Home > Artykuł > Monaster w diabelskim miejscu

Monaster w diabelskim miejscu

Św. Jan urodził się jako Syryjczyk niedaleko Antiochii. I tam przeżył połowę swojego świętego i ascetycznego życia. Drugą zaś w Gruzji (zwanej wtedy Iwerią), sięgając tam szczytów świętości i odciskając na tym kraju niezatarte piętno prawosławnego monastycyzmu. Będąc jeszcze młodzieńcem, złożył śluby mnisze, zamieszkując w odosobnieniu i ascezie, doskonaląc się każdego dnia w poście i modlitwie. Stosunkowo szybko stał się tak dla współbraci, jak i okolicznych mieszkańców wzorem pokory i miłości, obdarzonym przez Boga darem czynienia cudów. Pociągnęły więc ku niemu tłumy. Wtedy, w towarzystwie kilku tylko uczniów, udał się na zupełne pustkowie. Oczywiście po pewnym czasie i tam go znaleźli. Zdecydował więc, by odejść gdzieś na tyle daleko, by nikt już nie był w stanie zakłócać ukochanej ascezy.
I wtedy dostąpił widzenia Przenajświętszej Bogarodzicy, która poleciła mu dobrać sobie towarzyszy i udać się do dalekiej Iwerii. Jan napisał więc imiona swoich współbraci na kartkach, położył je na prestole, poczym wszyscy przystąpili do całonocnej, błagalnej modlitwy. Rankiem w cerkwi ukazał się anioł i z całego pliku wybrał dwanaście karteczek: Dawid, Szio, Antoni, Stefan, Tata, Izydor, Michał, Zenon, Piros, Isse, Józef i Abibos. Z czasem wraz z ojcem Janem stali się oni twórcami gruzińskiego monastycyzmu, znanymi tam jako „13 Ojców Syryjskich”.
Udali się więc do Mcchety, starożytnej stolicy Gruzji. U bram miasta witał ich król Parsman, w towarzystwie katolikosa Ewlawiusza, który w nocnym widzeniu został poinformowany o przybyciu świętych ojców. Po niedługim czasie Jan zaczął rozglądać się za miejscem, w którym mnisi mogliby zamieszkać, gdyż ludna i gwarna stolica nie nadawała się do tego. Gdy więc w cerkwi Dżwari, założonej jeszcze przez św. Nino, zobaczył dominującą nad okolicą górę, stwierdził, że tam będzie ich siedziba. Wybór wprawił całą Mcchetę w przerażenie, wszyscy wiedzieli bowiem, że od momentu zniszczenia za sprawą modlitw św. Nino pogańskiej świątyni głównego lokalnego bóstwa Armaza, biesy osiadły na tej właśnie górze – dawniej zajmowanej przez bóstwo Zadeni. Od tego czasu nikt nie mógł wrócić stamtąd żywy. Błagano więc Jana na wszystkie świętości, by zmienił zdanie. On jednak wiedział, co robi.
Wielokrotnie stojąc na platformie widokowej w Dżwari, może i w tym samym miejscu co i św. Jan, spoglądałem na górę Zadeni. Nie tylko ja, wszyscy spoglądają, gdyż jest po prostu piękna. Sam szczyt zaś wieńczy ogromny krzyż, który jak wszyscy tu wiedzą, stoi dokładnie tam, gdzie półtora tysiąca lat temu osiedli pierwsi gruzińscy mnisi. Dziś stoi tam pradawny monaster, zwany Zedazeni, co można przetłumaczyć jako szczyt góry Zadeni. I właśnie z takim przydomkiem – Jan Zedazeni – czcimy świętego, o którym piszę.
Ileż to razy stałem więc na tej platformie, podziwiając górę i marząc o tym, by móc wreszcie dostać się na jej szczyt. Stałem, marzyłem i stałem nadal, bo droga nie nadawała się do jazdy samochodem, a piesza wycieczka zajęłaby cały dzień i zawsze jakoś było nie po drodze, i zawsze brakowało czasu. Podobnie zresztą, jak zawsze jakoś go brakowało na spenetrowanie wszystkich okolicznych gór Mcchety, na których przed wiekami królowały pogańskie świątynie, a dziś królują monastery. Prawdę mówiąc, spokojnie można by spędzić w tej niewielkiej okolicy wiele dni, podążając od jednego ku drugiemu. I wielką mam nadzieję, że kiedyś to się stanie.
Św. Jan, podejmując decyzję osiedlenia się na Zadeni, doskonale wiedział, co czyni. Używając określeń współczesnych, było to swoiste „dwa w jednym”. Bo i znalezienie spokojnego miejsca na monaster, i przede wszystkim udowodnienie mocy Bożej, która żadnego biesa się nie boi, co w tamtych czasach wcale jeszcze tak oczywiste nie było. Gdy więc bracia, odprowadzani przez wielki tłum, wyszli z Mcchety, doszli nad brzeg Aragwi. Jan podał swój posoch Szio i polecił uderzyć nim w wody rzeki. Szio pomodlił się gorąco i bracia przeszli na drugą stronę suchą stopą, gdyż wody rozdzieliły się na dwoje, jak kiedyś, za czasów biblijnych. Myślę, że w tym momencie mieszkańcy Mcchety zdali sobie sprawę, że przed Mocą, która kieruje świętymi ojcami, również biesy się nie ostaną. I stąd właśnie w tak diabelskim miejscu powstał święty monaster, który do dziś stanowi jedno z centrów gruzińskiego prawosławia.


