Numer 12(414)    Grudzień 2019Numer 12(414)    Grudzień 2019
fot.Anna Radziukiewicz
Pamiętają o batiuszce
Ałła Matreńczyk
Dziesięć plansz z otwierającym pięknym paschalnym zdjęciem batiuszki stanęło między dojlidzkim domem parafialnym, który wzniósł, i otoczoną cmentarzem cerkwią, którą zbudował. Czas odsłonięcia też był trafiony. W Dmitriewską sobotę i poprzedzający ją w tym roku Dzień Wszystkich Świętych dojlidzki cmentarz odwiedzają tysiące wiernych, wielu miało więc okazję zapoznać się z przygotowaną, staraniem Fundacji Oikonomos i parafii św. Eliasza, ekspozycją.

– O. Aleksander Tomkowid nie pochodził z Białostocczyzny, ale za białostocki okres życia chcieliśmy mu  serdecznie podziękować – podkreślił o. Jarosław Jóźwik z Fundacji. – Tym, którzy go nie mieli okazji poznać – przybliżyć jego osobę i niełatwe życie.
Serdecznie przywitał zebranych, w tym matuszkę Łarysę Tomkowid z córką Taisą, proboszcza parafii św. Eliasza Anatola Fiedoruka, radnego Sławomira Nazaruka.
– Nie byłam tu od wielu lat – przyznawała po odsłonięciu wystawy   matuszka Łarysa. – Wyjechaliśmy w 1979 roku. Jestem pełna emocji,  bardzo przeżywam  tę uroczystość. Większość parafian, których znałam, już odeszła, inni zmienili się tak bardzo, że z trudem ich poznałam. Wszystkim, wszystkim serdecznie dziękuję.
Sosnowy młodnik, w którym zbierałam na kolanach maślaki, zamieniał się w sosnowy las, zmieniła się bryła plebanii, zrósł się z nią drugi, dwupiętrowy budynek, w którym mieści się Dom Spokojnej Starości. W cerkwi są nowe polichromie… Ale taka jest kolej rzeczy.
Już po odsłonięciu pamiątkowej tablicy miała sen, w którym widziała o. Aleksandra bardzo uradowanego.  – Dzisiaj wierzę, że też się raduje – przyznawała.
Poznali się w Białymstoku. Ona, młodziutka pracownica Wojewódzkiej Rady Narodowej, on ipodiakon ówczesnego metropolity Makarego. Już po kilku spotkaniach zapadła decyzja o ślubie. Udzielił im go, w gródeckiej cerkwi, wciąż wypełnionej rusztowaniami, o. Włodzimierz Doroszkiewicz, późniejszy metropolita Wasilij.
– I tak między rusztowaniami przebiegało nasze życie – wspomina matuszka. Bo budów w życiu o. Tomkowida nie brakowało.
Życie nie szczędziło mu też gorzkich doświadczeń.
O. Aleksander był dzieckiem rosyjskich białych emigrantów, którzy poznali się w polskim obozie internowanych w Tucholi. W 1943 roku rozpoczął naukę w nowo otwartym seminarium na warszawskiej Pradze. Wybuch powstania przerwał naukę, okaleczył całą rodzinę. Osiemnastoletni Aleksander z ojcem trafił z ulicznej łapanki do mokotowskiego więzienia z porannymi apelami, na których wyznaczano co dziesiątą osobę do rozstrzelania. Po czterdziestu dniach obaj szczęśliwie wyszli na wolność, ale batiuszka już nigdy nie zobaczył ani swoich sióstr, Niny i Nadzi, rozstrzelanych podczas powstania na oczach matki, ani starszego brata, który nie wrócił z robót w Niemczech.
Po wojnie dokończył seminarium.

Pierwsza parafia – Jałówka. I od razu można powiedzieć – budowa. Najpierw plebanii, plany budowy cerkwi.  Częste wyprawy na Chełmszczyznę i Rzeszowszczyznę, po utensylia cerkiewne i ikony z zamkniętych prawosławnych cerkwi. I incydent, który w niwecz obrócił te plany. Gdy jedna z parafianek miała wyjść za mąż za dyrektora szkoły partyjnej, o. Aleksander zaproponował, że może im potajemnie  udzielić ślubu. Skończyło się to natychmiastowym poleceniem opuszczenia Jałówki. I brakiem dekretu przez trudnych dla młodej rodziny siedem miesięcy. Dopiero w listopadzie 1953 roku o. Tomkowid został wyznaczony na proboszcza parafii w Dojlidach, najstarszej wspólnoty prawosławnej w powojennych granicach Białegostoku, która przeżywała pierwsze lata odrodzenia. Trudne, bo nie dość, że po ponad trzydziestoletnim niebycie, to jeszcze bez ponad trzystuletniej, przejętej przez katolików, cerkwi i odebranej  przez państwo parafialnej ziemi. Prawosławnym pozostał jedynie cmentarz z piękną kaplicą – grobowcem Kruzensternów-Rydygierów, właścicieli pałacu w Dojlidach. I to wokół tej kaplicy zaczęło się odradzać życie reaktywowanej 21 stycznia 1951 roku dojlidzkiej parafii.  
O. Aleksander zaczyna od uporządkowania zaniedbanego cmentarza. I cały czas się głowi, gdzie by tu plebanię wybudować. Najtrudniej było o plac, parafii pozostał przecież tylko cmentarz. Arendowaną od Lasów Państwowych ziemię odstępuje sąsiadujący z cerkwią Piotr Zdrowomysław, dyrektor Fabryki Sklejek. Ale całej sprawy nie dało się załatwić formalnie.  – Batiuszka, czyj plac, tego dom, a jak nam plebanię odbiorą? – martwią się wierni.
Na szczęście wkrótce plebania jest gotowa. Tomkowidowie przenoszą się do niej na Ilju 1956 roku, właścicielem placu parafia zostaje niemal cztery lata później.
Potem o. Aleksander zaczyna myśleć o powiększeniu cerkwi, bo istniejąca nie jest w stanie pomieścić wciąż rosnącej liczby wiernych. W podaniach do władz państwowych prosi o pozwolenie nie na budowę (to było nierealne) lecz rozbudowę istniejącej kaplicy. Te starania wspiera władyka Stefan. „Parafianie Dojlid, zwracając się do mnie z prośbą o wystąpienie przed odnośną władzą o zezwolenie na remont, wskazują na rażący fakt, iż parafia rzymskokatolicka w Dojlidach rozebrała zabytkową świątynię prawosławną i na jej miejscu pobudowała już kościół, a prawosławni nie mogą uzyskać zezwolenia na remont cerkwi”  – podkreśla hierarcha.
Tymczasem dojlidzka parafia prawosławna  dopiero 3 grudnia 1962 roku uzyskuje zgodę na remont swojej czasowni. Na Eliasza, święto parafialne, 1963 roku, władyka Stefan poświęcił kamień pod jej rozbudowę.
Ruszają prace. Zgodnie z planem fundamenty zostają wylane dookoła świątyni, a kaplica Rydygierów wkomponowana w nową część ołtarzową. I tak przez siedem lat wierni chodzą do starej cerkiewki, nad którą rosną mury nowej.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Ałła Matreńczyk, fot. autorka

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token