Home > Artykuł > Bractwo łączy i rozwija

Bractwo łączy i rozwija

Bractwo Młodzieży Prawosławnej, obchodzące w tym roku jubileusz czterdziestolecia, było już nagradzane prestiżowymi nagrodami. Sześć lat temu zostało wyróżnione przez Międzynarodową Fundację Jedności Prawosławnych Narodów. W tym roku uhonorowała je działająca przy naszej redakcji kapituła Nagrody im. księcia Konstantego Ostrogskiego. Jubileusz Bractwa, które na dobre zakorzeniło się w życiu naszej Cerkwi, było okazją do redakcyjnej dyskusji kilku jego przewodniczących i obecnego opiekuna duchowego. Dyskusję prowadzili Anna Radziukiewicz i Eugeniusz Czykwin.

Anna Radziukiewicz: – Jak Bractwo wpłynęło na wasze życie i prawosławną społeczność?
Aleksander Wasyluk, przewodniczący w latach 1997-2000: – I kto zaproponował, by prawosławny ruch młodzieżowy nazwać Bractwem?
Ałla Matreńczyk, przewodnicząca w latach 1981-1982: – Nie zdziwiłabym się, gdyby inicjatywa wyszła od doktora Jana Anchimiuka, późniejszego władyki Jeremiasza, którego dalekowzroczność, charyzma i autorytet były ogromne. Tak czy inaczej słowo Bractwo zaczęło krążyć wśród studentów warszawskich, początkowo sporadycznie, także w formie żartobliwej na początku lat 80. Na piśmie – tu już nie ma wątpliwości – pojawiło się podczas drugiej majowej pielgrzymki, w 1981 roku, w oficjalnym podaniu do metropolity Bazylego. Podpisało je 164 uczestników pielgrzymki, prosząc o błogosławieństwo na działalność Bractwa Młodzieży Prawosławnej. Dokument do dziś przechowywany jest w archiwum warszawskiej metropolii.
Aleksander Wasyluk: – Koło Teologów Prawosławnych wtedy już istniało…


Ałła Matreńczyk: – Tak, KTP, skupiające seminarzystów i studentów ChAT powstało w 1980 roku, co więcej, w tym samym 1980 roku jego wiceprzewodniczący, późniejszy o. Jan Łukaszuk, wziął udział w organizowanym przez Syndesmos festiwalu młodzieży prawosławnej w Finlandii. Był to, jak sądzę, pierwszy kontakt młodych prawosławnych z Polski z tą organizacją. W maju 1980 roku odbyła się też pierwsza pielgrzymka młodzieży prawosławnej na Grabarkę, już z udziałem młodych z innych parafii, w sierpniu, prowadzony przez o. Aleksego Andrejuka, pierwszy roboczy obóz na Grabarce.
Przed drugą majową pielgrzymką władyka Jeremiasz poprosił mnie, bym przygotowała referat o Syndesmosie. Był dosyć nudny, ale informacja o tym, że jest na świecie federacja skupiająca organizacje młodzieży prawosławnej z całego świata, dodawała otuchy, tym bardziej że o. Jan Łukaszuk dzielił się swoimi wrażeniami z pobytu.
Po referatach, jak to już wtedy było – grupy dyskusyjne. Ta „syndesmosowa” zebrała się w trapieznoj. Wtedy napisaliśmy podanie do władyki Bazylego i oficjalnie wręczyliśmy je obecnemu na Grabarce władyce Szymonowi, a wyłoniona wówczas Rada Bractwa z przewodniczącą rozpoczęła niemal półtoraroczną działalność. Pamiętam, jak Borys Kierdaszuk i Eugeniusz Sadowski, obaj z grupy warszawskiej, trudzili się nad statutem, jak w trakcie podsumowywania akcji letniej 1981 z udziałem władyki Jeremiasza ogłoszono stan wojenny i nad ranem na plebanię w Krynkach, gdzie odbywało się spotkanie, przyszedł oficer Wojsk Ochrony Pogranicza, żądając natychmiastowego opuszczenia strefy przygranicznej i jak władyka się bał, żeby wszyscy przed godziną policyjną zdążyli wrócić do domów.
