Home > Artykuł > O Sybirakach

Najpiękniejsza bajka mego taty? To ta opowiadana przez babcię o powrocie do rodzinnej wsi. – Upiekę chleb, dużo chleba. Starczy na cały dzień, na trzy dni i jeszcze zostanie – obiecywała. Nikt w to, jak w bajkę, specjalnie nie wierzył. W ziemiance dawno już zgasła lampka Ilijcza, na dworze wzmagała się zamieć. „Purga” – mówił pradziadek Jakub, a dzieci na narach jeszcze bardziej tuliły się do siebie. – Kiedy wrócimy do Łosinki – babcia nie przestawała kołysać do snu.
Gdzie jest ta ich Łosinka, nie wiedział nikt. Dookoła ciągnął się surowy kraj nieogarnionych przestrzeni. Lasy tajgi zostały na północy, tutaj step tylko gdzieniegdzie poprzetykany był kępkami skarłowaciałych brzóz. „Stacja Smirnowo” – zdołali przeczytać najstarsi, gdy pociąg po dwóch tygodniach wymuszonej podróży zatrzymał się na dobre.


Ze stacji w Hajnówce wyruszył 13 kwietnia 1941 roku, wywożąc na syberyjską zsyłkę moich przodków, trzypokoleniową rodzinę Niesteruków. Na promocję książki Wojciecha Konończuka „Sztuka przetrwania. Deportacje sowieckie z powiatu bielskiego 1940-1941. Relacje zesłańców” poszłam także z osobistych powodów. Jak się wkrótce okazało, także z osobistych powodów autor, politolog i historyk, kierownik zespołu Białorusi, Ukrainy, Mołdawii w Ośrodku Studiów Wschodnich, tę książkę napisał – jego dziadek z rodziną, bielszczanin, też przeżył syberyjskie zesłanie.
Promocja książki odbyła się w Białymstoku w Książnicy Podlaskiej. Jej data – 10 lutego – nie była przypadkowa. Tego dnia minęła 80 rocznica pierwszej z czterech sowieckich deportacji. W sumie w latach 1940-1941 Sowieci wywieźli w głąb ZSRR 320-330 tys. obywateli polskich (żeby skala represji była pełna, należy pamiętać o 70 tys. więźniów zesłanych do łagrów i ponad 138 tys. osób przesiedlonych przymusowo do innych republik radzieckich).
W pierwszej deportacji wywieziono głównie leśników, osadników wojskowych, urzędników państwowych i kolejarzy (140 tys. osób). W drugiej, tej z 13 kwietnia 1940 roku, przeważały rodziny uwięzionych wcześniej oficerów (w tym zamordowanych w Katyniu), także ziemianie i policjanci (61 tys. osób). W trzeciej, do której doszło 29 czerwca 1940 roku, dominowali Żydzi, uchodźcy z niemieckiej strefy okupacyjnej (79 tys. osób). W czwartej, z maja i czerwca 1941 roku, deportowano osoby nazwane w rozporządzeniu wydanym przez Berię „elementami społecznie obcymi” (52 tys. osób), a przy tak pojemnej formule trafić na Syberię mógł każdy.
Jaka była skala deportacji z dużego, bo obejmującego swym zasięgiem także Hajnówkę, Siemiatycze, Ciechanowiec i Brańsk i liczącego 200 tysięcy mieszkańców, powiatu bielskiego?
W latach 1940-1941 zesłano, najczęściej do Kazachstanu i na Ałtaj, od 8,5 do 10 tysięcy osób to znaczy około pięciu procent mieszkańców. W przypadku miasta Bielska ten odsetek może być jeszcze wyższy (od 6 do 10 proc.).
Każda z tych deportacji była wielką akcją logistyczną (do przeprowadzenia pierwszej zaangażowano 52 tys. funkcjonariuszy sowieckich, oprócz NKWD wojsko i aktyw partyjny) i przebiegała według takiego samego schematu – walenie do drzwi nocą albo nad ranem, krótka rewizja i krótki czas na spakowanie się, potem długa podróż w zatłoczonych bydlęcych wagonach…
– Nasza wiedza o Syberii jest wciąż mniejsza niż powinna – podkreślał Wojciech Konończuk. – I to nie dlatego, że nie mamy dostępu do archiwów radzieckich. Wciąż wielkie tematy, jak np. relacje polsko-żydowskie czy rola kobiet na zesłaniu (trzy czwarte zesłanych to kobiety i dzieci) czekają na swoich badaczy…
W książce poznamy losy dwunastu wywiezionych rodzin, katolickich, prawosławnych i żydowskich.
