Home > Artykuł > Na samej granicy

Zgorzelec leży na drugim końcu Polski, patrząc z Białegostoku. Przez Zgorzelec płynie Nysa Łużycka, a po niej, po drugiej wojnie, granica polsko-niemiecka, która dzieli miasto między dwa narody. Do 1636 roku to miasto było czeskie, potem saksońskie, pruskie, niemieckie i wreszcie polsko-niemieckie.
Kiedy staniemy na wzgórzu w trójkącie ulic Lubańskiej, Bolesławieckiej i Henrykowskiej, w którym od dwutysięcznego roku ulokowała się parafialna posesja, dziś z drewnianą cerkiewką, plebanią i budującą się żelbetonową cerkwią, zobaczymy ścielące się u podnóża polskie domy i niemieckie domy i kościoły, odważnie drapiące niebo, w środku prawie opustoszałe.
Marzeniem arcybiskupa wrocławskiego i szczecińskiego Jeremiasza było utworzenie w Zgorzelcu prawosławnej parafii i wzniesienie cerkwi. Marzenie odziedziczył i kontynuuje dzieło arcybiskup – Jerzy.
– Do cerkwi – proszę taksówkarza.
– Greckiej? – upewnia się, gdy po północy jestem na ostatnim etapie, mojej 12-godzinnej podróży do Zgorzelca – pociąg zepsuł się we Wrocławiu, zmuszając mnie do różnych przesiadek.
Dlaczego greckiej?


GRECY

W dwudziestowiecznej historii Gőrlizt/Zgorzelca dwie duże fale Greków dotarły do tego miasta. Pierwsza 15 września 1916 roku. Koleją przyjechały greckie oddziały, dowodzone przez pułkownika Joanisa Chatzopulosa. Witała ich wojskowa orkiestra i mieszkańcy z transparentami Herzlich Willkommen i okrzykami radości. Niemcy traktowali ich jak kartę przetargową w negocjacjach z rządem w Atenach, by ten utrzymał neutralność kraju w czasie pierwszej wojny. Grecy wydawali nawet swoją gazetę. Ale lato 1918 roku urwało dobre traktowanie – rozbrojono ich i zamknięto w obozie, w którym „hiszpańska grypa” zbierała śmiertelne żniwo.
Greków było około 6,5 tysiąca. Ich kapelani służyli dla nich Liturgię w cerkwi św. Jerzego, którą przejęli po jeńcach rosyjskich, i w jednym z kościołów.
Grecy, po ustaniu wojny, zaczęli wracać do swego kraju. Ale ten potraktował ich jak zdrajców, więziąc, potem posyłając na front kolejnej wojny, grecko-tureckiej, do Azji Mniejszej.
Po tej fali zostało w Gőrlitz kilkudziesięciu Greków, ale bez duchownego, i groby 133 żołnierzy, dziś po niemieckiej stronie. Na te groby zaprowadził mnie kilka lat temu proboszcz parafii w Zgorzelcu, o. Marek Bonifatiuk. Słoneczny wrzesień przelewał się dojrzałymi barwami lata na tamtym ni to cmentarzu, ni to parku. Urny z prochami umieszczone w ceglanym murze i siedem odrestaurowanych greckich nagrobków przypominało, że to cmentarz, wśród nich duchownego Nikodimosa Michailidisa, zmarłego w 1917 roku. Pozostałe greckie groby tonęły pod wysypiskiem cmentarnych śmieci.
Tamci Grecy nie zorganizowali parafii.
Druga fala Greków nadciągnęła w 1949 roku. Było ich około czternastu tysięcy – pisze w artykule o historii prawosławia w Zgorzelcu o. Marek Bonifatiuk. Większość to komuniści, uciekający przed prześladowaniami we własnym kraju po przegranej wojnie domowej. Wśród nich było kilku duchownych, ale tylko dwaj nawiązali kontakt z Cerkwią w Polsce. O jednym z nich, o. Antoniosie Papadoulosie, o. Stefan Biegun, organizator życia cerkiewnego na ziemiach zachodnich, pisał w raporcie, że ma grubo ponad 70 lat, chodzi po mieście w riasie i nie ma żadnej księgi liturgicznej, nie sprawuje żadnych sakramentów i nie odprawia nabożeństw.
Przy tej fali o. Stefan Biegun, który był proboszczem parafii w Jeleniej Górze, wiele razy prosił państwowe władze o pozwolenie na utworzenie parafii w Zgorzelcu i jej filii w nieodległej Bogatyni. Władze nie widziały takiej potrzeby. Metropolita Makary prosił o przekazanie prawosławnym poewangelickiego kościoła przy Łużyckiej. Władze doniosły, że zajęli go rzymscy katolicy, choć stał pusty. Zgorzelecki urząd do spraw wyznań odpowiedział metropolicie w marcu 1953 roku, że „cały powiat zgorzelecki posiada bardzo nikłą ilość osób, które korzystając z usług placówki mogłyby przyczynić się do jej rozwoju”.
Prawosławnych trzymano w poczekalni – aż się rozmyją, rozpłyną w rzymskokatolickim morzu. Dla władz kilka tysięcy Greków miało „nie przyczynić się do rozwoju” placówki. Ani „nie przyczyniłoby się” wielu Białorusinów i Ukraińców, którzy znaleźli pracę w kopalni węgla brunatnego w sąsiedniej Bogatyni i elektrowni Turów. Ich obecność odnotowała kronika kopalni. Trafili tu z Akcji Wisła, ze strachu przed grasującym na Białostocczyźnie zbrojnym podziemiem i w zwykłym poszukiwaniu chleba.


