Numer 11(413)    Listopad 2019Numer 11(413)    Listopad 2019
fot.Wiaczesław Perek
Monastery w krainie Drakuli
Paweł Krysa
Rumunia to z całą pewnością święta ziemia prawosławia, usiana tysiącami cerkwi i setkami mniej lub bardziej znanych monasterów. Chrześcijaństwo istniało tu niemal „od zawsze”, jaka więc szkoda, że kraj polskiemu prawosławnemu pałomnikowi jest prawie nieznany. Oddaję więc głos Mircei Eliade, wielkiemu rumuńskiemu historykowi religii, filozofowi kultury, także eseiście, pisarzowi, a nawet dyplomacie: Nie można zrozumieć ani rumuńskiej duszy, ani historii narodu rumuńskiego, bez poznania jego chrześcijaństwa. Dako-Rzymianie byli pierwszym ochrzczonym narodem na północ od Dunaju. Nawrócili się począwszy od siódmego wieku, nie będąc jednak zmuszeni do tego na mocy rozkazu, czy też przy użyciu siły, jak barbarzyńcy. W ich chrześcijaństwie dostrzega się podwójne dziedzictwo: pierwiastki wiejskie i kulturalne. Kultywowali bowiem pogardę dla śmierci, wiarę w nieśmiertelność oraz możliwość pogodnego znoszenia cierpień. Od Rzymian natomiast przyswoili sobie poszanowanie porządku i hierarchii, równowagę duchową, odrzucając tym samym fanatyzm. Z łatwością można odnaleźć wszystkie te postawy u współczesnych Rumunów – nie są ani fanatykami, ani też nie dają się porwać wirowi tajemniczego mistycyzmu. Pomimo że byli prawosławni, nigdy nie poznali teologicznych sporów Bizantyjczyków, nie znali też mistycznych sekt wywodzących się ze spazmatycznego chaosu słowiańskiej duszy.
Czy w takim układzie może dziwić postawa Callinico z Czernicy, który gdy nie miał pieniędzy, by wspomagać biednych, zwracał się z płaczem do tych, którzy go otaczali: Postarajcie się o pieniądze dla mnie, bym mógł je posyłać małym braciom Chrystusa.

Siedmiogród to najczęściej odwiedzana przez turystów część Rumunii. Ciągną tu, bo czysto  europejsko, czasami katolicko, jakoś tak znajomo i bez niespodzianek, co dla wielu równa się, że bezpiecznie. Motorem przyjazdu są też bajeczne góry, alpejska szosa transfogarska, zabytki urbanistyczne jak choćby Brasov (czyli melanż Krakowa z Zakopanem), ale przede wszystkim mityczny władca-potwór Drakula i jego bajeczne zamki. Z tych powodów właśnie nie lubię Siedmiogrodu. Najmniej rumuński, najmniej swojski, no i celem pielgrzymkowym też raczej nie jest. Ale jeśli już trzeba tam pojechać (wujek Google jest tu nieoceniony), to przy odrobinie wysiłku i do niezwykle uduchowionych miejsc można dotrzeć. No bo przecież w kraju, w którym prawie 90 procent ludności stanowią prawosławni, w którym działa czterysta monasterów zamieszkałych przez blisko osiem tysięcy mnichów i mniszek, oaz ortodoksji zabraknąć nie może. I o kilku takich miejscach właśnie poniższy tekst traktuje.
Sinaia jest tym dla Rumunów, czym dla nas Krynica, Szczyrk lub Zakopane. Kto wie, czy nie najsłynniejszy kurort tego kraju, szczycący się królewską przeszłością, wspaniałymi widokami i zabytkami, parkami, alejkami, knajpkami i wszystkim co należy. A że dodatkowo niedaleko stolicy, to w każdy wolny dzień oblegany przez tłumy bukaresztańczyków. Wszystko to piękne i warte zobaczenia, ale prawdziwa perełka znajduje się ciut z boku. Chodzi mi o Monaster Sinaia, którego nazwa pochodzi od słynnego monasteru św. Katarzyny na górze Synaj. Ten rumuński powstał z końcem XVII wieku jako wspaniała kombinacja rumuńskiego stylu narodowego oraz włoskiego baroku, bo właśnie Włosi go budowali. Stanowił fundację królewską i od samego początku chlubę i dumę władcy. Nietrudno się więc domyślić, że główna monasterska cerkiew to prawdziwy architektoniczny cukiereczek. Wewnątrz jednak troszkę rozczarowuje, przypominając bardziej salę muzealną niż świątynną, z koszmarnym sznurem oddzielającym nawę od ikonostasu, a nawet anałojczyka. Jasne, że wszystko to z powodu tłumów turystów, jednak szkoda, że właśnie tak. Na szczęście tuż naprzeciwko znajdziemy wąskie wejście na monasterski dziedziniec, a gdy już tam się znajdziemy, świat się zmienia. Nie ma już muzeum, a jest prawdziwy monaster, cisza, spokój, transcendencja i „prawdziwa” cerkiew, służąca wyłącznie do modlitwy i kontemplacji. Sprzątający mnich lekko się uśmiecha i gestem zaprasza do środka. Tu też widać rękę królewskiego architekta, modlitewny nastrój pozostaje jednak niezakłócony. Największe wrażenie robi typowo bukowiński przedsionek, w całości rozmalowany oraz cudownie obramowane kamienne okienka.