To nie przypadek, a poniższe statystyki na pewno wiele osób zaskoczą.
Wśród zesłanych obywateli polskich Polacy stanowili od 53 do 57 procent, Żydzi od 20 do 23, Ukraińcy od 9 do 12, Białorusini od 8 do 11. A to oznacza, że udział Polaków w deportacjach był proporcjonalnie niższy niż ich odsetek w przedwojennym społeczeństwie (około 67 procent). Jednocześnie udział represjonowanych na Syberii Żydów i Białorusinów był ponad dwukrotnie wyższy niż ich odsetek w przedwojennym społeczeństwie.
Mit o tym, że zsyłki wymierzone były wyłącznie w Polaków, nie był jedyny. Kolejny, że wywożono głównie ziemian i elity intelektualne, wynikał z tego, że większość wspomnień zapisały osoby wykształcone. Ludzie prości nie pozostawili po sobie świadectw pisanych.
A represje sowieckie objęły wszystkie warstwy społeczne – od ziemian, leśników, policjantów i urzędników, przez byłych wojskowych i drobnych rzemieślników po chłopów, bogatych i biednych. I do ich przedstawicieli z powiatu bielskiego udało się Wojciechowi Konończukowi dotrzeć.
Opowiadają oni nie tylko o latach zesłania.


– Nie chciałem, żeby ich relacje zaczynały się od zdania: „10 lutego 1940 roku o 4 nad ranem zastukało NKWD”, a kończyły „w 1946 roku wróciliśmy do Polski” – podkreślał autor. Rozmówcy szczegółowo opowiadają więc także o życiu przed i po Syberii.
Tu mielniczanom, także ze względów osobistych, polecam relację Kazimierza Russela, syna leśniczego z Mętnej, w latach 90. i 2000. przewodniczącego Mokotowskiego Koła Sybiraków. Czekają ich nie lada smaczki.
Pobytem na Syberii nikt się nie chwalił, nikt nie chciał utrudniać sobie znalezienia pracy czy dostania się na studia. W ankietach bezpieczniej było enigmatycznie napisać, że spędziło się wojnę w głębi ZSRR. I nie wracać do przeżytego koszmaru. Choć zdarzają się w książce Wojciecha Konończuka także takie deklaracje:
„Syberia nauczyła mnie, jak trzeba podchodzić do problemów. Nie narzekać, nie biadolić, tylko brać się za szukanie rozwiązań. To była szkoła życia (…). Na zesłaniu nauczyłem się też szacunku dla różnych ludzi. Mieliśmy w Kazachstanie kontakt z Kazachami, Koreańczykami, Japończykami, Rosjanami i wieloma narodowościami. Ci różni ludzie potrafili się zjednoczyć, wzajemnie sobie pomagać i stworzyć zwartą społeczność. Do tego też starałem się później w życiu swoim dążyć. Trudne warunki do tego zmuszały. Mnie Syberia nie złamała, nie mogę powiedzieć, że miała negatywny wpływ na moje życie” – przyznaje jeden z rozmówców, Lech Narbutt, syn ziemian z Nurca, którego ojciec urodził się w majątku w Wołczynie, w tym samym łóżku, w którym przyszedł na świat król Stanisław August Poniatowski. Po powrocie ze zsyłki Lech Narbutt ukończył Politechnikę Warszawską, został inżynierem, miał na swoim koncie kontrakty zagraniczne i liczne patenty.
