Home > Artykuł > Nieść pokój kochać ludzi służyć Cerkwi

Nieść pokój kochać ludzi służyć Cerkwi

Tak w jednej z rozmów naczelną zasadę swojej posługi sformułował władyka Miron (Chodakowski), pierwszy biskup hajnowski, prawosławny ordynariusz Wojska Polskiego, a wcześniej namiestnik monasteru św. Onufrego w Jabłecznej, i – a może przede wszystkim – pierwszy mnich w Supraślu po odrodzeniu tamtejszej ławry, budowniczy monasteru w sensie duchowym i materialnym. Hierarcha zginął dziesięć lat temu, 10 kwietnia 2010 roku w katastrofie samolotu prezydenckiego wraz z 96 innymi osobami – prezydentem Lechem Kaczyńskim i jego małżonką, czołowymi polskimi politykami, posłami, urzędnikami, duchownymi, załogą.

Hierarcha wyrósł na hajnowskiej ziemi. Urodził się w 1957 roku w Białymstoku, ale dużo czasu spędzał u dziadków, w Kaczałach w gminie Narew i Krynicy w gminie Narewka. – Z dzieciństwa pamiętam ciche, wczesnoporanne Hospodi pomiłuj dziadka – opowiadał po latach i zawsze podkreślał, że to, czym przesiąkł na podlaskiej wsi, łącznie z bliskością przyrody, rzeki, bogactwem lasów, miało wpływ na dalsze jego życie. – To babcie nauczyły mnie czytać po cerkiewnosłowiańsku, modlić się, co sprawiało mi dużą przyjemność.


Gdy Mirosław, bo takie było imię świeckie władyki, kończył szkołę podstawową, zapowiedział, że pójdzie do seminarium. Mama Maria, która wcześnie owdowiała i z poświęceniem wychowywała syna i córkę, pomogła – powiedziała o tych zamiarach batiuszce, a potem zawiozła syna do Warszawy. Seminarzyści ze starszych klas uczyli się w Jabłecznej, tam życiu mnichów przyglądał się też Mirosław i sam podjął decyzję, że chce kroczyć podobną drogą. Tę decyzję syna, choć początkowo trudną do zaakceptowania, mama przyjęła z pokorą i – jak później pokazało życie – ofiarnie wspierała syna w kolejnych życiowych rolach, a te zawsze wymagały uczenia się czegoś nowego.
Śluby zakonne Mirosław złożył w 1978, został wyświęcony na hierodiakona, rok później na hieromnicha, by w 1979 przyjąć małą schimę z imieniem Miron i zostać – mimo tak młodego wieku – namiestnikiem monasteru w Jabłecznej. Trzeba było sprawnie kierować monasterem, parafią, a także odprawiać w Sławatyczach i Holeszowie, remontować budynki, prowadzić gospodarstwo. Krowy trzeba było doić, to się tego nauczył – i tak było już zawsze, uczył się nieraz zaskakujących rzeczy. W tym czasie wykładał też teologię zasadniczą w seminarium. Dużo rozmawiał z seminarzystami, opowiadał, ale jak trzeba było karał, umiał utrzymać dyscyplinę. I już wtedy wykazywał się odwagą – odnowił starą tradycję święcenia pól w przymonasterskich wsiach, mimo że groziły za to kary administracyjne.
Odwaga, niezachwiana wiara, pokora musiały mnichowi Mironowi towarzyszyć nadal, przy kolejnych życiowych rolach. W 1981 roku ordynariuszem diecezji białostocko-gdańskiej został biskup Sawa, który za jeden z ważniejszych celów uznał dzieło wskrzeszenia słynnej supraskiej ławry. Wielu ludzi, dobrze zorientowanych w ówczesnych realiach społecznych i politycznych, nieraz deklarujących się jako wierzący, tak po ludzku wątpiło, że to w ogóle możliwe. Znaczącą rolę w tym dziele odegrał ojciec Miron – pierwszy po wielu latach mnich w Supraślu.
Dzięki staraniom biskupa Sawy na początku 1983 roku udaje się uzyskać pozwolenie na odbudowę cerkwi Zwiastowania Bogarodzicy, której ruiny stoją pośrodku monasterskiego placu, okolone monasterskimi budynkami, w których siedzibę ma szkoła rolnicza. Z całego kompleksu tylko cerkiew św. Jana Teologa należy do Cerkwi. To, jak walczono, by została w rękach prawosławnych, jest jeszcze nie tak odległą historią.


