Home > Artykuł > Monaster szeleszczącego złota

Monaster szeleszczącego złota

No więc jedziemy. Skręcamy przy drogowskazie z głównej drogi w prawo i po kilku kilometrach droga kończy się między zabudowaniami wioski. Wracamy, dopytując po drodze miejscowych. Kilkadziesiąt metrów od pierwszego drogowskazu znajdujemy drugi, ledwie widoczny, coś naskrobane na kawałku dykty. Nic więc dziwnego, że nawet nasz Zaza nie zauważył.
Skręcamy w drogę gruntową, wiodącą wzdłuż wyschniętej rzeki. Po kwadransie jazdy zaczynamy się zastanawiać, czy znów nie pobłądziliśmy, bo zupełnie niczego tu nie ma. No, ale w końcu gdzieś ta droga musi prowadzić. Dojeżdżamy do czegoś, co kiedyś było mostem. Janek wychodzi, by sfotografować ten niby most przez niby rzekę, bo tej po prostu nie ma. Wyschła.

Teraz droga skręca pod górkę w las. Jedziemy leśnym wąwozem i postanawiamy, że jeśli za pięć minut do czegoś nie dojedziemy, zawracamy. Dwie minuty później wąwóz rozszerza się w śródleśną polanę, na środku której stoi nasz cel. Widok jest taki, że ochom i achom nie ma końca. Nawet podekscytowany Zaza robi zdjęcia.
Jest listopadowy poranek, na ziemi resztki przymrozku, a jesienne słońce wydobywa całe złoto z okolicznych buków. Pod stopami kobierzec brązowych liści, z których wystają srebrzystobiałe pnie drzew, obsypane szeleszczącym złotem. Jakby tego było mało, prastare mury monasteru gęsto są oplecione zielonym powojem, coś jakby barwinkiem. Do tego absolutna cisza i spokój poranka oraz to niemalże namacalne odczucie niedowierzania, nierealności.

Za porośniętymi powojem resztkami murów widzimy dwie cerkwie, poza murami drewniane domki mnichów. Ku nam wychodzi jeden z nich, uśmiechnięty o. Nugzar. Po krótkiej rozmowie zaprasza do wejścia. Zaraz na dzień dobry popisuję się erudycją, pytając czy w monasterze są może jakieś wyjątkowo święte ikony. Ojciec patrzy na mnie z mieszanką sympatii i politowania, po czym z uśmiechem odpowiada: przecież wszystkie ikony są święte. Więcej pytań nie zadaję. Sam więc króciutko opowiada nam o początkach monasteru, założonego już z końcem IV wieku, a rozbudowanego przez świętego króla Wachtanga Gorgasali.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Paweł Krysa, fot. autor

Warto przeczytać
Tbilisi nawiedziła Bogarodzica
Monaster w diabelskim miejscu
Patriarcha pod obstrzałem
Zawisły ciężkie chmury

Odpowiedz