Sybiracy w książce Wojciecha Konończuka z goryczą mówią o tym, co ich dzisiaj boli, o czarnej legendzie Związku Patriotów Polskich, który im na zesłaniu okazywał pomoc, o dzieleniu zesłańców na lepszych i gorszych, bo przecież i żołnierze armii Andersa, „ci lepsi”, i żołnierze armii Berlinga, „ci gorsi”, to Sybiracy. O przyjęciu do poszczególnych armii często decydował wiek – do armii Andersa przyjmowano tych, którzy ukończyli 18 lat, do armii Berlinga także młodszych, nawet szesnastolatków. Czy ci szesnastolatkowie byli gorszymi obywatelami Polski? Zarówno pod Monte Cassino, jak i pod Lenino walczyli Sybiracy.
Spotkanie prowadził dr Marcin Markiewicz z IPN, pytania Wojciechowi Konończukowi zadawali także uczestnicy.
– Czy wierzy pan, że w archiwach można znaleźć więcej informacji?
– Nie tyle wierzę, co jestem pewien, że dostęp do archiwów NKWD, zwłaszcza archiwum KGB w Grodnie, wiele wyjaśni. W poszukiwaniu informacji o losach swojej rodziny na Syberii napisałem maila do archiwów w Barnaule i Bijsku i ku memu zaskoczeniu otrzymałem kopie materiałów.
– Kto wskazywał osoby do wywózki?
– Tego do końca nie wiadomo. Z jednej strony Sowieci wyznaczyli pewne grupy, ich zdaniem potencjalnie zagrażające sowietyzacji – tu szczególnie pojemna i najmniej zbadana jest czwarta deportacja, „elementów wrogich społecznie”. Ale dlaczego na zsyłkę trafił chłop, który miał parę hektarów ziemi i niewielki dom? Czy dlatego, że ktoś złożył donos? Maria Owłasiuk spod Bielska Podlaskiego bez ogródek mówi: „Czy Moskwa wiedziała, że tata był oficerem za cara? Co tu dużo mówić – swoi donieśli”.
Podobne zarzuty padają także we wspomnieniach Żydów. „Niektórzy z żydowskich komunistów, zabiegających o względy Rosjan, donieśli im o naszych przywódcach syjonistycznych i miejscowych kapitalistach. Sowieci aresztowali ich wraz z rodzinami i zesłali do obozów pracy w głębi Rosji”.
Władza radziecka miała sprzymierzeńców nie tylko wśród sympatyków komunizmu sprzed 1939 roku. Kolejnym wątkiem, który nie został dotychczas zbadany, jest wątek kolaboracji polskiej, białoruskiej, ukraińskiej, żydowskiej, niezależnie od wiary i wyznania. Bronisława Jakubowska z katolickiej wsi pod Boćkami w swojej relacji wspomina, jak jej majątek został rozgrabiony przez sąsiadów, jak w 1946 roku, po powrocie, okazywało się, że żelazko, patelnia czy garnek są u sąsiadów.
– Jaką rolę we wskazywaniu osób do wywózek odegrała Komunistyczna Partia Zachodniej Białorusi?
– Struktury tej partii były silniejsze bliżej granicy z ZSRR, a im dalej na zachód – słabsze. Koło w powiecie bielskim liczyło około 20-30 osób. Oczywiście zdarzało się, że ci ludzie po wejściu Sowietów otrzymywali jakieś funkcje, ale z moich badań wynika, że nie były to funkcje kierownicze. Weźmy ciekawy przykład Krasnoj Zwiezdy, pierwszej komunistycznej gazety w Bielsku, która zaczęła się ukazywać w październiku 1939 roku – wszyscy dziennikarze, od korespondentów lokalnych po redaktora naczelnego, przyjechali z głębi ZSRR.

– Ilu zesłańców zostało na wschodzie, układając sobie życie?
