Home > Artykuł > Pisarz i filozof

Smutno. 19 marca zmarł Eugeniusz Kabatc. To tak jakby z brukowanej drogi wyrwano duży kamień. Będę potykać się o tę dziurę. Odszedł pisarz, eseista, dramaturg, tłumacz, ale przede wszystkim dobry człowiek.

1 grudnia ubiegłego roku widziałam go po raz ostatni. Otworzył drzwi w swoim mieszkaniu przy ulicy Smolnej w Warszawie. Obok żona Krystyna, drobniutka, szczuplutka – czarne włosy, koraliki, taka późna elegancja. Wydało mi się, że są jednym ciałem. Oboje czule o siebie zatroskani, podtrzymujący swoje porcelanowe już ciała. Pan Eugeniusz ostrożnie opuścił się na kanapę. Mnie wskazał miejsce na fotelu przy oknie, które całą ścianę wzięło we władanie, pokazując z wysokiego piętra drzewa na skarpie, rozległą dolinę Wisły i stolicę, ścielącą się po horyzont, po lotnisko może.
W mieszkaniu bogata, prawdziwie bogata, była tylko biblioteka. Wszystko inne sprawiało wrażenie, że jest rówieśnikami gospodarzy, wpisywało się w długie trwanie, w nawarstwianie się rzeczy i czasu. Jak dobrze mi było w tej dekoracji do życia Kabatców! W czasie rozciągniętym niemal na całe stulecie ich życia!
Pan Eugeniusz zanurzył się między dwa stosy książek. Po prawej jego stronie na górze leżał gruby tom Andrzeja Walickiego „O Rosji inaczej”. Trochę dalej egzemplarze „Przeglądu”, lewicującego tygodnika.
Pogratulowałam panu Eugeniuszowi kolejnego świeżego wyboru na przewodniczącego polskiego oddziału Stowarzyszenia Kultury Europejskiej, z którym związał się od 1975 roku, przewodząc mu przez wiele kadencji.
Żywa myśl gospodarza, wszystkie jej niuanse, jego styl, przypominający bizantyńskie plecenie słów, dziś może staromodny, przebrzmiewa nawet w zwykłej rozmowie, ale przez to bardziej odświętnej, wykwintnej.
„Bo Eugeniusz Kabatc to nie tylko znakomity pisarz o kunsztownym stylu, sprawiającym przyjemność w lekturze, ale mądry człowiek. Filozof – w najbardziej esencjonalnym sensie tego słowa” – napisze krytyk literacki, znawca twórczości Kabatca, Krzysztof Lubczyński. I wtedy, siedząc na fotelu na Smolnej albo czytając w samolocie Warszawa-Florencja znakomite „Ostanie wzgórze Florencji. Opowieść o Stanisławie Brzozowskim” Eugeniusza Kabatca wiesz, że to prawda.
Przed podróżą do miasta podpisania unii florenckiej Kabatc przysłał mi swoje „Ostatnie wzgórze…”, z dedykacją „Drogiej Pani Ani R. na drogę do Florencji – bardzo serdecznie, Eugeniusz Kabatc, Warszawa, w październiku 2019”. I to był ostatni wpis do książki, jaką otrzymałam od pisarza.
Kiedy byłam jeszcze licealistką, nie wiedząc czemu ustawiałam obok Jarosława Iwaszkiewicza, patriarchy polskiej literatury dojrzałego wieku XX, Eugeniusza Kabatca. Iwaszkiewicz mnie fascynował – jego „Sława i chwała”, „Brzezina”, „Panny z Wilka”, „Młyn nad utratą”. Był pogranicznym pisarzem, urodzonym na Podolu, który pierwszą ćwiartkę swego życia spędził na Ukrainie, dalsze w podwarszawskich Stawiskach, przez niego rozsławionych.
A Kabatc? Urodzony 11 stycznia 1930 roku w Wołkowysku, był od Iwaszkiewicza młodszy o 36 lat. Obaj „kresowi”. Obaj wessani w krwiobieg warszawskiego świata literackiego, ale z pamięcią o swych sokach dzieciństwa i młodości, u Kabatca nasilającej się w ostatnich dekadach twórczości. Że „kresowi” i wybitni, to nie jest dziwne. Jakoś literatura polska, ta najlepsza, na tamtej glebie wyrastała, nawet jeśli to były tylko reminiscencje z czasów dzieciństwa i młodości. Eugeniusz Kabatc, mając 18 lat, związał życie z Warszawą, Iwaszkiewicz – mając 24 lata.
