Home > Artykuł > Urodzinowa góra

Całkiem niedawno Finlandia obchodziła stulecie swojej nie-
podległości. Z tej okazji Norwegowie, jej sąsiedzi, postanowili w geście przyjaźni i sympatii podarować im… górę.
Rzecz w tym, że Finlandia generalnie jest płaska jak stół, a owa góra, leżąca na samej granicy, stanowiłaby najwyższy punkt tego kraju. Darczyńcy chcą to zrobić dla sąsiada tak po prostu, z czystej sympatii. Problem w tym, że wymaga to korekty granicznej o 31 metrów, czego norweska konstytucja nie przewiduje. Zatrudniono więc najlepszych krajowych ekspertów i prawników do rozwiązania tego problemu. Jak znam Skandynawów, to stawiam dolary przeciw orzechom, że wcześniej lub później znajdą jakieś wyjście.
Czytam sobie tego newsa i zaczynam się zastanawiać, jak to u nas jest z tymi relacjami dobrosąsiedzkimi, i dochodzę do wniosku, że w sumie podobnie.
No bo przecież w okresie międzywojennym gotowi byliśmy bez problemu oddać Ukraińcom Lwów, a Litwinom Wilno. A naszą połówkę Cieszyna wciskaliśmy Czechom i wciskali, tyle tylko, że oni się zaparli i nijak brać nie chcieli…
Doprawdy, piękna byłaby to historia gdyby choć troszkę prawdziwa. Taaak, rozmarzyłem się, przyznaję i mocno popuściłem wodze fantazji. Ale już całkiem na poważnie zastanawiam się, dlaczego tak mniej więcej, czy choćby jakoś podobnie być nie mogło? Dlaczego jedne kraje potrafią wiekami żyć z sąsiadami w przyjaźni, a my nie? Dlaczego walczymy z nimi wszystkim odkąd tylko powstała nasza państwowość i żremy się z nimi aż do dziś? Tylko po co i w imię czego?
No bo wyobraźcie sobie Państwo, że tam gdzie mieszkacie, jesteście skłóceni ze wszystkimi. I nie ważne czy to blok, czy domek, czy to miasto, czy wieś.
Że nie jesteście w stanie od jakiegokolwiek sąsiada pożyczyć przysłowiowej szczypty soli, że musicie przed nim chować na noc leżącą na podwórku siekierę, że na sto procent oberwie wam zwisające na jego stronę wiśnie.
Cóż to wtedy za życie? Prędzej czy później będziecie mieć tego dość i najprawdopodobniej się wyprowadzicie. Tyle tylko, że kraj i naród to nie domek, i przeprowadzić się nie jest w stanie. A skoro tak, to wychodzi na to, że w sumie skazani jesteśmy na tę dobrosąsiedzką przyjaźń, bo w przeciwnym razie mamy piekło a nie życie. I dotyczy to w tym samy stopniu naszych stosunków czysto sąsiedzkich jak i tych globalnych, państwowych.
Czytam więc o tych Skandynawach i tak najnormalniej w świecie im zazdroszczę. Tego, że oni potrafią, a my nie. Tego, że uczą się na swoich błędach i wyciągają wnioski, a my nijak tego nie potrafimy.
Bo generalnie to tylko raz w naszej historii byliśmy prawdziwym mocarstwem. Jeśli nie światowym, to przynajmniej europejskim, a w naszej części kontynentu to nawet i hegemonem. Kiedy? W XVI wieku. Dlaczego? Bo tylko wtedy, za Zygmuntów Starego i Augusta, prawie z nikim nie wojowaliśmy. Budżet szedł więc na rozwój kraju, a nie na bezsensowne wojny! I dla tego szesnaste stulecie, szkolne podręczniki po dziś dzień nazywają naszym „złotym wiekiem”.
A współcześnie? A współcześnie to mamy aż siedmiu sąsiadów – chyba nigdy w przeszłości nie było ich aż tak wielu – i żadnego z nich specjalnie nie lubimy. Bo nawet jeśli, tak dla przykładu, Czechom i Słowakom nie umiemy czegoś konkretnego zarzucić, to zawsze możemy stwierdzić z wyższością: eeee tam, takie se Pepiki….
I tylko z Węgrami od zawsze ponoć jesteśmy „bratanki”, choć trudno powiedzieć dlaczego, gdyż historia jakoś nie bardzo to potwierdza.
Za to badania potwierdzają, że w Europie najbardziej lubimy tych, którzy są daleko. Dlaczego, zapytacie? Dlatego, że albo nic o nich nie wiemy, albo bardzo niewiele. Dlatego, że z nikim i z niczym nam się nie kojarzą, więc nie mieliśmy okazji ich znielubić. Bo gdybyśmy mieli, to na pewno tak by się stało.

Gorzkie to co piszę, ale cała nasza historia, mentalność, sposób bycia i postępowania przeciętnego Polaka w stosunku do sąsiadów, na to właśnie wskazuje. Czyli mówiąc najprościej, zdecydowanie bardziej lubimy obcych niż swoich. Wystarczy przecież tylko rozejrzeć się wokół lub popatrzeć w media…
Może więc właśnie teraz nadszedł dobry moment, by wreszcie coś w tej materii zmienić i zacząć żyć normalnie? Czemu nie?
No bo zastanówmy się: Norwegowie chcą oddać Finom 31 metrów swojej ziemi – to tyle, co powiedzmy łąka. No więc może i my zacznijmy od tej łąki na początek?
Podarujmy w związku z tym Białorusinom tę, która leży nad samą granicą, w i tak już podzielonych Tokarach. A niech sobie mają jeszcze i tę łąkę, tak po prostu, w imię sympatii i nowych czasów. Albo podarujmy Ukraińcom tę koło Włodawy, tam gdzie trójstyk granic, żeby ta ich ładnie się zaokrągliła, a przy okazji ostatecznie pogrzebała wołyńskie upiory.
A najlepiej, to podarujmy Litwinom tę naszą połówkę maluteńkiego jeziorka za Wiżajnami przez które przechodzi granica, a którego i tak nie używamy. Niech więc mają całe i niech wreszcie zapomną nam to Wilno, które sto lat temu gwizdnął im Piłsudski. I koniecznie zróbmy to całkowicie bezinteresownie, po prostu, w imię przyjaźni. Co Państwo sądzicie?
Bo na moim galicyjskim rynku stare baby godajom, co u nos, to somsiadowi możno dać ino w trombe.

Paweł Krysa

Warto przeczytać
Ekwtime
Dwie deski lub pusta rama
Bury Bandera

Odpowiedz