– Nie ma takich szacunków. Ale dwie czy trzy takie historie w relacji moich rozmówców się pojawiają. Nie były to więc częste przypadki. Znacznie większą grupę stanowią ci, którzy tam zmarli. Według ustaleń prof. Daniela Boćkowskiego, w ciągu dwóch pierwszych lat zesłania, do 1942 roku, zmarło 25 tys. osób. Co było potem, nie wiemy. Najczęściej z wycieńczenia umierali najstarsi i najmłodsi, a wywożono całe rodziny, mieszkające pod jednym dachem. Ale że „surowość radzieckiego prawa łagodzi jego stosowanie”, zdarzały się sytuacje, że jakiś dobry enkawudzista zadecydował, by nie wstająca z łóżka babcia mogła zostać w domu. Albo inny przykład, z Bielska Podlaskiego. Pod nieobecność rodziców kilkumiesięczne dziecko wraz z babcią i dalszą rodziną zostało przeznaczone do wywózki. Nim podjechał pociąg, na stację zbiegło się wielu bielszczan. Babcia dostrzegła w tłumie znajomą osobę, zawołała ją i za zgodą enkawudzisty oddała jej dziecko, które w ten sposób uniknęło Syberii i niechybnej śmierci.
Wojciech Konończuk zbierał relacje od dziesięciu lat, szkoda że nie wiedział o tym mój nieżyjący tata, o. Eugeniusz Niesteruk, wieloletni proboszcz parafii w Mielniku, który na zesłaniu spędził dziesięć lat. – Tiurmy i sumy nie wyrekajsia – lubił powtarzać za swoim dziadkiem Jakubem, bo ani dziadkowie, Anisija i Jakub, ani rodzice Nadzieja i Aleksander nie wiedzieli, za co zostali zesłani. „Może za dużo mieliśmy ziemi? Może dlatego, że nie zgodziliśmy się, żeby w naszym domu była sowiecka szkoła?” – gubili się w domysłach. Po latach tata dotarł do sowieckich archiwów. Okazało się, że ani przez ziemię, ani szkołę, ale przez stryja Antona, który wybrał się do Warszawy po pozostawioną marynarkę, został aresztowany przez NKWD. Anton trafił do łagrów, stamtąd do armii Andersa, a rodzinę Niesteruków wywieziono na Sybir. Tata miał wtedy cztery lata.
– Eto ekspłuotatory, oni lud’mi pachali, my ich zdieś pierewospitywat budiem – tłumaczyli politrucy mieszkańcom niewielkiego chutoru Zaimka, gdy Niesterukowie dotarli na miejsce. A oni przed wyjazdem z Łosinki zdążyli spakować jedynie kożuchy, ręcznie tkane płótno, płachty, narzuty…
Na promocji siedziałam obok prawnika Piotra Juszczuka.
Nasze rodziny mieszkały na Syberii nie dość że w tym samym chutorze, to nawet pod jednym dachem. W typowej ziemiance, wkopanej do wysokości okien, o szerokich metrowych ścianach z darni i trawy i opartym na kruchej konstrukcji krokiewek z brzozy i łoziny takim samym dachu. Z pokojem i kuchnią dzieloną przez trzy rodziny (Niesterukom przypadła kuchnia), z klepiskiem zamazanym leśną gliną zamiast podłogi.
Babcia Nadzia pracowała w kołchozie, dziadek Aleksander przed pójściem na front w Smirnowie przy ręcznym piłowaniu drewna. Tylko on dostawał kartki na pajki chleba i gdy raz na tydzień wracał, kawałek przynosił dzieciom. Był to jedyny chleb, jaki na Syberii jedli.
Na szczęście mieli krowę. W zamian rok w rok oddawali państwu za darmo osiem kilogramów topionego masła i cielaka, ale reszta mleka, która zostawała, była właściwie bezcenna.
Trawy w kraju stepów nikt nikomu nie żałował.
Głód pojawił się wraz z wojną. Zesłańcy bardzo szybko poszli na front (Aleksander był zwiadowcą, doszedł aż do Budapesztu), w kołchozie zabrakło mężczyzn do pracy. Zabrakło także części do traktorów i maszyn – przemysł pracował na potrzeby frontu. Ziemia, prawdziwy czarnoziem, rodziła dobrze, tyle że nie miał jej kto orać. Kazachowie, bo to im przyszło rządzić kołchozem podczas wojny, do ciężkich pługów wprzęgali wszystkie krowy zesłańców. Zwierzęta uciekały przed tym jak mogły, dopiero zapędzone do jeziora dawały się złapać. A potem wolno ciągnęły pług, rytmicznie okładane kijem, dopóki ze zmęczenia nie legły w skibach.