3 czerwca 1984 roku poświęcono kamień węgielny pod cerkiew Zwiastowania. Uroczystość zgromadziła tysiące wiernych. Tutejszemu proboszczowi, o. Aleksandrowi Makalowi, zostaje przydzielony pomocnik, mnich Miron. Początkowo nie ma gdzie mieszkać, dojeżdża z Białegostoku. Matuszka Irena Makal prosi, by pod swój dach przyjęli go Hołubowiczowie. Jesień tego samego roku przynosi kolejne zmiany – zostaje erygowana parafia zakonna z proboszczem ihumenem Mironem właśnie. Ceniony proboszcz o. Makal ma odejść do Wasilkowa. Ludziom w pierwszej chwili trudno było zaakceptować tak wiele nowości. Obawiali się, że mnich oznacza niedostępność, oderwanie od bieżących spraw, a jego wiek – brak doświadczenia.
Wkrótce życie pokazało, że młody proboszcz to człowiek bardzo otwarty, z czasem zyskał posłuch u parafian. Prosił o rozładunek transportu cegieł i zaraz wszyscy zabierali się na placu budowy. Wszyscy, bo i sam proboszcz pracował na równi ze swoimi parafianami.
– Ojciec Miron prowadził wielką budowę – opowiadała przed laty Zinaida Piech, która pomagała w kwestiach księgowych – z tak wielkim talentem, jakby od lat niczym innym się nie zajmował. Tym zaangażowaniem zjednywał parafian, podobnie jak pielgrzymkami do monasterów. Nauczał swoją postawą. Bardzo dobrze znał ustaw cerkiewny, kiedy czasem coś nie tak poszło w czasie nabożeństwa, cierpliwie wyjaśniał, to pozwalało uniknąć podobnych błędów w przyszłości. Ale to parafia, a jest jeszcze monaster. Z jednym mnichem. Wkrótce miało się to zmienić.
W kwietniu 1986 roku, po raz pierwszy od 1915 roku, w supraskim monasterze odbyły się postrzyżyny małej schimy. Drugim supraskim mnichem został ojciec Gabriel (czyli Jerzy Giba), który nowicjat odbywał rzy soborze św. Mikołaja w Białymstoku.

