Numer 1(415)    Styczeń 2020Numer 1(415)    Styczeń 2020
fot.
Święty niczym most do nieba
Ałła Matreńczyk
Jak co roku na środku cerkwi pojawiła się duża ikona świętego z krzyżem św. Nino i zwojem papirusów w ręku, po raz kolejny służyli także gruzińscy duchowni, ale gruziński chór męski przybył na prazdnik po raz pierwszy.
Liturgii przewodniczył biskup supraski Andrzej.

„Jeśli kto chce pójść za mną, nich się zaprze samego siebie i weźmie krzyż swój i naśladuje mnie”, do tych słów z Ewangelii Marka, czytanych w dzień liturgicznego wspomnienia męczenników, władyka w swej homilii odwoływał się niejednokrotnie.
Podkreślił, że czasy trudne, pełne dramatycznych wyzwań, zdarzały i zdarzają nieustannie. Przywołał historyczne doświadczenia, także współczesne prześladowania chrześcijan w Syrii i Iraku. Odwołał się do cierpień naszej społeczności, i tych zadanych przez faszystowski i komunistyczny totalitaryzm, i tych przyczynionych przez powojenne ugrupowania, które podpalały prawosławne wsi i zabijały prawosławnych tylko dlatego, że wyznawali inną wiarę.
– Były czasy, kiedy odbierano i niszczono nam świątynie, kiedy wielu dawało świadectwo wiary poprzez męczeństwo – mówił. – Ale są też inne formy prześladowań, to np. wymierzone przeciwko Cerkwi ustawy, wyszydzanie czy wyśmiewanie wiary i praktyk religijnych w domach czy szkołach.
– To jest ten nasz codzienny krzyż, który powinniśmy nieść – mówił. – Co powinniśmy czynić? Uzbroić w wiarę i cierpliwość. Dzięki czemu można otrzymać charyzmat męczeństwa? Dzięki miłości do Boga i bliźniego, prawdziwej miłości zrodzonej z głębokiej wiary.
– Dzisiaj wspominamy świętego, który budował swoją wiarę od najmłodszych lat – podkreślił władyka. – Który poświęcił swoje życie Chrystusowi. A męczeństwo, które przyjął w obozie zagłady, było potwierdzeniem tej miłości, którą miał do Boga poprzez miłość do bliźniego. 
I na jego przykładzie powinniśmy się uczyć tej wszechogarniającej miłości, którą powinniśmy okazywać w swoim życiu nie tylko w rodzinach, ale i szkole czy pracy.
Chrystus uprzedzał nas przed trudnościami: „Na świecie ucisk mieć będziecie, ale ufajcie, ja zwyciężyłem świat” – mówił biskup Andrzej.  – I ten krzyż cierpienia, codziennego bólu i prób w imię Chrystusa jest również formą męczeństwa, które świadomie na siebie przyjmujemy, jeżeli chcemy się nazywać prawdziwymi chrześcijanami.
Władyka z dużym uznaniem mówił o proboszczu o. Anatolu Fiedoruku. Podkreślił, że opiekuje się on nie tylko parafią, ale też cmentarzem i Domem Spokojnej Starości, buduje cerkiew św. Grzegorza Peradze. – Te wszystkie trudy, gdyby nie łaska Boża, byłyby nie do udźwignięcia.

Cerkiew była pełna dzieci i młodzieży.
Z władyką współsłużyło kilkunastu duchownych, w tym dwóch z Gruzji, o. Łukasz Karelidze, proboszcz parafii Świętej Trójcy w Gori, i Borys Nicziperwicz, dyrektor dziesięcioletniej szkoły prawosławnej, w której 520 uczniów zdobywa nie tylko wykształcenie ogólne, ale też uczy się religii, poznaje starogruzińską literaturę i historię Cerkwi. 
Po nabożeństwie o. Łukarz rozdawał ikonki św. Niny i św. Grzegorza Peradze.
Św. Nina to oświecicielka Gruzji. Choć chrześcijaństwo dotarło tam już w I wieku, to dzięki św. Ninie, jej modlitwom, wierze i misyjnym wysiłkom w 326 roku stało się religią państwową, co stawia ten kraj wśród najstarszych państw chrześcijańskich na świecie. Kanonizowany w 1995 roku św. Grzegorz Peradze należy do najmłodszej generacji jej męczenników…
Pochylam się nad jego gruzińską ikoną. Święty trzyma rozwinięty zwój.
– Prawosławie jest wartością, dla której warto żyć i umrzeć warto – o.o. Łukasz i Borys tłumaczą jego treść. Na ikonie jest rodzinny dom świętego i cerkiew, w której przyjął  chrzest, w rodzinnej miejscowości w Bakurciche.

Domu już nie ma, jest za to muzeum św. Grzegorza Peradze, też zorganizowane przy udziale polskiej ambasady, z fotografiami jego najbliższych, zeszytami, podręcznikami.
To tu w rodzinie duchownego przed 120 laty urodził się święty i w daleki świat wyruszył. Najpierw do szkoły duchownej w Tbilisi, później seminarium. Wcześnie, bo w wieku sześciu lat, został półsierotą, ale miał szczęście do nauczycieli. Pod wpływem rektora seminarium o. Korneli Kekalidze zaczął interesować się początkami chrześcijaństwa w Gruzji, literaturą gruzińską i liturgią. I to dzięki jego staraniom w trudnych latach rewolucji mógł wyjechać na studia za granicę. Studiował teologię i języki wschodnie. Nauczył się niemieckiego, angielskiego, francuskiego, łaciny. Rosyjski, cerkiewnosłowiański, gruziński już znał. Tytuł magistra uzyskał na uniwersytecie w Berlinie, pracę doktorską, która przynosi mu rozgłos i uznanie, obronił na uniwersytecie w Bonn. Potem studiuje w Oxfordzie, publikuje jeszcze jako osoba świecka. Postrig i święcenia kapłańskie  przyjmuje w greckiej katedrze w Paryżu. Decyzję poprzedza choroba i głębokie przeżycia duchowe, o których w utworze „Pieśń cherubinów” napisze:
„Dziś zrozumiałem przeszłość, poczułem co mnie spotka,
Wyrok ogłoszono, stałem się niewolnikiem śmierci (…)
Pozostań z ludem swoim, stań się mostem do nieba (…)
Pieczęć milczenia powinieneś z ust zdjąć,
I stać się patronem dla dzieci Kartlosa (…)
Jesteś gotów na śmierć, na zniszczenia,
Spalenie jest właśnie losem Twym”.
Zakłada pierwszą parafię gruzińską na obczyźnie, zostaje jej proboszczem. Dwa lata później, na zaproszenie władyki Dionizego, podejmuje pracę w Studium Teologii Prawosławnej w Warszawie jako zastępca profesora patrologii. Cały czas pracuje naukowo, w wykładach łączy osiągnięcia uczonych zachodnich z dorobkiem teologów rosyjskich, greckich, gruzińskich.
Ma dobry kontakt z młodzieżą – jest opiekunem studenckiego Koła Teologów, niejednokrotnie pomaga najuboższym.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Ałła Matreńczyk
fot. autorka, o. Jan Kiryluk

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token