W kołchozie w latach wojny nie płacono ani pieniędzmi, ani w naturze. Wszystko co potrafiły zebrać kobiety, wędrowało na front.
O. Eugeniusz nieraz wspominał o ciężkiej pracy swojej mamy w kołchozie. Kiedyś za czterdzieści roboczodniówek dostała czapkę zboża. A pracowała od świtu do zmroku, często po tygodniu wracała do domu. Opowiadał o strasznie ostrych zimach z purgami – zamieciami takimi, że ludzie tracili orientację i zamarzali, nie dochodząc do swych ziemianek, choć brakowało im stu, czasami dwustu metrów, obfitych opadach śniegu, które zasypywały całe ziemianki tak, że zaprzęgi konne było słychać nad dachem. I tęgim mrozie, który dzieci mierzyły na swój sposób. Pluły na ziemię i jeśli ślina, nim dotarła do ziemi, zamieniała się w kawałeczek lodu, wykrzykiwały choroszyj moroz. O wiosnach, podczas których woda zalewała ziemiankę tak, że siedzieć trzeba było na dachu.
Tata pamiętał jedno z pierwszych zdań, które przeczytał w książce: Na stole leżyt chleb – przez nikogo w klasie niezrozumiałe. – Kak to na stole leżyt chleb – pytali nauczycielkę Polinę Iwanowną. – Poczemu jewo nie sjeli? Pamiętał smak placka ze zgniłych kartofli, pokrzywy i lebiody, wybieranych z ptasich gniazd jajek czy pszenicy z nielegalnie zbieranych na polu ubiegłorocznych podpalonych kłosów.
I zacierkę na mleku, którą babci udało się ugotować po śmierci prababci. Cały dzień, a było to zimą, kobiety kopały grób, nie wykopały. Nazajutrz już nawet nie mogły odnaleźć tego miejsca.
O. Eugeniusz opowiadał o chorobach, dla zesłańców strasznych. Malarii… Siadajte dietki na menie, wsie siadajte – prosił dziadek Jakub, gdy dopadł go jej atak. – Tak trasie, och jak trasie… Jego atak łapał zwykle koło południa, nie zawsze zdążył dobiec po czterech lekcjach ze szkoły do domu… Szkarlatynie, z którą trafił do szpitala w Smirnowie, w którym personel mierzył chorym tylko temperaturę i dawał rano i wieczorem kipiatok, bo w dzień musiał pracować w kołchozie (ciekawe, że gdy po latach tata szukał w Smirnowie dokumentacji medycznej, otrzymał ją bez problemu). O rozmowie dwóch kolegów przez szpitalne okno. – Zawtra tiebie priniesu żarennowo worobca, znaju gdzie saditsa, pojamju – obiecywał choremu może dwunastoletni przyjaciel. I przyniósł, podał przez okienną furtkę… I o tyfusie tata opowiadał. Zachorowała wtedy cała rodzina, on po chorobie powrócił do zdrowia jako pierwszy. Widział umierające z głodu dzieci Wasiluków – matka z odmrożeniami trafiła do szpitala, a one nie miały co jeść, próbowały więc same zarznąć krowę, ale tylko pokaleczyły zwierzę. Chciał im pomóc, pobiegł do swojej ziemianki – cała rodzina wciąż walczyła z tyfusem – znalazł buraka, przekroił go, ale one polizać nawet już nie miały siły. Na szczęście Polina Iwanowa powiadomiła kogo trzeba, wywieziono je, uratowano…
Opowiadał o tym, jak dzieci na przerwach szeptały sobie na ucho, a eta babuszka daże pokrestit’ możet. Pamiętał, że do zmarłego zawsze wołano dziadka Jakuba, czytał Ewangelię, psałterz. Właściwie recytował z pamięci. Biblię trzymał tylko po to, by przewracać kartki.
