Home > Artykuł > Garść nieśmiertelników

Garść nieśmiertelników

Nieśmiertelnik to metalowa blaszka, którą każdy żołnierz nosi na szyi, taki żołnierski dowód osobisty, z zaznaczonym imieniem i nazwiskiem, rokiem urodzenia, wyznaniem, numerem ewidencyjnym żołnierza, miejscem Wojskowej Komendy Uzupełnień oraz pierwszą literą powiatu.
To, że Michał Gierasimczuk był żołnierzem września, a później jeńcem, wiedzieliśmy, ale kiedy się urodził – już nie, postanowiliśmy więc dotrzeć do jego dzieci.
„Miał córkę i syna, jego prawnuczka jest w monasterze w Zwierkach” – słyszę podpowiedź. To dobry ślad. Po kilku dniach razem z synem Michała, Aleksandrem, mieszkańcem Białegostoku, jedziemy do Załuk, gdzie mieszka jego siostra Wala. Po drodze zatrzymujemy się na cmentarzu w Królowym Moście. Tutaj, w rodzinnej parafii swojej żony, został pochowany Michał Gierasimczuk. Zmarł 25 maja 1945 roku, trzy dni po spaleniu Potoki.
Na pomniku nie ma daty urodzin, ale już wiemy, Michał urodził się 1906 roku, podczas gdy na nieśmiertelniku wybity jest rok 1910. Druga pomyłka?

Dojeżdżamy do Załuk. Pani Wala Popławska z domu Gierasimczuk, rocznik 35, miała dziesięć lat, gdy zmarł jej tata.
Spirjonowy – nazywano ich we wsi, od imienia dziadka Spirydona. Spirydon z babcią Agafiją Gierasimczukowie mieli siedmioro dzieci, z bieżeństwa wróciła jedynie babcia z dwoma synami, Antonim i Michałem. Michał był złotą rączką, potrafił i dom, i piec postawić, zająć się stolarką, drewniaki wystrugać. A Antoni zajmował się rolą. „Ty nawet kłonicy nie umiesz wyciosać” – nieraz żartowała Agafija.
Obaj synowie ożenili się i ze swymi żonami zamieszkali w Potoce, pod jednym dachem z matką. W 1939 Antoni miał już czworo dzieci, Michał z pochodzącą z Załuk żoną Marią – córkę Walę.
Na wojnę we wrześniu poszedł tylko Michał.
– Do wsi przyjechał udekorowany brzózkami samochód, było ciepło, słonecznie, tata pożegnał się z nami i odjechał – wspomina córka. Jeszcze nie wiedziała, że spotka się z nim dopiero po czterech latach.
Michał wraz z całym oddziałem trafił na pierwszą linię walk, z pięćdziesięciu żołnierzy w oddziale zostało ich tylko trzech. Trafił do niewoli, do stalagu, w końcu na roboty, do lekarza, który nie tylko praktykę, ale i majątek posiadał. Chyba do Gilgenburga (dziś Dąbrówno), bo stamtąd przysłał do rodziny zdjęcie. Niemiecki lekarz szybko zorientował się w jego umiejętnościach. Michał nie pracował więc w polu, zajmował się różnymi pracami przy domu. Nie skarżył się na jedzenie, nieraz podbierał jajka albo chleb dla swoich kolegów.
Nawet nieduże paczki do domu przysyłał – materiał na sukieneczkę dla córki, sandałki na drewnianej podeszwie, pawie pióro. Gdy zachorował, Niemiec pozwolił mu wyjechać do domu i wydał specjalne zaświadczenie. „Tylko niech ktoś z rodziny do władz na miejscu je zaniesie” – zaznaczył.
Chociaż chorował, nadal zajmował się swoim fachem. I dobrze z bratem żył. Wyciosa trzewiczki dla bratanka, w zamian Antoni zaorze mu pole.
I jak miał czas, uczył dzieci, swoją córkę Walę i bratanków. Na drzwiach dzieciom kazał pisać kredą i liczyć.
W 1944 doczekał się też syna – Aleksandra. Nadszedł koniec wojny, nawet ten w Berlinie, a sądne dni Potoka wciąż miała przed sobą.
Opisał je Michał Bołtryk. 16 maja 1945 roku oddział pod dowództwem por. Zygmunta Błażejewicza „Zygmunta”, podkomendnego „Łupaszki, zastrzelił we wsi Jana i Włodzimierza Bekiszów, Jana i Włodzimierza Małaszewskich. Ledwie rodziny pochowały zmarłych, jak żołnierze Zygmunta wrócili, akurat na Mikołę.
Tego dnia w Michałowie był chramowoj prazdnik, potocka młodzież bawiła się na zabawie w Hieronimowie.
– Uważajcie, pochowajcie co cenniejsze, bo dzisiaj u was będzie bieda – ktoś w tańcu ostrzegł jedną z dziewcząt. Ale nikt sobie tego nie wziął do serca. Około dziewiątej wieczorem Potoka była już otoczona.
Żołnierze wypędzali wszystkich mężczyzn w stronę Hieronimowa. Weszli też do domu Gierasimczuków.
– A gdzie brat – dopytywali Antoniego. – Nie ma – odparł, w nadziei że jeśli w ten sposób uratuje Michała, ten zaopiekuje się jego rodziną, podobnie jak on zajmował się bratową i Walą, gdy brat był w niemieckiej niewoli.
I tak Michał został w domu. A Antoniemu i pozostałym mężczyznom z Potoki już za wsią żołnierze kazali położyć się na ziemi, potem oficer odczytał jakby wyrok: „Tu mieszkają przeciwnicy prawdziwej polskiej władzy, więc wieś spłonie”.
I podłożyli ogień.
Wcześniej jeden z nich z chlewa Gierasimczuków wypędził krowę.
– Ciotka poszła ją z powrotem zapędzać do obory – wspomina pani Wala. – Ale zaraz wraca. „Nie daje zagnać” – mówi do mamy. „Nie odzywa się, przestraszyłam się, żeby mnie nie zabił i wróciłam”.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Ałła Matreńczyk
fot. archiwum portalu „Ocalić od zapomnienia”, autorka

Odpowiedz