Leonidas został przeniesiony do parafii w Lewkowie Starym. Parafia i cerkiew św. św. Piotra i Pawła w Lewkowie jest bardzo stara. Według dokumentów, w dobrach kniazia Massalskiego już w 1505 roku istniała cerkiew. Stojąca do dziś świątynia została wyświęcona w 1574 roku. Parafia lewkowska niegdyś obejmowała rozległe narewskie dobra, należące do Massalskich. Na tym terenie w późniejszych czasach powstały parafie w Juszkowym Grodzie, Siemianówce, Narewce.
Parafianie lewkowscy, jak niemal wszyscy prawosławni na Podlasiu, wyjechali w 1915 roku w  bieżeństwo. Z Rosji, po rewolucji, jedna trzecia ludzi nie wróciła. Wielkim ciosem dla parafii była druga wojna. Marszałek Rzeszy, Göring, otrzymał Puszczę Białowieską jako własny teren łowiecki. To, a także obawa przed współpracą tutejszych mieszkańców z partyzantką radziecką, spowodowało wysiedlenie mieszkańców prawie wszystkich wsi parafii lewkowskiej. Osiem małych wsi doszczętnie zniszczono. Wielu ludzi wywieziono na przymusowe roboty. Po wojnie wsie odbudowano, ale nie wszyscy dawni mieszkańcy wrócili na swoje siedziby. Trzecia ich część wyjechała do Związku Radzieckiego, wielu z nich uciekło z powodu gróźb polskiego podziemia.
 W 1976 roku w należących do Lewkowskiej parafii 19 wsiach mieszkało 565 rodzin, w sumie 1850 osób, z których 99 proc. to prawosławni Białorusini. W pięciu szkołach uczyło się sześćset dzieci. W Lewkowie prosperował dobrze Zakład Ceramiki Budowlanej, zatrudniający ponad trzysta osób. Pytam batiuszkę, a jak jest teraz? – Obecnie – wzdycha ojciec Leonidas – w mojej parafii żyje 336 osób. Zamknięto wszystkie szkoły, a 24 dzieci dowożonych jest do szkoły w Narewce. Na szczęście przetrwała cegielnia.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Eugeniusz Czykwin
fot. Jarosław Charkiewicz
Zbigniew Dzwonkowski
Michał Bołtryk

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token