Numer 12(414)    Grudzień 2019Numer 12(414)    Grudzień 2019
fot.Anna Radziukiewicz
Tam, gdzie unię podpisano
Anna Radziukiewicz
Gdy 10 stycznia 1439 roku przybyła do Florencji siedmiusetosobowa delegacja Greków ze stopniałego już – z wyjątkami – do granic Miasta Cesarstwa Wschodniorzymskiego, na czele z cesarzem Janem VIII Paleologiem, patriarchą Józefem II, a także z biskupem Efezu Markiem Eugenikiem i arcybiskupem Nicei Bessarionem, zobaczyli tak ja dzisiaj jedno z najbogatszych i najpiękniejszych miast świata. To miasto zobaczył i Izydor, Grek z pochodzenia, metropolita kijowski i całej Rusi. Leżało u podnóża Apeninów, od Morza Śródziemnego dzieliło je mniej niż sto kilometrów. Przeglądało się w szerokiej rzece Arno, rozpamiętując swą starożytną historię, wszak założył je w pierwszym wieku przed naszą erą cesarz Juliusz Cezar. Swą złotą epokę rozpoczęło pod koniec dwunastego wieku, a w połowie następnego biło już floreny, jedną z najsłynniejszych walut średniowiecza. Obrastało kościołami, klasztorami, mostami, przy swoich wąskich ulicach, chronionych przez fortecę, zdawało się gromadzić nieprzebrane bogactwa.

Obrastało pałacami, wśród nich Medyceuszy, należących do najbogatszych ludzi ówczesnego świata. To Kosma Medyceusz zaprosił ich tu wraz z nie mniejszą delegacją Kościoła zachodniego, by dalej przedłużali wspólne obrady. Przedłużali? Tak, bo przybyli tu z Ferrary. W Ferrarze przez cały rok korzystali z hojnej gościny markiza  Mikołaja III d’Este, ale kiedy jego pieniądze się wyczerpały, papież Eugeniusz IV znalazł innego hojnego sponsora, we Florencji. Ze trzy dni przemieszczali się z jednego miasta do drugiego, oddalonych od siebie 150 kilometrów – szybko jak na tamte czasy. Już Cesarstwo Rzymskie w końcu starej ery było spowite siecią utwardzonych bitych dróg o łącznej długości około 300 tysięcy kilometrów.
I ujrzeli jeszcze delegaci we Florencji wspaniały kościół Santa Maria Novella, wzniesiony w poprzednim wieku, otoczony ogrodami, chronionymi przez wysokie mury. Jego fasada, płaska i potężna, mieniła się kolorami zielonego i białego marmuru. Surowość poprzednich stylów wypierała tu już sztuka odrodzenia.
Santa Marię del Fiore, porażającą pięknem i ogromem, skończono właśnie budować. Dzieło, wykonane według projektu Filippo Brunelleschiego, wyświęcono w 1436 roku. Było jak głęboki oddech Kościoła łacińskiego, wychodzącego z wielkiej schizmy zachodniej (1378-1417) kiedy to do zwierzchnictwa nad Kościołem rzymskim pretendowało co najmniej dwóch papieży jednocześnie (jeden z nich miał siedzibę w Awinionie we Francji). W prześwicie ulicy, stojąc przy Santa Maria del Fiore, widać krużganki Santa Maria Novella.
To w Santa Maria Novella i jej krużgankach przedłużały się obrady soboru. W czerwcu 1439 pospiesznie redagowano zjednoczeniową bullę papieską – wszak sobór w unijnym uścisku miał połączyć Wschód z Zachodem, przerzucić między nimi most, niczym przez rzekę Arno. Akt unii kościelnej, ową zjednoczeniową bullę, podpisano 5 lipca 1439 roku, a 6 lipca uroczyście ogłoszono ją we florenckiej katedrze. Po łacinie jej treść odczytał  kardynał Cesarini, po grecku arcybiskup Bessarion. A w niej między innymi o tym, że tak w sensie dogmatycznym jak i administracyjnym biskup Rzymu sprawuje przewodnią rolę w całym świecie chrześcijańskim, pozostając prawdziwym zastępcą Chrystusa i następcą świętego Piotra.
Marek Efeski dokumentu nie podpisał.
26 lipca grecka delegacja odpłynęła z Włoch. W strachu. Bo papież chciał natychmiast reformować Kościół wschodni – znieść rozwody, potępić Marka z Efezu, wybrać nowego patriarchę – wszak patriarcha Józef II zmarł w czasie obrad (nie wiemy, gdzie go pochowano).
Soborowe obrady toczyły się nadal. Po Grekach przybyli do Florencji Ormianie. Po nich Koptowie. 28 września 1443 roku obrady przeniesiono do Rzymu, oddalonego od Florencji o około trzysta kilometrów. I to tam przybyli przedstawiciele Kościoła jakobickiego Syrii i Mezopotamii, nestorianie, maronici z Cypru. Papiestwo miało szeroko zakrojony plan – zjednoczyć pod jurysdykcją papieża cały ówczesny chrześcijański świat, wtedy jeszcze nie pęknięty w ramach chrześcijaństwa zachodniego na rzymskich katolików i protestantów, choć było to już po wystąpieniu Jana Husa, praskiego profesora teologa, i po kilkudziesięcioletnich wojnach husyckich (1419-1436). Ale Jan Hus został w 1415 roku spalony na stosie i Kościołowi zachodniemu mogło się wydawać, że ich świat nie pęknie.
Do Ferrary i Florencji każda ze stron przybywała z inną intencją. Grecy nie zagoili rany po IV krucjacie, choć minęło od niej dwa i pół wieku. Po niej ich cesarstwo, dramatycznie złupione przez krzyżowców, już tylko upadało. Pamiętali też efekty unii lyońskiej sprzed 165 laty (1274). Weszli w nią jak w polityczny kontrakt, bo oczekiwali pomocy Zachodu w obronie ich chrześcijańskiego cesarstwa przed napierającą siłą islamu. Pomoc, jaką otrzymali, była iluzoryczna. I znów ta sama nadzieja zaświtała w piętnastym wieku – imperium osmańskie u wrót, jeśli podpiszemy unię z papiestwem, Zachód przyjdzie nam z pomocą – kalkulowano w Konstantynopolu. Co znowu okazało się iluzją.