Jesienią 1982 roku przewodniczącym Bractwa został wybrany Eugeniusz Czykwin (trzy karteczki z nazwiskami kandydatów zostały włożone do Biblii, po czym, po modlitwie, matuszka Barbara wyciągnęła tę z jego nazwiskiem).
I choć w przyjętym statucie trudno znaleźć słowo Bractwo, bo władze nie pozwoliły na powstanie nowej organizacji, jedynie na prace w ramach istniejącego już Koła Teologów Prawosławnych, w związku z czym powstało Koło Teologów Prawosławnych Szkół Teologicznych, Świeckich i Młodzieży Laickiej (ta dziwaczna nazwa przetrwała do 1991 roku!), nie miało to dla nas większego znaczenia. Dla nas było to Bractwo – i przedtem, i potem.
Eugeniusz Czykwin, przewodniczący w latach 1982-1985: – Pamiętam rozterki władyki Jeremiasza na drugiej pielgrzymce, obawiał się następstw tego podania, także po powrocie zastanawialiśmy się, czy nie bezpieczniejsze byłoby zarejestrowanie Klubu Inteligencji Prawosławnej, na wzór istniejących Klubów Inteligencji Katolickiej, chodziłem nawet w tej sprawie do prawnika związanego z KIK, późniejszego marszałka Sejmu, Wiesława Chrzanowskiego. „Jeśli pozostaniemy przy Bractwie musicie liczyć się z najgorszymi możliwymi konsekwencjami, może was np. rozjechać samochód” – uprzedzał nas władyka. „Jeśli kogoś, to ciebie w pierwszej kolejności” – my na to. „Gdyby tylko Bóg zechciał dać mi muczeniczeskij wieniec” odparł poważnie, a my znieruchomieliśmy.
Ałla Matreńczyk: – Mój tata, który spędził na zesłaniu na Syberii dziesięć lat, także ostrzegał władykę Jeremiasza przed niebezpieczeństwem, do czego biskup później kilkakrotnie, także podczas wystąpień publicznych, wracał. I te obawy nie były bezpodstawne, podczas wprowadzania stanu wojennego internowano naszą koleżankę z Bractwa, Irenę Dudycz z Wrocławia, dopiero wskutek interwencji m.in. metropolity wyszła na wolność.
Ale wracając do pytania, co mi dało Bractwo?
Pogłębiło wiarę, umożliwiło dostęp do prawosławnej literatury, a w długiej perspektywie, myślę, w pewnym stopniu przyczyniło się także do odnowy eucharystycznej w naszej Cerkwi, umocniło poczucie jedności w zatomizowanym świecie.
Książek o prawosławiu wtedy jeszcze nie wydawano, ale w latach osiemdziesiątych zaczęła docierać do nas z inicjatywy paryskiej YMCA Press prawosławna literatura. Bo do tej pory było z nią krucho. Pamiętam, jak w poszukiwaniu „Prawosławia” Kellera, które ukazało się w 1982 czy 1983 roku, wydeptywaliśmy po warszawskich księgarniach wszystkie ścieżki. A w nadsyłanych z Francji wykazach książek, co prawda po rosyjsku, były nie tylko pozycje stricte teologiczne, ale także np. pierwsza, moim zdaniem, napisana za granicą, książka o biskupie Łukaszu Wojno-Jasienieckim.
To chyba za pośrednictwem dr. Jana Anchimiuka otrzymałam po raz pierwszy Service Orthodoxe de Presse, wydawany w Paryżu prawosławny serwis prasowy, potem, gdy powstał Biuletyn Informacyjny Bractwa, napisałam chyba swój pierwszy tekst – o eucharystii w oparciu o pracę Afanasjewa. Nie sądziłam wtedy jeszcze, że z pisaniem i tłumaczeniem zwiążę swoje dorosłe życie.