Z czasem pojawili się kolejni mnisi – obecni władycy Grzegorz, Jakub. Młodzi, z otwartymi sercami, chcieli od razu odprawiać wszystko zgodnie z surowymi zasadami nabożeństw monasterskich. Uspokajał ich namiestnik, powtarzając „na wszystko przyjdzie czas”. Miał zasadę: nie planować za dużo, nie zaczynać od rzeczy wielkich. – Zacznijmy najpierw służyć nabożeństwa wieczorne, nabierzemy sił, przyzwyczaimy się, będziemy służyć jurznię, połunosznicę – wspominał arcybiskup Grzegorz. – Miał rację, w życiu duchowym skoki nie są wskazane.
Odbudowa życia zakonnego, budowa cerkwi. To trudne zadania. – Na barki władyki Mirona spadło to wszystko – wspominał arcybiskup Jakub – a nie miał przygotowania teoretycznego ani z budownictwa, ani z prawa, ale miał dar organizowania takich prac, gromadzenia wokół siebie ludzi, przekonywania ich. Łatwo nie było. Brakowało materiałów. Mury cerkwi Zwiastowania rosły. Nie bez kłopotów, ale udało się je przezwyciężyć. Pielgrzymów do Supraśla przybywało coraz więcej.
Była też cała społeczność supraska, z którą ojciec Miron potrafił dobrze żyć. Idąc ulicą pozdrawiał ludzi. W pamięci wielu zapisało się przeniesienie w krestnym chodzie ściętego przez Sowietów krzyża ze świątyni luterańskiej, zakopanego przy monasterze przez czterdzieści lat. Trafił do kościoła właśnie utworzonej w dawnej kirsze parafii katolickiej.
W 1989 roku restytuowano formalnie prawosławny monaster w Supraślu. Jego przełożonym został archimandryta Miron. Liczba braci rosła. W 1993 roku decyzją Rady Ministrów monasterowi przekazano także budynki klasztorne. Po protestach ze strony Kościoła rzymskokatolickiego, decyzję zrealizowano dopiero w roku 1996.
W roku 1998 arcybiskup Sawa został metropolitą warszawskim i całej Polski, a supraski monaster wydał kolejne owoce. Trzech mnichów – Miron, Jakub, Grzegorz – zostało biskupami.
Archimandryta Miron otrzymał zupełnie nowe posłuszanije, którego – jak już wielokrotnie w życiu – uczył się od podstaw. Został prawosławnym ordynariuszem Wojska Polskiego, generałem brygady. Ordynariat został restytuowany prawie pięć lat wcześniej. Pracę związaną z budowaniem struktur i sprecyzowaniem działań wykonał władyka Sawa, ale na nowego ordynariusza czekało jeszcze wiele zadań organizacyjnych, o stałych obowiązkach nie wspominając. Służba w wojsku w rozumieniu Cerkwi zawsze uchodziła za ważny, ale trudny element pracy duszpasterskiej. Kapelani z założenia wspierają dowódców w procesie patriotycznego i obywatelskiego wychowania żołnierzy, kształtowania ich charakterów w duchu chrześcijańskich tradycji. Najlepszą do tego drogą jest kontakt bezpośredni, spotkania, rozmowy, udział w nabożeństwach i uroczystościach wojskowych. Władyka nie szczędził sił i czasu na takie działania. Początkowo ordynariat nie miał stałej siedziby, nie miał też katedry polowej. Kiedy wreszcie udało się osiedlić przy jednostce przy Banacha 2 w Warszawie, władyka od razu podjął decyzję o urządzeniu kaplicy. Jej patronem został św. męczennik Bazyli Martysz, prawosławny kapelan wojskowy w okresie międzywojennym. Władyka wyjeżdżał często na poligony, misje, spotkania, konferencje, nabożeństwa, uroczystości. Był cały dla wszystkich żołnierzy i służb mundurowych, i dla kapelanów – którymi też się opiekował, szkoląc, nauczając, dbając. Zaskarbiał przyjaźń i szacunek wśród tych, z którymi się spotykał – generalicji, polityków, najwyższych urzędników państwowych, kapelanów innych wyznań, kapelanów z zagranicy i zwykłych ludzi.
Władyka został wikarnym diecezji warszawsko-bielskiej, pierwszym w historii biskupem hajnowskim. Niósł posługę w dekanatach hajnowskim i kleszczelowskim. Kochał tę ziemię, był szczerze przejęty jej problemami – wyludnianiem się, wyjazdami młodych ludzi.
Znał problemy samorządowców, z którymi często się spotykał. Nieraz dzwonił z Warszawy, by zapytać: – Co słychać w mojej Hajnówce? W pamięci ludzi zapisały się mądre kazania, centralne prawosławne obchody święta Wojska Polskiego, które z racji tego, że nie było polowej katedry, odbywały się w Hajnówce. Miały tu godną oprawę.
Choć zabiegany, na święto Zwiastowania w Supraślu, 7 kwietnia 2010 roku, odwlekał wyjazd, chodził, oglądał. Podobnie było w Hajnówce. Obowiązki w Warszawie nagliły, mimo to wyjeżdżał mniej spiesznie niż zazwyczaj. Postanowił, że poleci do Katynia.
10 kwietnia samolot prezydencki rozbił się, podchodząc do lądowania.
19 kwietnia arcybiskup Miron został pochowany w krypcie cerkwi Zwiastowania w Supraślu. Pośmiertnie został awansowany do stopnia generała dywizji, odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Jego imię noszą ronda w Hajnówce i Białymstoku, ulica w Supraślu. Był patronem, do jego likwidacji, gimnazjum publicznego w Narwi.


Natalia Klimuk, fot. z albumu

Warto przeczytać
Władykę Mirona wspominali

Odpowiedz