Numer 12(414)    Grudzień 2019Numer 12(414)    Grudzień 2019
fot.Anna Radziukiewicz
Rozmowy w skansenie
Ałła Matreńczyk
Św. Łukasz, chirurg i hierarcha, jest coraz bardziej znanym świętym w Polsce. Jedni usłyszeli o nim, kiedy przywieziono na Białostocczyznę jego relikwie, inni przy poświęceniu cerkwi w podsupraskich Łaźniach. Andrzej Goworski, pierwszy prelegent – w rozmowie z prof. Siergiejem Glancewem, historykiem medycyny i profesorem chirurgii w Moskwie. A że sam zawodowo zajmował się wówczas także historią medycyny, właśnie dokonania medyczne Wojno-Jasienieckiego zainteresowały go najbardziej. Poświęcił im opublikowany przez Politykę a napisany wspólnie z żoną Martą Panas-Goworską i profesorem Glancewem artykuł „Robotnik na wielkie żniwo”, na dokonaniach medycznych skupił się także podczas konferencji w Białowieży.
Przypomniał o polsko-rosyjskich korzeniach późniejszego hierarchy, jego planach ukończenia Akademii Sztuk Pięknych i zmianie tej decyzji po pobycie u Lwa Tołstoja. Młody Walenty wybrał ostatecznie medycynę, a po studiach, w ślad za swoją kijowską ukochaną, siostrą miłosierdzia Anną Łańską, wyruszył na rosyjsko-japońską wojnę. Po zakończeniu walk młodzi, już jako małżonkowie, wyjechali na prowincję. We wsi Wierchnij Lubaż młody lekarz nie rozstawał się ze skalpelem – operacyjnie leczył jaglicę, przywracając wzrok wielu niewidomym. W Fatieżu, gdzie pracował jako ordynator oddziału chirurgicznego, kierowano do niego ciężko chorych z całego Czarnoziemia. Cały czas marzy o pracy naukowej, po przyjeździe do Moskwy natychmiast otwiera przewód doktorski. I chociaż wiąże się to z rozłąką z żoną i dziećmi, badania naukowe nad znieczuleniem miejscowym doprowadza do końca. W 1915 roku publikuje książkę „Miejscowa anestezja”, za którą rok później otrzymuje stopień naukowy. Praca zostaje wysoko oceniona przez Cesarski Uniwersytet Warszawski, który przyznaje mu złoty medal oraz nagrodę pieniężną. Ale trwa już pierwsza wojna światowa, uniwersytet z Warszawy przeniósł się do Rostowa nad Donem i Wojno-Jasieniecki nigdy nie odebrał premii.
W Peresławiu, do którego dotarł już z tytułem naukowym i całą rodziną, pełni funkcję naczelnego lekarza. Tam też postanawia napisać kolejną książkę, o diagnostyce ropiejących ran.
– I wtedy staje się rzecz niezwykła – podkreśla Andrzej Gaworski. – Nagle nawiedza go myśl, że kiedy ta książka zostanie napisana, będzie już na niej imię biskupa.
A ponieważ odkrywa u żony początki gruźlicy, składa podanie o przeniesienie do Taszkientu, sądzi bowiem, że zmiana klimatu pomoże Annie powrócić do zdrowia.
W Taszkiencie obowiązki głównego lekarza łączy z pracą profesora na uniwersytecie. Gdy wybucha rewolucja, Wojno-Jasieniecki operuje i białych, i czerwonych, za co zostaje aresztowany przez bolszewików. Na szczęście tym razem szybko udaje się mu wyjść na wolność. Wskutek stresu stan zdrowia żony się pogarsza i w październiku 1919 roku Anna umiera. Pod wpływem lektury psalmów wdowiec postanawia czwórkę swoich dzieci przekazać pod opiekę jednej z pielęgniarek, sam aktywniej włącza się w życie taszkienckiej diecezji. Zwraca na siebie uwagę biskupa Innokientija, który zaproponował mu, by został duchownym. Wojno-Jasieniecki zgodził się od razu, choć był to rok 1921 i na przyjmowanie święceń kapłańskich decydowali się nieliczni. Niebawem i jego dosięgły represje. W 1923 roku, tuż po chirotonii biskupiej, nowo wyświęcony władyka Łukasz został aresztowany.
– W areszcie ukończył „Zarys chirurgii ropnej”, książkę, która przyniosła mu kolejny stopień naukowy i którą podpisze już jako biskup Łukasz – podkreśla Andrzej Gaworski.