W Bractwie nauczyłam się też słuchać starszych ludzi – w Warszawie pomagałam trzem starszym paniom (działalność charytatywna była jedną z sekcji Bractwa) przy chodzeniu, robiłam drobne zakupy i słuchałam, co mi się też przydało w przyszłej pracy. Po wyjściu za mąż (męża też poznałam w Bractwie), mimo innej oferty pracy przyjęłam propozycję Gienka Czykwina i zaczęłam pracować w Przeglądzie Prawosławnym.
O. Paweł Szwed: – Czyli Bractwo wpłynęło na wybór drogi zawodowej.
Ałła Matreńczyk: – W moim przypadku na pewno.


Aleksander Wasyluk: – Takich przykładów można podać wiele, Grzegorz Szwed, Jarek Charkiewicz, który dla pracy przy Cerkwi zrezygnował z posady dyrektora Empiku, czy chociażby ty, Mirek.


Mirosław Matreńczyk, przewodniczący w latach 1985-1989: – Ja, odkąd pracę w budownictwie zamieniłem na zaproponowany mi przez Gienka etat w Chrześcijańskim Stowarzyszeniu Społecznym, Bractwu, i jako przewodniczący bractwa diecezjalnego, i jako później przewodniczący Zarządu centralnego, mogłem się poświęcić bez reszty. Doktor Jan Anchimiuk zauważył mnie na drugiej pielgrzymce i gdy się przyznałem, że jestem harcerzem, zaproponował, żebym organizował obozy dla prawosławnej młodzieży. Po ośmiu latach pracy w Bractwie trafiłem do Genewy, do Światowej Rady Kościołów, do departamentu pomocy krajom Europy Wschodniej. Były to lata 90., które przyniosły niebywałe zmiany społeczno-polityczne, także odrodzenie Cerkwi.

Szybko zorientowałem się, że w porównaniu do innych krajów regionu mieliśmy w Polsce dość dużo demokracji, że sytuacja naszej Cerkwi nie była taka najgorsza. Nigdy nie zapomnę swojej pierwszej podróży do Albanii, a lecieliśmy pierwszym samolotem z Zachodu po obaleniu reżimu Hodży. W każdej innej podróży dysponowaliśmy jakimiś kontaktami, w Albanii – nie. Metropolity Atanazego jeszcze nie było. W hotelu zapytaliśmy o drogę do katedry. Na miejscu, wśród rozwalin, dostrzegliśmy grupę starszych ludzi, okazało się duchownych, którzy niedawno opuścili łagry. Pracowali, a najmłodszy miał 76 lat, przy odgruzowywaniu świątyni. Po kilka dniach widzieliśmy tam już kilkanaście pracujących osób.
Powoli zapominamy, że zmiany w latach 90. nie zawsze miały charakter pokojowy. Rozpad ZSRR, wojny w Armenii (o Górski Karabach), Gruzji (Abchazja), Czeczenii, Mołdawii (Naddniestrze), na Bałkanach… To był też okres intensywnej współpracy ŚRK z Cerkwiami w Europie Wschodniej, w najmniejszym stopniu chyba z Polską. Wszędzie staraliśmy się odtworzyć struktury pomocy, bo wśród polityków przeważała opinia – „idźcie do cerkwi, cerkiew wam pomoże”.
Anna Radziukiewicz: – Na przykładzie Mirka dobrze widać łańcuszek rodzenia się kolejnych inicjatyw. Mirek w roku 1995 założył pismo Samarytanin, dwujęzyczny kwartalnik, który przedstawiał potrzeby i formy pomocy krajom Europy Wschodniej. A ponieważ redakcja Samarytanina mieściła się przy Przeglądzie Prawosławnym, te same teksty, po polsku, zamieszczaliśmy na naszych łamach. To pozwalało nam nie tylko na oddech międzynarodowy, ale przede wszystkim uczulało na biednego i słabego człowieka, na to, że trzeba mu pomagać. Gdy z otwartym sercem odzywaliśmy się na wezwania do pomocy dla Bałkanów, Zakarpacia, Białorusi, być może uwrażliwił nas chociaż w niewielkim stopniu Samarytanin.