Zawsze pamiętał też o rdzennych Sybirakach, często tak samo głodnych jak zesłańcy, ale otwartych, pomocnych, ciepłych…
Ot, chociażby o Polinie Iwanownej. Starała się uczyć jak mogła najlepiej. Gdy zabrakło papieru, z dwoma najstarszymi chłopcami zakradła się do zamkniętej na głucho kołchozowej buchalterii i wyniosła stamtąd stare kwity. To na nich dzieci odrabiały pracę domową, pisząc atramentem z buraków albo z sadzy z odrobiną mleka. Polina sprawdzała ją w drodze do szkoły, a potem kartki rwała w drobny maczek. A jak dobrze musieli znać geografię. Syberyjskie rzeki pokazywali, stojąc plecami do mapy…
Czy listonoszu Sotniczenko, który rozwożąc pocztę już z daleka krzyczał: – Papa twoj żyw. Pochoronki niet. Czy Wasiliju Pawłowiczu Pieltiaju, po wojnie przewodniczącym kołchozu, który pomagał im pisać listy do Mikojana a nawet Stalina, wszystkie z prośbą o powrót. Później wystawił dokument, że kołchoz może obejść się bez pradziadka Jakuba, babci Nadzi i trójki jej dzieci (dziadek Aleksander wrócił z frontu już do Łosinki), co być może ułatwiło im powrót. Bo Niesterukowie w 1946 roku nie mogli wrócić, babcia w rubryce narodowość zawsze wstawiała „ruska”.
Czy matce Wasilija Pieltiaja, która ostrzegła przed Czeczenami. I miała rację. Zabrali im krowę w biały dzień. Pieniędzy nie dali, a jak babcia poszła się upomnieć, mężczyzna uderzył ją kołkiem w głowę, a jego żona rzuciła im kawałek masła.
Czy o innym nauczycielu, tym spod Brześcia, bo gdy w 1950 roku tam dotarli, jeszcze przez kilka miesięcy wegetowali przy polsko-radzieckiej granicy. Bardzo go namawiał, żeby nie przerywał nauki i poszedł do szkoły. „Ale ja muszę paść krowy, przez całe lato do jesieni, dostaniemy wtedy metr żyta i kartofli” – tłumaczył. „To nic, przyjdziesz, jak będziesz mógł. A na razie zrób takie zadanie, rozwiąż taki przykład”.
Albo jeszcze o jednej kobiecie, Sofii, która przygarnęła ich pod swój dach, choć wszyscy chorowali na świerzb, natarła jakąś maścią, napaliła w ogromnym piecu i po kolei kazała się im wsuwać po szyję. Pomogło, wyzdrowieli.
O nich wszystkich pamiętał. I za nich się modlił. A Wojciechowi Konończukowi opowiedziałby także o powojennych latach, o swojej pierwszej parafii w Bończy (położonej w odległości niespełna 20 kilometrów od Wierzchowin) na Chełmszczyźnie, gdzie z plebanii pełnej osadników go wyrzucono, do nowej, którą zbudował, wrzucono łom, a potem obrzucono kamieniami, cerkiew podpalono, przezywano rezunem, kopano, gdy przejeżdżał na rowerze, raz uderzono batem. I gdzie mimo wszystko wytrwał. Pomogła syberyjska szkoła przetrwania?
Opowiedziałby też, że w końcu lat 80. dwukrotnie z synem odwiedził miejsce zsyłki, na zachowanym cmentarzu ustawił krzyż i odsłużył panichidę po swojej babci Anisji i dwójce swego rodzeństwa, Koli i Mani, którzy zostali tam na zawsze.
Może przyznałby się też, dlaczego tak chętnie sadził jabłonie – w rodzinnej Łosince kilka, w Mielniku już cały sad. Gdy koczowali w Brześciu, długo biegł za oficerem, który jadł jabłko, by podnieść i wysmoktać ogryzek.
I jeszcze by dodał, jak podczas któregoś marszu Żywej Pamięci Polskiego Sybiru miał otrzymać medal czy odznakę Sybiraka.
Poszliśmy tam we dwoje, tata w sutannie. Wyczytano wszystkie nazwiska, o nim zapomniano. Medal odebrał w Mielniku, z rąk swego parafianina.
A książkę Wojciecha Konończuka polecam. Wszystkim, nie tylko potomkom Sybiraków.

Ałla Matreńczyk
Zdjęcia dzięki uprzejmości
Książnicy Podlaskiej
fot. Mona Al-Kaber

Warto przeczytać
Czystość rąk i serca

Odpowiedz