Numer 12(414)    Grudzień 2019Numer 12(414)    Grudzień 2019
fot.Anna Radziukiewicz
Padre Giorgio
Anna Radziukiewicz
Padre Giorgio, czyli batiuszka Gieorgij, jest od 22 lat proboszczem cerkwi Narodzenia Chrystusa i św. Mikołaja Cudotwórcy we Florencji. Florencja tętni życiem i pęcznieje wezbraną falą turystów z całego świata. Są wszędzie – wypełniają labiryntową siatkę wąskich średniowieczno-renesansowych uliczek, wpisanych z całym śródmieściem przed 37 laty na listę UNESCO, puby i restauracje, mosty i promenady nad rzeką Arno, o zastygłej tafli wody, jakby umarłej, odbijającej kamienice i pasmo Apeninów, siniejące za miastem. Oblepiają Santa Maria del Fiore, cud architektury, z największą kopułą na świecie, dziełem Brunelleschiego, które wszystko wokół, przez swą renesansową potęgę, zniża do zabawkowej skali. Miasto nie zasypia i w nocy. Nie pozwalają na to turyści. Mnie fascynuje i męczy.
Schronienia przed ludźmi w biegu szukam w cerkwi. Stoi przy Via Leone X 8 wyniosła i piękna, tam gdzie niemal się kończy mrowie turystów, a zaczyna elegancka dzielnica mieszkań i urzędów.  Kończy się dzień. W cerkwi ochłoda i swojskość. Wsienoszcznaja przed świętem św. Ambrożego Optyńskiego. Kilku śpiewaków zastępuje dobry chór. Służba w cerkiewnosłowiańskim. Ludzi mało – zwykły dzień. Ale padre Giorgio tak jakby służył dla tłumu, może aniołów? Nie chce kończyć modlitwy. I kiedy starościna zebrała do kosza płomień wszystkich świec z anałojów, batiuszka zanosił jeszcze za ołtarzem cichą modlitwę, jakby dwóch godzin wsienoszcznej było mu za mało.