Mirosław Matreńczyk: – Wydaje mi się, że mimo wielu trudności udało się nam pomóc w odbudowie struktur pomocy społecznej (również naszego Eleosu) w kilkunastu krajach postkomunistycznych.
Eugeniusz Czykwin: – Bractwo zmieniło całe moje życie. Z tych doświadczeń wyrosły kolejne decyzje i o założeniu Przeglądu Prawosławnego, i o starcie w wyborach parlamentarnych. Bez Bractwa nie trafiłbym do Sejmu, gdzie mogłem zabiegać o ważne – m.in. uchwalenie ustawy, regulującej status prawny naszej Cerkwi – sprawy. Bez Bractwa nie byłoby także redakcji Przeglądu Prawosławnego.
Być może nie wszyscy sobie to uświadamialiśmy, ale w latach osiemdziesiątych następował rozpad więzi w naszej społeczności. Nie mieliśmy pretensji do państwa, pochodziliśmy z „białoruskiej hołoty”, która otrzymała szansę edukacji, dlatego opozycja, polityka, nas nie interesowały. Byliśmy pierwszym pokoleniem inteligencji, kończyliśmy studia, emigrowaliśmy do miast, a w naszych małych miejscowościach, jak człowiek był magazynierem w GS, to już się zapisywał do partii. Chociaż chrzczono jeszcze dzieci, brano śluby, do cerkwi chodzili prości ludzie. Prawosławni nie znali siebie. A Bractwo było czynnikiem integracyjnym.
Lata szły, pojawiały się nowe inicjatywy. Mało kto dziś pamięta, że pod wpływem kontaktów Bractwa, o. Leoncjusz Tofiluk, pierwszy jego duchowy opiekun, odwiedził Nowy Vałaam, zainteresował się pisaniem ikon, a w konsekwencji doprowadził do powstania w Bielsku Szkoły ikonograficznej. Przychodzili nowi ludzie, a Bractwo nie przestawało łączyć.
Aleksander Wasyluk: – Ale młodzi szli do Bractwa nie dlatego, że nie mieli innych możliwości. Ty, Mirek, mogłeś przecież nadal pływać na żaglówkach.
Mirosław Matreńczyk: – Po rozmowie z późniejszym władyką Jeremiaszem zrezygnowałem z harcerstwa w ciągu tygodnia, długo pytano mnie o przyczyny. Ponieważ miałem odpowiadać za obozy, postanowiłem przyjrzeć się również katolickim oazom. Ale szybko zorientowałem się, że ruch ten otrzymuje szerokie wsparcie zewnętrzne, na które my nie mogliśmy liczyć. Działaliśmy w innych, znacznie skromniejszych, realiach.
Anna Radziukiewicz: – Chyba nie byłeś jedynym przewodniczącym, który miał za sobą harcerską przeszłość?
Aleksander Wasyluk: – I ja byłem w harcerstwie, i Marta Całpińska, i obecny przewodniczący Piotr Giegiel. W moich czasach, a były to lata rozkwitu Bractwa, kiedy rozwinęła się już jego działalność wydawnicza, a na Grabarkę przyjeżdżało do trzech tysięcy osób, obowiązywała zasada: „jeśli chcesz, to przyjdź i zrób”. Usłyszałem to zdanie od Jarka Charkiewicza, gdy po raz pierwszy z bractwa parafialnego w Dojlidach trafiłem na walne zgromadzenie i razem z późniejszym batiuszką Grzegorzem Bieglukiem zażartowaliśmy, że zorganizujemy zawody sportowe.