Kilka kilometrów dalej Monaster Caraiman ku czci Podwyższenia Krzyża Świętego, założony bardzo niedawno, bo w roku 1998 przez ojca Gherontiego Puiu (zmarł w roku 2014 w opinii świętości). Znajduje się w miejscowości Buşteni, u podnóża gór Bucegi, na polanie, która ma w środku jodłę o wyjątkowym kształcie. Otóż ojciec Gherontie, kiedy był chory i hospitalizowany po udarze, śnił o Dziewicy Maryi, która zwróciła się do niego w te słowa: Znajdziesz jodłę z sześcioma gałęziami, w pobliżu strumienia, w miejscu, skąd możesz zobaczyć wielki Krzyż. Zbuduj tam klasztor!
Po wyzdrowieniu mnich znalazł wskazane miejsce. Góry, ubrane w zieleń jodeł, przypominają fortecę, która chroni polanę, na której stoi klasztor. Jasny kolor nieba wywołuje spokój, a krzyż ze szczytu Caraiman jest jak posłaniec wiary, który patrzy na słoneczną polanę – miejsce doprawdy bajeczne. Monaster zamieszkuje kilkudziesięciu mnichów. W centralnym punkcie główna monasterska świątynia. Z zewnątrz taka sobie, za to wnętrze oszałamia przestronnością, cudowną polichromią i moszczewikiem z cząsteczkami relikwii kilkudziesięciu świętych.

Jadąc z Caraiman dalej do Brasova – no bo przecież nie można go odpuścić – dojeżdżamy do Bran, którego najważniejszym zabytkiem, by nie powiedzieć że jedynym, jest słynny zamek naszego Drakuli. I nic to, że najprawdopodobniej tylko kazał go zabudować i nigdy tu nie był – tłumom turystów dosłownie z całego świata absolutnie to nie przeszkadza. Omijamy go więc wielkim łukiem, choć architektura, przyznaję szczerze, rzeczywiście jest niesamowita. Pewnie dlatego, jak słyszy się tu powszechnie, natchnęła nawet samego Walta Disneya. Naszym celem jest jednak maleńki klasztor, położony tuż obok. Nazywa się oczywiście Monaster Bran i nie znajdziecie go chyba w żadnym przewodniku. Dotrzeć jednak łatwo. Skręt przy drogowskazie, kilka kilometrów lasem i wyjazd na polanę. I od razu staje się jasne dlaczego właśnie tu zainstalowały się siostry: panorama 360 stopni, z jednej strony potężny masyw skalany, iście tatrzański, z drugiej niewiele mniejszy gór Fogarskich, a pomiędzy nimi całe kilometry pejzażu, upstrzone pstrokacizną wołoskich miasteczek. No, jeśli nie Pan Bóg stworzył to miejsce, to kto?

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Paweł Krysa, fot. autor

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token