INNI
I gdyby wtedy, po wojnie, powstała w Zgorzelcu parafia, mogłaby być do dziś jedną z najsilniejszych wspólnot prawosławnych na nowych ziemiach. Ale tak się nie stało. I gdyby powstała wtedy parafia w Lubaniu (30 km od Zgorzelca). Według sprawozdania miejscowych powiatowych władz z 1953 roku w powiecie lubańskim mieszkało 350 prawosławnych Ukraińców i Białorusinów i 550 Greków. I te same władze na prośbę o utworzenie parafii w Lubaniu i nieodległej Rudzicy odpowiadały, że ze względu na brak prawosławnych nie ma „realnej podstawy dla istnienia w tej miejscowości placówki duszpasterskiej”, czyli prawosławnej parafii.
W trudnych warunkach na obcej ziemi potrafili obronić prawosławie – mówimy z podziwem o tych, którym przyszło żyć na ziemiach zachodniej i północnej Polski. Ale to bardzo wąska grupa. Pamiętam, jak władyka Jeremiasz oceniał ją gdzieś na dziesięć procent spośród tych, którzy trafili do Wrocławia, Legnicy, Wałbrzycha czy Bolesławca. Pozostałe dziewięćdziesiąt procent wtopiło się w polsko-rzymskokatolicki krajobraz. Zaczęło chodzić do kościoła albo nigdzie. Nie udźwignęło rozproszenia, zawstydzania, zbiorowej odpowiedzialności, napiętnowania. Inności. Tak i w Zgorzelcu po tamtych prawosławnych Grekach, fakt że ponad miarę skomunizowanych, pozostało tylko wiele greckich nazwisk, nie wnoszących do Cerkwi nic. W 1971 roku o. Stefan Biegun pisał: „Zamieszkująca u nas znaczna liczba Greków w ogóle ignoruje Cerkiew”.
Lata siedemdziesiąte i początek osiemdziesiątych przyniosły falę przesiedleń Greków do ojczyzny. Pod koniec lat 90. w Zgorzelcu pozostało już niespełna stu Greków.
Polityka przesiedleń i rozpraszania wydała, z punktu widzenia jej twórców, nadzwyczajne owoce, czyli zbudowała Polskę jednolitą religijnie i narodowościowo. Ci inni to tylko odrobina kwasu – jak mawiał Jerzy Nowosielski.
Ta odrobina kwasu na południowo-zachodnim cyplu Polski, przechodzącym w Worek Turoszowski, zachowała się w Zgorzelcu i jest pielęgnowana z nadzwyczajnym oddaniem przez o. Marka Bonifatiuka. Pijemy kawę w domu parafialnym, choć de facto nim nie jest. Władze powiatu nie wydawały prawosławnym pozwolenia na budowę takiego jeszcze w pierwszej dekadzie tego tysiąclecia. Ale kiedy złożono wniosek na wzniesienie domu jednorodzinnego według typowego projektu, musiały się poczuć przechytrzone. Pozwolenie wydały.
O. Marek w uśmiechu, gestach, jest dla mnie jak kalka Grzegorza Bonifatiuka, głównego księgowego w białostockich, zmiecionych przez nowy ustrój, sześciotysięcznych zakładach przemysłu bawełnianego Fasty.
– To mój wujek – mówi o. Marek.
Obaj pochodzą z Wojszek, nadnarwiańskiej wsi, która powinna być wpisana na listę jakiegoś dziedzictwa i nazwana na przykład „koronkowa”, ze względu na obfitość i piękno rzeźb w drewnie, okalających drewniane chaty.