Nie wiem, czy Grecy obradujący we Florencji wiedzieli o próbach unijnych papiestwa, czynionych na ziemiach ruskich jeszcze przed unią ferraro-florencką? Już wtedy, gdy łupiono w 1204 roku Konstantynopol, wysłano do księcia halicko-wołyńskiego Romana Mścisławowicza poselstwo papieskie. Zaproponowano mu, żeby przeszedł z poddanymi na rzymski katolicyzm, a w zamian zostanie wyniesiony na tron króla całej Rusi. Roman z propozycji nie skorzystał. Gdy zmarł, jego ziemią zarządzał węgierski władca Andrzej II. Zaczął od wypędzania prawosławnych duchownych i burzenia cerkwi oraz obietnicy, że doprowadzi do unii ruskiej Cerkwi z Kościołem rzymskokatolickim.
Syna Romana, Daniela, też kuszono unią – że jeśli do niej przystąpi, krucjata zachodnich rycerzy rozgromi Tatarów, nieustannie zagrażających księstwu halicko-wołyńskiemu. Ale mijały lata i gdy pomoc nie nadchodziła, Daniel wyrzucił ze swego państwa rzymskokatolickiego biskupa Alberta wraz z jego misjonarzami i zerwał wszelkie kontakty z Rzymem. Papież Aleksander IV groził Danielowi, ale ten na groźby nie reagował.
Papieska dyplomacja próbowała nawet nawrócić w XIII wieku na rzymski katolicyzm księcia Nowogrodu Wielkiego Aleksandra Newskiego. Ten okazał się być twardy jak skała. 
I w połowie XV wieku we Florencji wydawało się, że Kościół rzymski triumfuje – akt unii podpisują nie tylko Grecy, ale i Izydor, metropolita ziem ruskich, o „nawrócenie” których Rzym zabiegał co najmniej od czwartej krucjaty. Bulla zjednoczeniowa zaczynała się słowami: „Niech się radują niebiosa i niech się raduje ziemia się weseli”, po łacinie Laetentur coeli.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Anna Radziukiewicz
fot. Andrzej Karpowicz

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token