Numer 11(413)    Listopad 2019Numer 11(413)    Listopad 2019
fot.Wiaczesław Perek
Cud w Rożkowce
Gieorgij Musiewicz
Boży znak
Toczyła się krwawa druga wojna światowa. Nastały trudne czasy. Niemcy rozstrzeliwali i wysiedlali ludzi. W Puszczy Białowieskiej płonęły wsie. Wówczas spalono także wieś Białą. Nasz dom w Dmitrowiczach stał nieopodal drogi z Kamieńca do Białowieży.
Dobrze pamiętam ten dzień z końca 1941 roku. Miałem dziesięć lat, siedziałem w domu. Nagle moja babcia, matuszka Maria Jeliniecka, wywołała mnie na ulicę. Zobaczyłem ludzi, spoglądających w stronę Puszczy. Niebo było gwiaździste. Było widać łunę pożaru. Potem na niebie ukazały się trzy ogniste krzyże.

Zatrwożeni ludzie zaczęli się modlić. Ktoś powiedział, że to znak nadchodzących prób.
Następnego dnia dowiedzieliśmy się, że Niemcy spalili wieś Białą i cerkiew, a mieszkańców, wraz z proboszczem o. Andrzejem Bielewcem, wywieźli w okolice Żabinki. Mieszkańcy bielańskiej parafii pozostali bez świątyni. Niebawem ludzie zwrócili się do władz niemieckich o pozwolenie na budowę cerkwi w Rożkowce, gdzie potem miał miejsce Wielki Cud. Parafianie zebrali środki i z materiału rozebranej leśniczówki wznieśli cerkiew. Była pierwsza połowa 1942 roku.

Karna akcja
Na początku września 1942 roku nieopodal Rożkowki znaleźli się dwaj radzieccy spadochroniarze. Przez pewien czas przebywali w lesie, o czym dowiedzieli się Niemcy. Zorganizowali obławę, żołnierze zdołali jednakże uciec, zabijając dwóch Niemców. Okupanci postanowili zemścić się na mieszkańcach Rożkowki, oskarżając ich o pomoc dywersantom.
W nocy z 27 na 28 września (27 września przypada święto Podwyższenia Krzyża Pańskiego) wieś okrążył oddział ekspedycji karnej. Majątek mieszkańców zarekwirowano, dzieci wywieziono do gminy w Dmitrowiczach. Młodzież powyżej lat szesnastu zaplanowano deportować na roboty do Niemiec, wszystkich dorosłych rozstrzelać, a wieś spalić.
Nina Chwisiuk z Rożkowki, córka Grzegorza, opowiadała: – Eto było w 1942 godu, 28 sientiabria. Mojemu starszomu synoczku było 8 miesiacy. Odabrali jego ot mienia, powiezli na dierewniu. Ale siestra u menie była sama najmenszaja, z 1930 goda, podrostoczek była, ona wziała jogo z soboju. Odna babuszka każe: „Nu szto, ja etu diewoczku wziała b, pastuszka była by, a zaczem mnie gete małoje?” А ona, zara uże pokojnaja, każe: „Pod zaborom budu leżat’, no ja jego nie kinu”. Eto była użasnaja kartina, jak sognali wsiech w kuniec dierewni! U nas byli 2 „bałachowcy”, ja nie znała, czom ich tak nazywali. Odin z dieriewni, Osinnikow, policajom niemieckim służyw, ich do jamki nie gnali, a w koniec dierewni razom s siemiami, i nichto ich ne trogaw.  А ostal’nych wsich sognali, ditiej zabrali і powieźli na dierewni czużyja. Wot takoje było biedstwo.

Dwudziestu mężczyzn zmuszono do kopania jam na skraju wsi. Gdy doły zostały wykopane, Niemcy przyprowadzili tu wszystkich mężczyzn i kobiety, rozstawiając przed nimi karabiny maszynowe. Rozumiejąc co ich czeka, ludzie uklękli i zaczęli się modlić, błagając o ratunek Matkę Bożą i Wszechmogącego Pana Boga. Nagle nad lasem ukazał się lekki samolot. Okrążywszy wieś kilka razy, wylądował na polu, nieopodal miejsca egzekucji. Z samolotu wysiadł oficer, podszedł do dowódcy oddziału egzekucyjnego i zaczął z nim rozmawiać. Potem wsiadł do samolotu i odleciał w kierunku Białowieża-Białystok.
Egzekucję zawieszono. Nastąpiła cisza i poruszające do głębi oczekiwanie. Minęły dwie, może trzy godziny. Ludzie odzyskiwali nadzieję na uratowanie.
Znowuż ukazał się na niebie samolot, wylądował i wysiadł z niego ten sam oficer. Niektórzy tytułowali go majorem. Zaczął wymachiwać jakimś dokumentem, pokazał go dowódcy, a ten wstrzymał egzekucję. Oficer, który przyleciał, zwrócił się do mieszkańców: „Mogliście być rozstrzelani, a wasza wieś spalona. Jednak daruje się wam to. Dzieci powrócą do rodziców, a majątek będzie zwrócony. Dołu nie zasypujcie przez cały rok. Jeżeli przez ten czas coś podobnego wydarzy się we wsi lub okolicy, zostaniecie rozstrzelani”.
Jeden ze świadków zdarzenia, Melania Sajewicz, wspominała, że wszyscy rzucili się wówczas do nóg oficerowi. Ten zaś powiedział: „Nie całujcie mi nóg, nie trzeba. Wiem, że zbudujecie nową cerkiew. Jak dobudujecie, zaproście mnie na jej wyświęcenie. Adres pozostawiam sołtysowi”. Po czym odleciał.

Wyświęcenie cerkwi
Cerkiew budowano. W niedokończonej świątyni służył o. Tomasz Kluka z Dmitrowicz. Do jej wyposażenia trafił ikonostas z cerkwi we wsi Weliki Les, którą Niemcy spalili. Na wyświęcenie zaproszono tajemniczego oficera, który przyjechał. Oprócz o. Fomy, wyświęcenia dokonali o. Klaudiusz Puszkarski z Białowieży oraz o. Mikołaj Koncewicz, pierwszy proboszcz cerkwi w Rożkowce.

Nowa cerkiew stała się spadkobierczynią wezwania cerkwi w Białej – wyświęcono ją ku czci Kazańskiej Ikony Bogarodzicy. Niemiecki oficer, z okazji swej wizyty, podarował, wyrzeźbioną w drewnie ikonę Matki Bożej. Powiedział przy tym: „Chrońcie tę ikonę – to jest wasza Wybawicielka!”.

Po wyświęceniu miał miejsce obiad, na który zaproszono niemieckiego oficera. Iwan Draczuk, który miał wówczas 25 lat, wspominał, o czym opowiadał wówczas oficer: „Gdy mój samolot przelatywał nad miejscem egzekucji, przede mną na niebie ukazało się oblicze Matki Bożej, wskazując ręką w dół”. To był wieli cud, prawdziwy cud! 

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Gieorgij Musiewicz
tlum. i oprac. Doroteusz Fionik
fot. Doroteusza Fionika
oraz z archiwum pisma
„Bielski Hostineć”

Szerszy materiał w języku białoruskim ukazał się w nr 52 (2015) pisma „Bielski Hostineć”

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token