Że będzie służyć na drugim końcu Polski? Gdzieżby pomyślał! W młodości namiętnie malował i rysował. Jeździł na obozy malarskie, dokładniej sztuki cerkiewnej, organizowane przed dr. Bohdana Martyniuka, który roztaczał opiekę nad ginącymi cerkwiami, kaplicami, krzyżami, ikonami, cmentarzami i uczył postrzegania cerkiewnego piękna dzieci i młodzież. To naturalne – tak mu się wydawało – że poszedł do Supraśla do liceum plastycznego, choć jego, czyli rybołowski, batiuszka o. Grzegorz Sosna mówił: – Będziesz duchownym. Potem miała być architektura albo grafika. Ale tu nieoczekiwana zmiana. Jako dwudziestojednolatek idzie do ojca Grzegorza: – O misję proszę – mówi. Z tamtego okresu artystycznego rozwoju coś jednak ważnego pozostało – ojciec Marek pisze kanoniczne ikony. Niektóre z nich znajdują się w zgorzeleckiej cerkwi.
Był jednym z najstarszych seminarzystów na roku. Po duchownych szkołach zatrzymał się w Warszawie. Pracował w prawosławnym ordynariacie Wojska Polskiego jako świecki pracownik. I myślał: – Chyba nie chcę być urzędnikiem.

NARODZINY PARAFII
W Zgorzelcu z matuszką Domną i dziś siedemnastoletnim Mateuszem i dziesięcioletnią Darią jest już osiemnaście lat.
– A z tym przyjazdem do Zgorzelca było tak jak z zakładaniem parafii w Gorzowie Wielkopolskim – mówi o. Marek. – Opowiadał mi o tym władyka Jeremiasz. Wtedy władyka wrocławsko-szczeciński Bazyli wziął ze sobą mnicha o. Atanazego i pojechał z nim pociągiem do Gorzowa, informując że tam będą na nich czekać wierni. Bilet powrotny do Wrocławia kupił tylko jeden. Wysiedli. Władyka Bazyli chodzi tam i z powrotem po dworcu w podriasniku i skufijce.
– A gdzie ci, co mieli po nas przyjechać? – dopytuje się Atanazy.
– Nie bój się, zaraz przyjadą – na to władyka.
Chodzi dalej. Nagle słyszy: – Sława Iisusu Chrystu! Batiuszka, a szto wy tut robyte!?
– O, to my na was żdali! – na to władyka. A do ojca: – Afanasij, to pojdetie s toj panioj.
– I taki był początek parafii w Gorzowie. A u nas? „Ludzie są bardzo zaangażowani” – posyłając mnie do Zgorzelca mówił władyka Jeremiasz. Przyjechałem z matuszką i walizką. Miała być praca dla matuszki, ale jej nie było. Jak żyć? Z czego? Na pierwszą Liturgię przyszły cztery osoby. Plebanii nie ma. Mieszkania nie ma. Dzięki Anatolowi Łyczowi wynajęliśmy mieszkanko w bloku, w którym pozostawaliśmy dziewięć lat. Całe było jak ten pokój, wskazuje na nie za duży salon.
Historie podobne, tyle że władyka Jeremiasz nie zostawił swego kapłana samemu sobie, pomagał jak mógł.
W Zgorzelcu, informuje batiuszka, po raz kolejny, w 1993 roku, proszono władze o wydzielenie działki pod budowę cerkwi. I nawet wtedy, gdy tysiącami rosły w Polsce kościoły po zmianie systemu politycznego, władze prośby nie spełniły. Wtedy wielkim orędownikiem budowy cerkwi był miejscowy przedsiębiorca Władysław Maksimiec, pochodzący z Supraśla. Niestety, zmarł przedwcześnie, w 1996 roku. Pogrzeb celebrował archimandryta Miron (Chodakowski), późniejszy arcybiskup i prawosławny ordynariusz Wojska Polskiego. Śpiewał wrocławski Oktoich. Na pogrzeb przyszli też Grecy. I to oni wtedy zapragnęli mieć cerkiew w swoim mieście. Wśród nich był Stawros Takuridis.
Znów droga pod górę. Władyka Jeremiasz, proboszcz jeleniogórskiej parafii o. Bazyli Sawczuk, Stawros Takuridis i jeszcze jeden Grek Nikolaos Rusketos piszą do władz, spotykają się z urzędnikami. Proszą. Wreszcie w 2000 roku władze przekazują prawosławnym działkę – niedużą, wysoko wyniesioną, wciśniętą w trójkąt ulic. Stawros Takuridis zapraszał na nabożeństwa do swojej altany, wszak w mieście nie mieli prawosławni nawet najmniejszej kapliczki.
Wzniesiemy murowaną cerkiew w stylu greckim – postanowiono w komitecie budowlanym, na czele którego stanął władyka Jeremiasz. Nie, postawimy najpierw małą drewnianą – dostosowano myślenie do rzeczywistości. Błyskawicznie, w ciągu niespełna tygodnia, stanęła drewniana cerkiewka, najmniejsza spośród parafialnych w Polsce. Wyciosała ją i złożyła firma Sergiusza Niczyporuka z Dubicz Cerkiewnych. 26 maja 2002 roku arcybiskup Jeremiasz wyświęcił cerkiewkę, poświęcając ją świętym Konstantynowi i Helenie.