Więc moja młoda intuicja, która pozostawała wtedy poza analizą biografii pisarzy, słusznie podpowiadała mi pokrewieństwo, nie wiem – nastroju, toposów, języka, atmosfery?
I oto otrzymuję od Eugeniusza Kabatca jego „Pogodę burzy nad Palermo” (1999). Dowiaduję się wtedy, że ta jego powieść o ostatniej podróży Jarosława Iwaszkiewicza do Włoch na Sycylię, swoiste studium o odchodzeniu człowieka, nie powstałaby, gdyby nie…warunek Iwaszkiewicza. „Pojadę do Włoch, pod warunkiem, że ty Eugeniuszu pojedziesz ze mną”. Dowiaduję się, że obu pisarzy łączyła głęboka, twórcza przyjaźń, wynikająca z czegoś, co można nazwać pokrewieństwem dusz.
Pierwsze spotkanie ze „znajomym z młodości” odbywa się na tarasie mojego domu kilkanaście lat temu. Tam chronimy się przed spalonym słońcem lipcowym popołudniem. Jest i pani Krystyna, i dwóch Eugeniuszy – Kabatc i Czykwin. Kabatcowie jeszcze w świetnej formie – pan Eugeniusz wysportowany, kochał tenis. Pijemy wino, którego Kabatc był wytrawnym znawcą i jakże często motyw sączenia wina wprowadzał do swych powieści. Nie są to „Popołudnia filozofów”, wszak filozofa i myśliciela mamy przy stole jednego, niemniej unosi się atmosfera jego tak zatytułowanej powieści-eseju, z dociekaniami najrozmaitszych przejawów ludzkiej egzystencji. Autor ujmuje delikatnością sposobu bycia, łagodnością wyrafinowanego słowa, mądrością głębokiego spojrzenia, ale nie krytycznego, tylko jakby próbującego wydobyć z rozmówcy to, co w nim najlepsze. Tak, wiekowo mogłabym być jego córką. I coś miał względem mnie z ojcowskiego, łagodnego spojrzenia.
Jak to się stało, zastanawiałam się, że był przecież typowym ekonomistą, czy finansistą – skończył Szkołę Główną Planowania i Statystyki, obecne SGH, pracował w Banku Handlowym i ministerstwie finansów. To malowniczy paradoks w biografii człowieka o takim duchowym profilu!
Zadebiutował podczas ostatniego okresu pracy w ministerstwie finansów, w 1957 roku, zbiorem opowiadań „Pijany anioł”. Dotknął w nim motywów białoruskich. Debiutancka powieść „Za dużo światła” przyszła dwa lata później, a w niej motyw odbudowy kraju i jego cywilizacyjnego rozwoju z figurą młodego inżyniera. Mija rok i znów powieść – „Gorzka plaża”. Na kolejną czytelnicy znów czekają tylko rok, to „Romans”. Znany krytyk Piotr Kuncewicz nazwał ją „studium przeciętności”. Młodego Kabatca nie interesowały wtedy sytuacje ekstremalne, tylko właśnie zwykłość rzeczywistości.
Lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte, a nawet początek osiemdziesiątych są okresem niezwykłej aktywności twórczej pisarza. To czas kiedy powstają „Fałszerz i jego córka”, „Przygoda z Agnieszką”. W 1965 roku ukazuje się powieść „Jedenaste przykazanie”, która przez miejsce akcji i atmosferę jest aluzyjnym nawiązaniem do „Czarodziejskiej góry” Tomasza Manna. O dziwo, znów moja młoda intuicja czytelnicza zbiega się z intuicją twórczą Kabatca. Jako osiemnastolatka wdrążam się w filozoficzną powieść „Czarodziejska góra”, która wtedy jest dla mnie tak samo fascynująca, jak i zamknięta.
„Żółwie” (1966) to już powieść zupełnie inna. Satyryczna. Literackie środowisko Warszawy znajduje w niej odbicie.