Poszedłem, zorganizowałem i tak się wciągnąłem w Bractwo, później przyszedł pierwszy wyjazd zagraniczny. Bractwo otworzyło mnie na świat, zrozumiałem, że prawosławie to jedna wielka rodzina, co szczególnie było widoczne podczas spotkań Syndesmosu, które później współorganizowałem w Supraślu, a nawet Korei Południowej.
Bractwo dało mi przyjaźnie w kraju i za granicą. Później Mirek Matreńczyk zaproponował mi pracę w biurze Światowej Rady Kościołow w Białymstoku, potem pracowałem też w ŚRK w Genewie. Teraz od wielu lat realizuję z Jarkiem Charkiewiczem projekt „Kolory prawosławia”, z pozostałymi przewodniczącymi, także starszymi, utrzymuję dobre relacje.
Anna Radziukiewicz: – Czy łączą was, przewodniczących, cechy wspólne?
Aleksander Wasyluk: – Nie lubimy narzekać, jeśli widzimy jakieś obszary w Cerkwi, które nie funkcjonują, a w których czujemy się dobrze, próbujemy je rozwijać, nawzajem się wspierać. I cały czas z nadzieją patrzymy na Bractwo. Bardzo mi zależy na tym, żeby do Bractwa się szło nie dlatego, że trzeba, tylko dlatego, że się chce.
O. Paweł Szwed (opiekun Bractwa od 2016 roku): – Ale ktoś, kto nie był zakorzeniony w Bractwie, tego nie zrozumie.
Aleksander Wasyluk: – Bo nie może zrozumieć, jak można coś robić społecznie, bez osiągania korzyści finansowych, mimo że zdarzają się trudne momenty i niełatwe doświadczenia.
Eugeniusz Czykwin: – Pamiętam taką rozmowę z Mikołą Matruńczukiem z Białorusi, gdy po okresie euforii, wynikającej z pracy dla Cerkwi, zaczął dostrzegać liczne niedostatki a to u duchownych, a to u hierarchów. „Mikoła – mówię mu – po co ci to? Rzuć to wszystko, do cerkwi przychodź tylko na Liturgię, będziesz miał święty spokój”. Aż się wzdrygnął. Ja do niego: „Co, dobrze być przy Cerkwi”, a on z prawdziwym rozrzewnieniem – Ach, jak sałodko, ach jak sałodko. Różna działalność może przynosić satysfakcję, ale ta przy Cerkwi pozwala uczestniczyć w czymś mistycznym.
Mirosław Matreńczyk: – Tego wszyscy doświadczaliśmy.
Eugeniusz Czykwin: – Na początku lat osiemdziesiątych mieliśmy zaledwie dwa monastery, na Grabarce i w Jabłecznej, z niewielką liczbą mniszek i mnichów. Słyszałem od Finów, że jeśli na piętnaście tysięcy nominalnych wiernych przypada jeden mnich, sytuacja jest dobra. U nas ten wskaźnik teraz byłby bardzo wysoki. W rozwoju życia monastycznego naszej Cerkwi decydujące znaczenie ma osoba naszego metropolity Sawy, ale i Bractwo miało chyba w tym swój udział.
O. Paweł Szwed: – Z Bractwa wyszła ihumenia monasteru na Grabarce, która w latach 80. odpowiadała za obozy dziecięce i wydawanie pisemka dla dzieci „Łampada”, niedawna przewodnicząca Bractwa Marta Całpińska jest posłusznicą w Zwierkach, przez Bractwo przeszły też matuszka Agnija z Wojnowa, siostra Estera, siostra Angelina, Nikołaja, Eufalia, na pewno nie wymienimy wszystkich…
Aleksander Wasyluk: – Dla porównania weźmy cerkiew w Albanii. Arcybiskupowi Atanazemu udało się wszystko, z wyjątkiem odrodzenia życia monastycznego. Budynki są, ale mnichów nie ma. Po tym widać, jak trudny jest to proces.
