Home > Artykuł > Piękno, prawda i miłość

Piękno, prawda i miłość

O męce i cudzie zmartwychwstania Cerkwi prawosławnej w Albanii dużo można było się dowiedzieć 23 lutego w Centrum Kultury Prawosławnej w Białymstoku, gdzie odbył się wernisaż wystawy „Kolory Prawosławia. Albania”. Ów cud zmartwychwstania Cerkwi albańskiej wyrasta z głębokiej wiary jej zwierzchnika, arcybiskupa Tirany i całej Albanii Anastasiosa (Yannoulatosa). Jego osobie w dużej mierze poświęcone było spotkanie. I słusznie, bo to nauczyciel, od którego wszyscy możemy się uczyć.

Hierarcha skierował do zebranych list, odczytany przez arcydiakona Spirydona Topanxę. Dziękował za pomoc okazaną Albanii po trzęsieniu ziemi, które nawiedziło ją pod koniec ubiegłego roku. Przypomniał, że prawosławie to piękno, prawda, miłość. Kreślił historię Cerkwi. Prawosławie na ziemie współczesnej Albanii przyszło w czasach apostolskich. W latach panowania tureckiego mieszkańcy tych ziem w większości przyjęli islam. Chrześcijanami jest teraz 1/3 obywateli, w tym 17 procent to prawosławni. Państwo albańskie powstało w 1912 roku, a w 1937 patriarchat Konstantynopola nadał autokafalię tutejszym strukturom cerkiewnym. Zaraz potem nastały lata ciężkiego komunizmu. W roku 1967 przyjęto konstytucję, całkowicie zabraniającą kultu religijnego. Komunizm upadł w 1990 roku. Pozostawił po sobie duchowe zgliszcza. Teraz, dzięki Bożej mocy, prawosławie w Albanii tętni życiem. Otwarte są świątynie i szkoły prawosławne, które cieszą się bardzo dobrą opinią, także wśród nieprawosławnych. Ludzie żyją blisko Boga.
– Władyka Anastatios to wielki nauczyciel, znawca prawosławnej misji – powiedział ojciec Pantelejmon z Supraśla, a swoją wypowiedź oparł przede wszystkim na treści jedynej, przetłumaczonej na język polski książki arcybiskupa Anastasiosa „Misje na wzór Chrystusa”, którą bardzo ceni. – Według władyki niemożliwe jest prowadzenie misji bez ludzi przepełnionych szczerą miłością. Przypomniał, że bez misji nie ma chrześcijaństwa. To my wszyscy mamy dawać świadectwo o Chrystusie.


Jeszcze bliżej sylwetkę tego wybitnego hierarchy, na podstawie kilku przykładów z jego życia, przedstawiła ihumenia Katarzyna z monasteru w Zaleszanach: – Postać władyki Anastazego jest szeroko znana w prawosławiu. Mimo że ma już 90 lat, wciąż bardzo aktywnie pracuje. Już jego narodziny pokazały moc Bożą. Jego matka w ciąży była skrajnie niedożywiona. Lekarze chcieli przerwać ciążę, bo stała na progu śmierci, a dziecko, w ocenie lekarzy nie miało szans na przeżycie. Matka powiedziała lekarzom, że musi jeszcze się kogoś poradzić i weszła do najbliższej cerkwi. Tam przed ikoną Bogarodzicy modliła się: „Ty wiesz jako matka, jak bardzo chcę urodzić to dziecko. Pomóż!”. Przyszły władyka przyszedł na świat i przeżył.

Kiedy władyka był czternastoletnim chłopcem, jego rodzinną Grecję okupowali hitlerowcy. Działy się rzeczy straszne. Widząc to – jak sam przyznawał po latach – zaczął się zastanawiać nad sensem życia. Przyznawał, że zaczął wątpić, że Bóg istnieje. Wtedy przyszły mu na myśl słowa z Ewangelii apostoła Jana: „Bóg jest miłością”. To właściwie najważniejsza myśl władyki, którą kieruje się w życiu.
Przed przyjazdem do Albanii hierarcha był na misji w Afryce. Tu uczył się miejscowej kultury, języków i jak wszędzie – nauczał o miłości. W Afryce zapadł na bardzo ciężką postać malarii. Zachowując resztki świadomości modlił się: – Dużo możesz mi zarzucić Boże, ale w jednym nie odpuściłem nigdy. W kochaniu Ciebie. Następnego ranka obudził się całkowicie zdrowy.
Wybór na biskupa był dla niego wielkim zaskoczeniem. Wiadomość przyjął z pokorą. Bardzo się martwił, jak powiedzieć swoim afrykańskim wiernym, że musi ich opuścić, jak zrobić to tak, by nie czuli się porzuceni. – Czy jesteście szczęśliwi, że znacie Boga? – pytał po nabożeństwie. – Czy cieszycie się z tego powodu? – Tak! – szczerze zapewniali go prości ludzie. – Czy chcecie, by inni też poznali Boga? – Tak – znów się rozległo. – Są miejsca, gdzie ludzie nie znają Boga. W takie właśnie miejsce mam jechać. Zapadła cisza. Jedna z kobiet zapytała, czy to daleko. – Bardzo daleko – odpowiedział duchowny. Kobieta podarowała mu na drogę to co miała, banany i trochę kawy. – To był jeden z najpiękniejszych prezentów w moim życiu – opowiadał później władyka.
Kiedy przyleciał do Albanii, nie znał języka. Na lotnisku przywitało go paru zastraszonych ludzi. Nie mogło być inaczej, wszakże w komunistycznej Albanii nie można było wyznawać Chrystusa. Nie można było nawet u siebie w domu posiadać ikon. Zdarzały się przypadki, że sąsiad donosił na sąsiada, bo zauważył pomalowane skorupki od wielkanocnego jajka.
Władyka naucza, by nigdy nie zadowalać się miernością, że trzeba każdą pracę, profesję, służbę pełnić całym sobą. Wtedy wszystko będzie się dobrze układać. Uważa, że w każdej cerkwi powinien służyć miejscowy kler i każda Cerkiew lokalna powinna być niezależna ekonomicznie (sam przyznawał, że długo modlił się o to, by udało się uruchomić elektrownię wodną, która daje środki na utrzymanie albańskiej Cerkwi). Chrześcijanin powinien umieć się dzielić, bez względu na swój status, a każdy ma coś, czym może się podzielić, i że swoje chrześcijaństwo pokazujemy czynami, nie słowami. Problemów współczesnych ludzi upatruje w całkowitym braku ascetyzmu. Stawia na praktykę dnia codziennego.
Cerkiew w Albanii pod przywództwem władyki Anastasiosa pomaga wszystkim – chrześcijanom i niechrześcijanom. Władyka o sobie mówi, że jest tylko dyrygentem, który współpracuje ze sztabem ludzi. Jednym z nich jest prof. Andi Rembeci, który opowiadał o konkursie fotograficznym, w wyniku którego wyłoniono zdjęcia, jakie znalazły się na wystawie i w albumie.
Głos zabrał Arber Veizi z ambasady Albanii w Polsce, który zapraszał do swego kraju.
Podczas spotkania zasłużone podziękowania spłynęły na ręce Aleksandra Wasyluka z portalu Orthphoto.net i Jarosława Charkiewicza z Wydawnictwa Warszawskiej Metropolii Prawosławnej.
O albumie „Kolory prawosławia. Albania”, którego promocja miała miejsce tego samego dnia, pisaliśmy w lutowym numerze.

Natalia Klimuk
fot. Jarosław Charkiewicz

Odpowiedz