Trzynaście stuleci później, gdy na naszych ziemiach kończyło się Powstanie Styczniowe, w małej wiosce zachodniej Gruzji na świat przyszedł chłopiec, któremu na chrzcie nadano imię Eustacjusz. Gdy miał piętnaście lat, udał się w poszukiwaniu pracy do Kutaisi, a potem do Tbilisi. Znalazł ją. Stosunkowo szybko udało mu się także założyć w ówczesnym Tyflisie coś na kształt teologicznego klubu dyskusyjnego, którego ideą było poznanie oraz przechowanie dla następnych pokoleń starodawnych gruzińskich pieśni cerkiewnych, a także zapoznanie z nimi jak największej liczby rodaków. To szlachetne dzieło uzyskało wsparcie wielu znanych osób, w tym samego Ilii Czawczawadze, zwanego już wtedy Wielkim. Przez dwadzieścia pięć następnych lat drukowano więc owe pieśni i bezpłatnie rozprowadzano po całej Gruzji, przyczyniając się tym samym, co już dziś nie podlega dyskusji, do przetrwania i uchronienia przed ostatecznym zapomnieniem starożytnych narodowych napiewów.
W roku 1912, mając 47 lat, Eustacjusz postanowił zostać mnichem i udał się do słynnego monasteru Gelati koło Kutaisi. Tutaj przeżył następne dwanaście lat jako Ekwtime, czyli Eutymiusz. Gdy komuniści zajęli Gruzję i rozpędzili mnichów, przeszedł do życia katakumbowego, ale pracy nie zaprzestał. Odnalazł wówczas ponad sto rękopisów, które zrekonstruował, opisał i poddał współczesnej nutowej transkrypcji.
Gdy w roku 1924 bolszewicy zamordowali metropolitę gelackiego, mnich Ekwtime zabrał swoje rękopisy i szczęśliwie dobrnął do Mcchety. Tutaj zakotwiczył w patriarszym soborze Swetichoweli, którego został proboszczem, a ponadto duchownikiem sióstr z sąsiedniego monasteru Samtawro, ku czci św. Nino pobudowanego. Pięć lat później postanowiono schować Ekwtime i jego bezcenne skarby w jakimś niedostępnym klasztorze. Wybór padł na Zedazeni.
Dla stuprocentowej pewności, będąc już na miejscu, włożył rękopisy w metalowe futerały i zakopał. Wydaje się, bo jak było na prawdę do dziś nie wiadomo, że po kilku latach znalazł się jednak szubrawiec, który o wszystkim doniósł władzom. Te, na szczęście zdając sobie sprawę, o jak wielkie narodowe skarby tutaj chodzi, zdołały przekonać mnicha do dobrowolnego pokazania miejsca ich ukrycia. I w ten oto sposób 5532 starożytne pieśni oraz kilka rękopisów trafiło do muzeum narodowego, gdzie Bogu dzięki spoczywają do dziś. Kilka zaś innych, wraz z własnoręcznymi opisami, Ekwtime w tajemnicy przed władzami przekazał do monasteru Samtawro.
W ciągu kilku następnych lat z czterech zedazeńskich mnichów jednego zastrzelono, jednego aresztowano, a jeden umarł. Ojciec Ekwtime został sam. Gdy w czasie bardzo ciężkiej zimy 1944 roku kilka sióstr z Samtawro udało się do swojego duchownika, zastały go już na łożu śmierci. Pochowano go na zewnątrz monasterskiej cerkwi, tuż obok ściany ołtarza.
Muszę się przyznać, że przez wiele, wiele lat myliłem dwóch świętych Ekwtime, uważając ich za jedną postać. Stojąc więc teraz nad grobem świętego mnicha, kanonizowanego w roku 2003, uświadamiam to sobie w całej rozciągłości. Działo się tak dlatego, iż obaj, czyli mnich, o którym teraz piszę – św. Ekwtime (Kereselidze) oraz ten, o którym niedawno pisałem w felietonie (ukazał się w marcowym Przeglądzie), nie dość, że nosili takie samo imię, to jeszcze żyli niemalże w tym samym czasie i zasłynęli z niemalże identycznej działalności, która doprowadziła obu na ołtarze. Ten drugi św. Ekwtime za życia ziemskiego był postacią świecką i nosił nazwisko Takaiszwili. Wątpię by się znali, bo Ekwtime świecki zaraz po rewolucji bolszewickiej osiadł na Zachodzie, a gdy po drugiej wojnie światowej wrócił do kraju, Ekwtime mnich już nie żył. Ale mogli o sobie słyszeć, w końcu krąg osób zajmujący się takimi rzeczami siłą rzeczy jest niewielki.