Anna Radziukiewicz: – W jakim stopniu Bractwo przyczyniło się do wzrostu powołań kapłańskich?
Ałła Matreńczyk: – Będzie to trudne do oszacowania, bo Bractwo powstało jako organizacja studencka, a więc na początku wstępowali do niego seminarzyści i studenci ChAT, którzy tę decyzję mieli już za sobą. Później, gdy rozwinęły się bractwa parafialne, religia weszła do szkół, skala oddziaływania na młodych ludzi też się rozszerzyła.
O. Paweł Szwed: – Podjąłem decyzję o służbie kapłańskiej w pewnym stopniu dzięki Bractwu. Do Bractwa trafiłem pośrednio dzięki Alikowi, bezpośrednio dzięki swemu bratu Grześkowi, który wziął mnie do pomocy.
W wieku siedemnastu lat, trudnym okresie w życiu młodego człowieka, miałem dwa światy, szkołę i kolegów szkolnych z jednej strony oraz Cerkiew i Bractwo z drugiej. Cerkiew i Bractwo zwyciężyły, czemu do dziś koledzy ze szkoły bardzo się dziwią. Jako młody człowiek byłem nieśmiały, bałem się publicznie zabierać głos, w Bractwie to przełamałem. Bóg chciał, żebym mówił kazania. Bractwo daje więc pewne doświadczenie życiowe.
Co w moich czasach podobało mi się w Bractwie? Że było wielu liderów, wydaje mi się, że dzisiaj tego brakuje. Dzisiaj Bractwo opiera się czasami na jednej osobie. Brakuje nam szkoleń dla liderów.
Anna Radziukiewicz: – Ten problem powinni chyba dostrzec hierarchowie. Rząd Korei np., jak niedawno przeczytałam, wydzielił ogromne pieniądze na szkolenie młodych ludzi w showbiznesie. Podobnie powinna postąpić Cerkiew. Przeznaczyć środki na szkolenie liderów. Niedawno rozmawiałam z o. Mariuszem Kiślakiem z Cieplic, zachwycał się umiejętnościami liderów z Niemiec, którzy organizują czas dla odpoczywających w ośrodku…
O. Paweł Szwed: – Bractwo za moich czasów prowadziło dwa-trzy szkolenia dla liderów obozów przed akcją letnią. Korzystało z tych szkoleń wiele osób, zaplecze obozowe było bardzo aktywne. To szkolenie było, można powiedzieć dwustopniowe, i oficjalne, państwowe, i cerkiewne, z uwzględnieniem specyfiki Bractwa. A dzisiaj trudno jest dwa czy trzy obozy zorganizować.
Mirosław Matreńczyk: – Oprócz szkolenia potrzebna jest charyzma, tego się nie da wyćwiczyć, oraz odrobina sprytu. Pamiętam, jak diakon Wasilij Dubec organizował pierwszy młodzieżowy chór w Białymstoku, kazał przyjść wszystkim chłopcom, niezależnie od tego czy śpiewali, czy nie. „Za chłopcami przyjdą dziewczyny” – mówił. I tak się stało.
Anna Radziukiewicz: – Dobry rybak…
Maciej Owsiejczuk, przewodniczący w latach 2015-2018: – Problem z liderami wynika też stąd, że Bractwo się odmładza. Należą do niego w przeważającym stopniu gimnazjaliści, rzadziej licealiści, a studenci stanowią wyjątki. Kiedyś, jak byli tylko studenci, zorganizowanie obozu przychodziło im z łatwością. Teraz trudno, żeby licealiści prowadzili obóz dla gimnazjalistów, inne są też wymagania odnośnie obozów.
Młodzież poza tym nie jest już taka bezinteresowna jak kiedyś. Teraz, jak ktoś studiuje na pierwszym roku, chętniej pójdzie na jakieś koło naukowe, które może wpisać do CV, niż na Bractwo, bo myśli, że Bractwo niedużo mu da. A tak naprawdę, jak szukałem pracy, wpis w CV, że pracowałem w Bractwie wywoływał największe zainteresowanie.