Umawiamy się na rozmowę na następny dzień, po Liturgii. Batiuszka znów po ponad dwóch godzinach służby niechętnie wychodzi z modlitwy. Takie mam odczucie. Jego modlitewność zaraża innych. Unosi w lekkość i pokój.
– W niedziele cerkiew wypełniona jest po brzegi – mówi. Przeprasza, że nie mogliśmy się spotkać przez kilka kolejnych dni.
Był w Neapolu. To prawie pięćset kilometrów od Florencji. Udzielał ślubu młodym Włochom – ona prawosławna, on katolik. Ona aktorka. Opowiada o grupie kilkunastu aktorów. Wszyscy są prawosławni i wszyscy Włochami, oprócz reżysera Rosjanina. Kiedyś przyszli do ojca Giorgio i mówią: – Brakuje nam modlitwy. Pojechał więc do nich, pouczył i sami zaczęli służyć – codziennie zbierają się na wielkie powieczerije, czytają Ewangelię. Z rana sami się modlą. I to od tego czasu stopniowo zaczęli przechodzić na prawosławie. Niebawem ojciec Gieorgij udzieli drugiego ślubu – aktorowi i aktorce. O trupie, podobnie zresztą jak i o innych Włochach, mówi: – To dobrzy, błagoczestiwi ludzie. Utworzyli teatr, ale nie mogli go utrzymać. Więc założyli restaurację. Szybko znalazła się w dwunastce najlepszych w Neapolu. Trzy następne otworzyli. Restauracje utrzymują teatr.
Bo przecież w świecie neoliberalizmu, w którym powiedziano: najważniejszy jest dochód, kultura ma utrzymać się sama. Albo zniknąć.
Ojciec Gieorgij urodził się w Petersburgu. Skończył matematykę i fizykę. Pracował na uniwersytecie, w katedrze oprzyrządowania kosmicznego.
Prestiż? Oczywiście. Spełnienie? Też. Tak było przez dwadzieścia lat. Pracował razem z żoną, docentem nauk matematyczno-fizycznych.
I oto w tym instytucie zaczął pomagać „jednej kobiecie astronomowi”.
– Jakiej – pytam?
– Przyjechała 9 maja 1945 roku z Polski do Rosji – wyjaśnia. – Nazywała się Helena Połońska.
– Połońska? – pytam z niedowierzaniem. – Przecież to wybitna astronom, której imieniem nazwano planetoidę! To głęboko wierząca kobieta. Wiemy o niej w Polsce. Wydano u nas jej książkę „Modlitwa otwiera niebo”.
– Jelena Iwanowna Połońska była córką duchową ojca Sergiusza Bułgakowa – ciągnie ojciec Gieorgij. – Napisała duży artykuł na jego temat. Wtedy przyszedł do niej metropolita Pitirim i mówi: „Jelena Iwanowna, wychował mnie patriarcha Aleksy I i on zostawił zawieszczanije: rehabilitować ojca Sergiusza Bułgakowa. Wy to możecie zrobić”. Ale Połońska traciła wtedy wzrok. Zapytała więc mnie, czy mogę jej pomóc. – Tak – odpowiedziałem.
– Czytałem jej wszystko, co ojciec Sergiusz napisał do rewolucji. Ona komentowała. Zapisywałem komentarze. I tak pracowaliśmy przez dziewięć miesięcy. Potem, gdy już nic nie widziała, przyjeżdżałem do niej rano, karmiłem, pracowałem w instytucie, przyjeżdżałem w południe, dawałem obiad i znów praca w instytucie.
– Trzeba pojechać do Paryża. Tam są archiwa ojca Sergiusza. Trzeba je opracować – mówi do mnie Jelena Iwanowna. 
– Jak? Przecież to niemożliwe! Mam tu pracę – ja na to.
– Napiszę do rektora seminarium św. Sergiusza w Paryżu. On was zaprosi – na to Jelena.
– Pojechałem w czasie wakacji. Znalazłem archiwa. Wtedy interesowałem się już rosyjską filozofią religijną XIX wieku. Chciałem nawet studiować teologię w moskiewskiej akademii, w petersburskiej nie, bo tam proponowano teologię z łacińskimi naleciałościami.
Wracam po wakacjach do Petersburga. Wzywa mnie prorektor do spraw naukowych. Pozostawałem z nim w dobrych kontaktach. Razem pisaliśmy podręczniki. On: „Wiemy, gdzie byliście. Chcecie, żeby zwolniono was  i waszą żonę?”.
Wtedy ojciec Gieorgij napisał, że sam zwalnia się na pewien czas z pracy, podając jakąś przyczynę. I znów pojechał do Paryża badać archiwa. Tam od lat pracowała znana rosyjska filozof, Tatiana Goriczewa. Spotkali się w stołówce Instytutu św. Sergiusza. Piją herbatę. Podchodzi do nich rektor Instytutu, o. Nikołaj Czernokrat: „U nas są świetnie zorganizowane zaoczne studia teologiczne. Mamy kilka setek zaocznych studentów. Chcemy też otworzyć studia w języku rosyjskim. Ale jest problem. Trzeba przełożyć na rosyjski nasze konspekty”. „Jura to zrobi” – na to Goriczewa. – Mam propozycję – ja na to. – Pracując w waszym archiwum widziałem skrypty cykli wykładów na temat Starego i Nowego Testamentu, Ojców Kościoła, napisane na maszynie przez waszych profesorów. Takich nie ma w całej Rosji. W Rosji przepisuje się podręczniki z minionego wieku.
Był to rok 1990. Ojciec Gieorgij zaproponował, by te wykłady przepisać na komputerze. Technika komputerowa dopiero wchodziła w życie. Otrzymał więc polecenie: „Szukaj w Paryżu komputerów.”

Minęły dwa miesiące. Znów trzeba wracać. Wtedy o. Aleksy Kniaziew, a było to na Pokrowę, zwraca się po Liturgii do wiernych: „Jest u nas student, którego trzeba zatrzymać. Jego dokumenty są już nieważne. Nie możemy ich przedłużyć. Jeśli ktoś ma propozycję jak to uczynić, proszę się zgłosić do mnie”. Po tygodniu telefon: „Nasz kuzyn jest ministrem spraw wewnętrznych”. Pobyt przedłużono.
Potem ojciec Aleksy do studenta z Petersburga: „Dobrze czytasz, będziesz diakonem”. I rukopołożył. 
W 1994 roku na Usieknowienije Gławy Ioanna Krestitiela został wyświęcony w Rosji na kapłana. Ale ostateczną decyzję podejmowała żona. Jej o. Gieorgij powiedział: „Wszystko zależy od ciebie”. Trzy dni myślała. Po tygodniu od rukopołożenia wrócił do Paryża. Matuszka przyleciała po pół roku. Przez trzy lata służył w Rzymie. Potem we Florencji.
I tak astronom Helena Połońska przywiodła młodego wtedy człowieka od służby kosmosowi do służby Bogu. Nie jego jednego. Ojciec Nikołaj Bielajew też był astronomem. Pisał u Połońskiej pracę doktorską. I został duchownym. – Twardym jak skała – komentuje o. Gieorgij.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Anna Radziukiewicz
fot. autorka

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token