UKORZENIANIE
Jest już i miejscowy batiuszka – o. Marek Bonifatiuk, który przejął posługę po dojeżdżającym z Jeleniej Góry o. Bazylim Sawczuku. O. Marek powoli wpisuje prawosławie w krajobraz Zgorzelca i Gőrlitz. W 2003 roku zadbał o odnowienie siedmiu nagrobków greckich żołnierzy po niemieckiej stronie. Na uroczystość ich poświęcenia po renowacji zaprosił i burmistrza Gőrlitz, i przedstawicieli greckiego korpusu dyplomatycznego w Berlinie. W tym samym roku prosi władze Zgorzelca o pozwolenie na budowę plebanii, doprowadza do wstawienia ikonostasu w cerkwi. Wierni niosą ofiary. Te pozwalają na urządzenie cerkwi, kupno dzwonu.
Rok później 29 kwietnia parafia uczestniczy w ekumenicznym koncercie paschalnym. Odbywa się w jednym ze zgorzeleckich kościołów. Śpiewają duchowni diecezji wrocławsko-szczecińskiej. Owacje. Zachwyt.
We wrześniu tego samego roku przybywa do Zgorzelca starzec archimandryta monasteru Paraklitu w Grecji Tymoteusz (Sakkas). Zawiązuje się z nim przyjaźń. W Zgorzelcu są spragnieni duchowych rad doświadczonego starca. Starzec kilkakrotnie odwiedza wspólnotę.
Wreszcie pomagają i władze miasta. Miasto funduje ułożenie płytek wokół cerkwi, robi parking, oświetla plac.
W latach 2006-2007 ogrodzono posesję. Kiedy zamontowano ostatnie przęsło, „nieznani sprawcy” kilka razy demolowali parkan. Inni wybijali kamieniami szyby w oknach cerkwi, jej ściany obrzucali jajkami.
Parafie odwiedzają dyplomaci – 30 czerwca 2007 roku ambasador Grecji, 16-18 maja 2008 roku charge d’affaires ambasady Serbii.
Wreszcie w maju 2008 roku udało się otrzymać pozwolenie na budowę plebanii, czyli domu jednorodzinnego, po latach urzędniczej nieżyczliwości.
– Wstawili się za nami patroni cerkwi – mówi o. Marek. – Pozwolenie przyszło w przeddzień ich święta.
W lutym 2009 roku rozpoczęto budowę domu, a 21 maja 2011 roku podczas parafialnego święta władyka Jeremiasz dom wyświęcił.
Na pozwolenie na budowę murowanej cerkwi czekano tylko kilka miesięcy – wydano je 8 maja 2012 roku. 21 maja 2014 roku był dniem radości dla władyki Jeremiasza i całej zgorzeleckiej wspólnoty. Władyka wmurował kamień węgielny pod powstającą cerkiew. Na uroczystość przybył archimandryta Tymoteusz, duchowni z Polski, Czech, Hiszpanii i Grecji, rzymskokatolicki dziekan zgorzeleckiego okręgu, burmistrz Zgorzelca, wójt gminy Zgorzelec, szefowie służb mundurowych i oczywiście wierni.
Zgorzelecka świątynia będzie podobna do jednej z cerkwi monasteru Paraklitu. Jej architekturę do miejscowych potrzeb przystosował Bartłomiej Kwapisz w konsultacji z proboszczem. Będzie dwupoziomowa. Z górnego poziomu jeszcze widać niebo, choć ściany zarysowują nawę, absydę, narteks, całą harmonię wnętrza.