Gdy więc tak stoję nad mogiłą świętego mnicha Ekwtime, nie potrafię uwolnić się od rozważań, jak różne jest pojmowanie świętości w różnych miejscach na świecie. No bo przecież nasi Ekwtimowie nie wyróżniali się jakąś nadzwyczajną pobożnością. Nie byli cudotwórcami, ani nic takiego. Można wręcz powiedzieć, że byli „normalnymi ludźmi”. Skąd więc nimby nad ich głowami? Ano ze względu na wkład w rozwój, a przede wszystkim w ochronę skarbów kultury – pradawnych narodowych pieśni cerkiewnych w jednym przypadku, a bezcennych manuskryptów literatury narodowej w drugim. A przecież nie sposób też zapomnieć o św. Ilii Czawczawadze, znakomitym pisarzu i działaczu społeczno-politycznym, również kanonizowanym po swej tragicznej śmierci. I to właśnie te aspekty ich życia, zdecydowanie bardziej świeckie jednak niż duchowne, zdecydowały o ich aureolach. Czy w takim układzie, stosując gruzińsko-polską analogię, potraficie sobie Państwo wyobrazić np. św. Zygmunta Glogera lub św. Józefa Ignacego Kraszewskiego? Jeśli tak, to gratuluję, bo moja wyobraźnia nie jest niestety aż tak wybujała.
Trzynaście wieków wcześniej, niemalże w tym samym miejscu co św. Ekwtime, spoczął św. Jan Zedazeni. Zanim jednak to się stało, uczynił z diabelskiej góry święte miejsce Iwerii, do którego wnet udało się wielu mężczyzn, pragnących naśladować Syryjskich Ojców. Pobudowano więc cerkiew w niewielkiej jaskini, a sami mnisi zamieszkali w drewnianych, krytych liśćmi chatkach. Po pewnym czasie św. Janowi znów ukazała się Bogarodzica, polecając, by każdemu z dwunastu syryjskich mnichów dodał Gruzina i takimi parami rozesłał po kraju. Święte pary rozeszły się po całej dzisiejszej wschodniej Gruzji, kładąc podwaliny pod pierwsze kaukaskie monastery. Wszyscy ojcowie z czasem stali się biskupami, po śmierci wszyscy zostali kanonizowani i od wieków ich relikwie stanowią cel pielgrzymek najpierw z Kaukazu, a potem i z całego prawosławnego świata.
Natomiast sam ojciec Jan pozostał na górze tylko w towarzystwie diakona Eliasza. Wiedział, że wykonał już swoje zadanie, mógł więc wreszcie zacząć żyć tak jak zawsze chciał, czyli w całkowitej ascezie i odosobnieniu. Nie zapomniał jednak o ludziach i z oddali pomagał im w razie potrzeby, czyniąc nawet cuda. Najbardziej znany jest ten ze źródłem, które za sprawą modlitw świętego wytrysnęło na górze, by ulżyć Eliaszowi w codziennej, niezwykle męczącej wędrówce po wodę aż do leżącej na samym dole rzeki. Źródło owo, mające właściwości lecznicze, bije do dziś. Do początku zaś siedemnastego wieku okoliczni mieszkańcy mogli podziwiać jeszcze jeden cud, związany z mirrą cieknącą z jego świętych moszczy, którą zbierano do specjalnego baseniku. Działo się tak w każdą rocznicę śmierci św. Jana, aż do momentu najazdu perskiego szacha Abbasa, który zbezcześcił monaster.