Anna Radziukiewicz: – Jaką rolę w zainteresowaniu Bractwem mogą odegrać katecheci?
Maciej Owsiejczuk: – Zasadniczą, tak było przynajmniej w moim przypadku. Mają bowiem znacznie bliższy kontakt z młodzieżą niż duchowni parafialni. Mnie do udziału w pielgrzymce namówił katecheta, o. Paweł Szwed, potem poszedłem na bractwo parafialne, gdzie zauważyła mnie wiceprzewodnicząca zarządu centralnego Marta Całpińska, zaprosiła na zebranie zarządu. Z czasem zostałem skarbnikiem, w końcu przewodniczącym. Teraz pracuję w drukarni i szczerze mówiąc, tej pracy w Bractwie mi brakuje.


Piotr Giegiel, przewodniczący od 2018 roku: – Mnie do Bractwa zachęciła ówczesna wiceprzewodnicząca Marta Całpińska, znaliśmy się z harcerstwa. Marta założyła parę lat wcześniej prawosławną drużynę harcerską, pomagałem jej przy tej drużynie. W Bractwie prowadziłem obozy, później Marta zgłosiła mnie do Zarządu Centralnego, odpowiadałem za akcję lato, a w 2018 roku zostałem przewodniczącym. Nie wiem, jak to się wszystko dalej potoczy. Po Marcie przejąłem harcerstwo prawosławne, jestem komendantem 50. szczepu drużyn harcerskich i zuchów.
Teraz obserwujemy lekki wzrost zainteresowania Bractwem, powoli odradzają się też bractwa parafialne, mam nadzieję, że wynika to z tego, że coraz bardziej otwieramy się na prawosławie poza Podlasiem – walne zgromadzenia robiliśmy w Toruniu, we Wrocławiu, Światowy Dzień Młodzieży w Warszawie, Gdańsku, Lublinie.
Szukamy narzędzi do współpracy ze studentami, nie jest to proste, bo studenci wcześnie zaczynają pracować i to ogranicza ich potencjalną działalność.


Aleksander Wasyluk: – Gdybym miał porównać Bractwo z mojej kadencji do obecnego, powiedziałbym, że dużo aktywniejsze są ośrodki w diasporze, np. we Wrocławiu, niż Białymstoku, Hajnówce czy Bielsku. To samo obserwuję podczas majowej pielgrzymki.
Stała pozostaje troska metropolity o młodych. Nawet teraz, kiedy jeżdżę do metropolii w zupełnie innych sprawach, widać zainteresowanie władyki Bractwem, widać, że młodzież jest ważna dla Cerkwi. Ale mimo tych wszystkich perturbacji Bractwo było i jest szkołą życia.
Anna Radziukiewicz: – I moralności.
Aleksander Wasyluk: – Fenomen Bractwa polega na tym, że jest to jedyna organizacja młodzieżowa, która nadal funkcjonuje dzięki pracy młodych, którzy sami decydują o sobie, którym nikt nie narzuca swego działania. Powinniśmy to chronić i bronić.
W Finlandii działacze młodzieżowi są opłacani przez państwo i mam wrażenie, że oni przez to za bardzo się zinstytucjonalizowali.
Eugeniusz Czykwin: – Czy obserwujecie jakiekolwiek podziały wśród młodzieży na tle narodowościowym?
Maciej Owsiejczuk i Piotr Giegiel: – Nie, takich podziałów nie ma.
Eugeniusz Czykwin: – To dobra wiadomość. Cerkiew, mimo zróżnicowania narodowościowego, nas łączyła. Wierzymy, że będzie tak w przyszłości.

opracowała Ałła Matreńczyk
fot. Anna Radziukiewicz

Odpowiedz