IZBA HISTORII
Schodzimy na dół. – Tu będą spotykać się parafianie na prelekcjach, filmach, herbacie. Na ścianach i w gablotach „zawiśnie” historia obecności prawosławnych w Zgorzelcu i okolicach. Tę zgłębia proboszcz, wyprowadzając ją od misji cyrylometodiańskiej, posiłkując się hipotezami i okruchami faktów, jakże starannie zacieranymi przez misję germańską, potem Kościół łaciński. Zostanie tu także przedstawiona i obecność Rosjan na tych ziemiach. Zostawiła ona bogaty ślad w źródłach. Choćby taki, że 6 marca 1813 roku w mieście pojawili się rosyjscy dragoni i ich liczba z dnia na dzień gwałtownie rosła. 20 kwietnia, tam gdzie dziś jest cerkiewny plac, zatrzymał się podążający z wojskiem, pędzącym armię Napoleona, car Aleksander I. Wiadomo, że tego samego dnia wjechał przez udekorowaną Bramę Nyską do miasta, witany przez tłumy mieszczan. Ubrany był w zielony wojskowy uniform z niebieskim kołnierzem, z przypiętym orderem św. Jerzego i na głowie miał czarną czapkę z pióropuszem. Następnego dnia odsłużono dziękczynny molebień, w którym uczestniczył car.
Zapewne i ta informacja się pojawi, że w niedalekim Bolesławcu 28 marca 1813 roku zmarł wybitny rosyjski generał feldmarszałek Michaił Kutuzow i że mieszkańcy Bolesławca, wtedy Bunzlau, postawili mu, jako wyzwolicielowi, na znak szacunku monument.
Albo o tym, że w 1822 roku przebywał w Gőrlitz jako stypendysta Michał Bobrowski, rodem z Wólki Wygonowskiej, późniejszy profesor Uniwersytetu Wileńskiego, który zasłynął jako odkrywca Kodeksu Supraskiego.
I na pewno w tej izbie pamięci znajdzie miejsce informacja o rosyjskich jeńcach wojennych z czasów I wojny, umieszczonych w obozach w Gőrlitz i Lubaniu. W obu było ich około 30 tysięcy! Mnóstwo nie przeżyło strasznych warunków niewoli.

PŁYNNA EUROPA
Parafia w Zgorzelcu liczy teraz około 70 osób. Wśród nich są Białorusini, Ukraińcy, Polacy, Grecy, Niemcy, Holendrzy, Bułgarzy, Gruzini, Rosjanie, Łemkowie, Rumuni, Mołdawianie. Batiuszce przysługują w cerkwi trzej chłopcy – Polak, Bułgar i Holender.
– Skończył się świat, jaki znali ludzie w Wojszkach – mówi o. Marek – kiedy prawosławie kończyło się na naszej wsi, a od niej na północny zachód rozpościerał się nieogarniony masyw katolicyzmu. Teraz wszystko jest płynne. Ludzie wędrują, wioząc ze sobą swoją wiarę. Cerkiew musi się uczyć misji w płynnej rzeczywistości. Oto na przykład prawosławne małżeństwo ze Zgorzelca osiedliło się gdzieś na zachodzie w Niemczech – on lekarz. Ale po napływie do Niemiec fali uchodźców zaciszną przystań znaleźli w Czechach koło Jablonca nad Nysą. Do Jablonca jeżdżą do cerkwi. A przez naszą parafię jakże wiele ludzi się przewinęło! Zatrzymują się tu, pracują. Potem jadą dalej, szukając lepszej pracy. I znów ktoś inny się pojawia.
Jak daleko ze Zgorzelca do innych prawosławnych parafii? Najbliżej do Frýdlantu w Czechach – 15 kilometrów, ale już do Legnicy – sto, do Zimnej Wody i Michałowa po 80 kilometrów, podobnie do Jeleniej Góry.

Anna Radziukiewicz
fot. autorka
i archiwum parafii w Zgorzelcu

Parafia prawosławna
Plac Świętych Konstantyna
i Heleny 1, 59-900 Zgorzelec
BNP Paribas Bank Polska S.A.
31 2030 0045 1110 0000 0214 2180

Odpowiedz