Gdy wreszcie święty ojciec odszedł do Pana, postanowiono pochować go w nowym monasterze, zbudowanym na skłonie góry, co jawnie sprzeciwiało się jego woli, wyrażonej jeszcze za życia. Gdy przystąpiono więc do pochówku, ziemia zaczęła trząść się tak bardzo, że w okamgnieniu zaniesiono ciało na górę. I gdy tylko spoczęło w jaskini, trzęsienie ustało. Z czasem dobudowano do niej cerkiew (ku czci św. Jana Chrzciciela). Moszczy świętego znalazły się w jej wnętrzu, tuż obok ołtarza, gdzie spoczywają do dziś.
Gdy więc wreszcie po raz pierwszy staję przed monasterską bramą, usytuowaną w prawdziwie zamkowym murze, którym w przeszłości klasztor niejednokrotnie zresztą bywał, spodziewam się ze względu na rangę tego miejsca czegoś wielkości Atosu, Sołowek, Grabarki. A tu po przekroczeniu bramy okazuje się, iż ląduję powiedzmy w… Sakach. Ale już po chwili radość wielka, bo jest tak samo cudownie, jak i u naszych polskich braci!
Przede mną licząca sobie ponad tysiąc lat starożytna bazylika, za nią niewielki korpus monasterski. A gdy zauważam mogiłę świętego mnicha Ekwtime, promień ciepła rozlewa się po sercu. Prawdziwa zaś jego fala dosięga tuż za progiem. Jest bowiem tak, jak chciałem by było, jak w takim miejscu być powinno. Półmrok niewielkiego wnętrza, kamienne ciosy ścian utkane z ascezy i prostoty, bardzo oszczędny, aczkolwiek piękny, ikonostas, majestat prastarych murów pozbawionych fresków, cisza, spokój, zapach kadzidła. A oczy jakoś tak same biegną na lewo od ikonostasu, gdzie tuż obok, pod ikoną oświetloną łampadką, zauważam mogiłę ojca Jana, na którą padają delikatne promienie mglistopurpurowego słońca. Czyż muszę dodawać coś jeszcze?
Jesteśmy sami, panuje absolutna cisza, którą przerywa jedynie cichusieńki szept modlitwy Jezusowej modlącego się mnicha. Pogrążamy się i my w modlitwie, tracąc poczucie czasu i rzeczywistości. Na szczęście nikt nas nie pogania (tak jak często z krwawiącym sercem zmuszony jestem czynić w stosunku do swoich pielgrzymów), możemy się więc w tym wszystkim zatracić. No ale kiedyś wreszcie wyjść trzeba i wtedy należy podejść do monasterskiego muru, ale tego po przeciwnej stronie od wejścia, by móc spojrzeć na to, co się za nim rozpościera.
Mój Boże…, wiele już w Gruzji widziałem, ale to co widzę teraz, po prostu zwala z nóg. Można było domyśleć się tej panoramy i tych przestrzeni, ale tego, iż ujrzymy tyle piękna, nie spodziewaliśmy się. Wcale nie dziwię się św. Janowi, że nie chciał stąd odchodzić, choć kto wie, czy w ogóle zwracał na to uwagę? Bo jeśli możesz osobiście oglądać Bogarodzicę… Tak czy inaczej chłonę rozpościerający się przede mną bezkonieczny pejzaż, z prastarą Mcchetą, majestatyczną Dżwari oraz ujściem Aragwi do Mtkwari w centrum. A wszędzie wokół góry, góry i góry, aż pod horyzont, aż pod granice wyobraźni, a wszystko w jakiejś takiej niebieskawej i zupełnie odrealnionej poświacie… Zedazeni – przedsionek raju?

Paweł Krysa, fot. autor

Warto przeczytać
Tbilisi nawiedziła Bogarodzica
Monaster szeleszczącego złota
Patriarcha pod obstrzałem
Zawisły ciężkie chmury

Odpowiedz