To za nią w 1946 roku zostanie uhonorowany najwyższym radzieckim wyróżnieniem – nagrodą stalinowską. Nim jednak to się stanie, ponad dwadzieścia lat spędzi na zesłaniach.  Umiera 11 czerwca 1961 roku jako arcybiskup Symferopola, jego pogrzeb zgromadził tysiące wiernych.
Prelegent dodał, że o św. Łukaszu Wojno-Jasienieckim opowiada film fabularny, który można obejrzeć w internecie – Izleczyt’ strach.
Andrzej Gaworski wraz z żoną są autorami wielu artykułów i czterech książek. Obecnie pracują nad piątą, zatytułowaną „Podziemny palimpsest”. – Książka powstaje w ramach stypendium prezydenta Lublina i ma opowiadać o Rosjanach pochowanych na cmentarzu w tym mieście – zaznaczyła Marta Panas-Goworska. Przypomniała, że lubelska nekropolia, jedna z najstarszych w Polsce, została założona w 1794 roku (cmentarz na Powązkach w 1790). Zaraz po rozpoczęciu budowy wyznaczono część prawosławną.
W XIX wieku liczba prawosławnych w tym mieście nie była zbyt duża, wahała się, według tablic statystycznych, od 14 w 1848 roku (to czasy unii) do 6378 w 1912 – podała.
W 1910 na stu mieszkańców Lublina przypadało 6 prawosławnych, dla porównania w Kaliszu 11, w Warszawie 4, w Łomży 9, w Białymstoku (bez Dojlid) także 9.
Rosjanie byli w większości albo stacjonującymi tu żołnierzami, albo urzędnikami czy nauczycielami. Informacje o nich rzadko jednak trafiały na stronice ówczesnej polskojęzycznej lubelskiej prasy.
W nowej książce Goworscy napiszą m.in. o rodzinie Stepanowów. Jewgienij Stepanow (1820-1878), nauczyciel języka rosyjskiego w gimnazjum lubelskim, zapisał się w historii miasta piękna kartą. Uwielbiany przez uczniów, był wspominany przez nich przez wiele lat. Tu w Lublinie założył rodzinę, a jeden z jego synów, Aleksander Stepanow, był prekursorem lubelskiej fotografii. Jego zdjęcia, zwłaszcza portrety, do dziś można spotkać na portalach aukcyjnych.
Na prawosławnym cmentarzu w Lublinie został też pochowany genialny szachista, wielokrotny wicemistrz świata, działacz szachowy, założyciel rosyjskiej szkoły szachowej Michaił Czigorin. W Lublinie mieszkała siostra jego żony, on zmarł w tym mieście 12 stycznia 1908 roku. Nie spoczywa już na lubelskim cmentarzu, jego prochy zostały przeniesione do Petersburga i jeszcze co najmniej dwukrotnie pochowane. 
Z Lublina przenieśliśmy się do Starejwsi pod Węgrowem, a Marek Cybart opowiedział o jednym z jej właścicieli, budowniczym pięknego, istniejącego do dziś, pałacu, kniaziu Sergiuszu Golicynie (1803-1868). Ten urodzony w Rydze potomek starego ruskiego rodu, syn generała Grzegorza i Katarzyny z Sołłogubów, nim powrócił do przerwanej wojskowej kariery, obracał się w świecie   petersburskiej intelektualnej elity. Utrzymywał kontakty z Puszkinem, Wiaziemskim, Kryłowem, Żukowskim, młodym kompozytorem Glinką, Mickiewiczem, czy późniejszą teściową polskiego wieszcza, młodą wówczas pianistką Marią Szymanowską. Z armią rozstał się ostatecznie w 1837 roku, postanowił ożenić się z frejliną carycy, córką hrabiego Jana Jezierskiego, Marią. Ślub odbył się najpierw w cerkwi w Lublinie, gdzie wcześniej stacjonował młody, potem w kościele w Garbowie. Dwukrotnie, w cerkwi i kościele, ochrzczono też najstarszego syna. Potem młodzi postanowili, że synów będą chrzcić w cerkwi, a córki w kościele.  Młoda żona wniosła w posagu majątek Starawieś. Kniaź nie tylko wybudował wspaniały pałac, ale okazał się doskonałym gospodarzem. Zakładał nowe wsie, zbudował hutę szkła i specjalnie do niej sprowadził zagranicznych specjalistów. Wybudował przytułek i szpital dla swoich robotników, szpital dla dzieci chłopskich. Wybudował też parafialny kościół rzymskokatolicki.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Ałła Matreńczyk
fot. Andrzej Charyło

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token