I przechodzimy do odrębnego kabatcowego rozdziału – włoskiego, długiej fascynacji. Zasadniczy wpływ na ten okres miała jego praca jako radcy do spraw kultury przy ambasadzie polskiej w Rzymie (1968-1974). To płodny okres, który zrodził utwory: „Oranie morza”, „Filip i Dżulietta”, „Patrycja, czyli o miłości i sztuce w środku nocy”, „Małgorzata, czyli Requiem dla wojowniczki”, „Śmierć robotnika w hotelu Savoy” (1985). Ostania powieść jest jakby klamrą okresu włoskiego.
W tym okresie zmienia się i styl Kabatca – z eleganckiego, wyszukanego, przechodzi w coraz bardziej szorstki, bliski potocznemu. Pisarz podejmuje wątki społeczne, polityczne, historiozoficzne, egzystencjalne, wchodzi w tematy pełne sprzeczności i chaosu.
Pracuje. Ale już nigdy nie wróci do zawodu finansisty. W całości oddaje siebie kulturze. Już mając 29 lat zostaje przyjęty do Związku Literatów Polskich. W latach 1960-1968 jest redaktorem dwutygodnika „Współczesność”. Od 1973 roku był zastępca redaktora naczelnego bardzo cenionego miesięcznika „Literatura na Świecie”.
W 1990 roku został członkiem Polskiego PEN Clubu.
Miał prozatorską pauzę, może związaną z zajętością zawodową?
Ale w 1999 roku wraca do literatury, jako prawie siedemdziesięciolatek, „Pogodą burzy nad Palermo”. I znów mamy na swój sposób innego pisarza – bardziej filozofa i eseistę.
I dochodzimy do apogeum twórczości Eugeniusza Kabatca. Krzysztof Lubczyński dwa jego późne działa nazywa opus magnum (dzieła wielkie). Jest to „Czarnoruska kronika trędowatych” (2008) i „Ostatnie wzgórze Florencji. Opowieść o Stanisławie Brzozowskim” (2011). O pierwszej powieści pisałam w Przeglądzie Prawosławnym, o głębokim powrocie pisarza do swych białoruskich/czarnoruskich korzeni, w ich najbardziej znaczącym zapętleniu historycznym, czyli roku 1385, czy raczej 1386, kiedy został podpisany akt unii krewskiej, w powieści – wołkowyckiej. Kiedy Wielkie Księstwo Litewskie Ruskie i Żmudzkie zaczęło tracić swój byt niepodległy i wzmacniać politycznie niewielką Koronę. Ileż głębokich przemyśleń pozostawił w tej książce, ileż bólu zamknął!
A studium o Brzozowskim? Przecież to znowu podróż poprzez Italię, konkretnie Florencję, gdzie ten młodopolski pisarz i filozof, socjalista, wynajął na ostanie lata swego schorowanego i młodego życia pokój sobie i rodzinie przy budującej się cerkwi we Florencji, zamieszkał w stróżówce. U Kabatca stanął na skrzyżowaniu kultur – katolicyzmu i prawosławia, Zachodu i Wschodu. Przepuścił przez swą powieść echa młodopolskie, ale też rosyjskie słowianofilskie i narodnictwa.
Dla mnie czytanie powieści Eugeniusza Kabatca jest trudniejsze, niż czytanie na przykład naukowych prac historyków, kulturoznawców, czy socjologów. Wymaga dużo większego skupienia i uwagi, nawet powrotów do tych samych treści, czasem odczytania ich na nowo. Bo Eugeniusz Kabatc nigdy nie schodził do poziomu sensacyjnej popularnej literatury.
On był myślicielem, mądrym i dobrym człowiekiem. I takiego mi brakuje.
Przez ostatnich chyba dwadzieścia lat był wiernym czytelnikiem Przeglądu Prawosławnego i życzliwym jego komentatorem.
Dziś żałuję, że nie byłam na jego benefisie 11 stycznia tego roku w Domu Literatury na Krakowskim Przedmieściu, kiedy obchodził swoje 90 urodziny – wtedy akurat przyznawaliśmy Nagrody Ostrogskiego. Żałuję, że za mało słów pochwały wyraziłam na temat jego twórczości przed nim samym. Że za rzadko się z nim spotykałam, choć drzwi na Smolnej miałam zawsze otwarte.
Odszedł pisarz zatroskany Wschodem, życzliwy wobec niego.
Wiecznaja pamiat’ Panie Eugeniuszu.

Anna Radziukiewicz

Warto przeczytać
Zmarł władyka Milutin
Zmarł o. Aleksander Szełomow
Człowiek dialogu

Odpowiedz