Home > Z kraju > Pamięci władyki Jeremiasza (1943-2017)

Pamięci władyki Jeremiasza (1943-2017)

Wiara i wiedza chodzą w parze

Z arcybiskupem Jeremiaszem rozmawia Anna Radziukiewicz

Anna Radziukiewicz: – Chrześcijanin dąży do rozwoju duchowego. Czy to monastery, zdaniem Władyki, stwarzają ku temu najlepsze warunki? Arcybiskup Jeremiasz: – Wysoki poziom życia duchowego można osiągnąć wszędzie, będąc mężem, żoną, robotnikiem, profesorem, emerytem. Ten motyw jest wyraźnie obecny w żywotach świętych. Weźmy żywot św. Makarego, żyjącego w czwartym wieku w Egipcie. Po wielu latach mniszego podwigu prosił Boga, by zesłał mu mądrzejszego od niego rozmówcę. Bóg skierował go do miasta, informując że mądrzejsza od niego będzie pierwsza napotkana osoba. Okazała się nią być kobieta, nabierająca wodę ze studni, zdawałoby się zwyczajna – zamężna, wychowująca dzieci, prowadząca dom. To ją wskazał Makaremu Duch Święty. Podobna sytuacja spotkała św. Efrema Syryjskiego. Nie ma więc tu jakiejś prostej zależności, mechanizmu. Ruch monastyczny zrodził się wtedy, gdy do Kościoła zaczęły napływać masy ludzi, bo chrześcijaństwo uznawały władze, bo stało się ono bezpieczne i wygodne. Monastycyzm stawał się więc zaporą wobec również złych nawyków i zachowań, wnoszonych do Kościoła przez takie masy ludzi. Ale nieraz bywały w historii okresy, kiedy to dochodziło do wypaczeń w życiu mniszym. Wtedy jego naprawa przychodziła z zewnątrz, na przykład ze strony życia parafialnego. – Co więc należałoby uznać za oznakę zdrowego życia Kościoła? – Myślę, że intensywne życie parafialne i właściwe monasterskie. – Jak jest w naszej Cerkwi z życiem parafialnym w ocenie Władyki? – W tej chwili jest ono bardzo ułomne, głównie ze względu na stan wiedzy o wierze wśród szerokich kręgów wiernych. – Jest ona powierzchowna, płytka? – Tak. Posiada jeszcze domieszkę katolicyzmu i świeckości. – Cerkiew przeżywała okresy ułomności. – Nierzadko one się zdarzały, choćby po upadku Imperium Bizantyńskiego, kiedy na obszarach niegdyś przezeń zajmowanych nie było możliwości pielęgnowania nauki, w tym wiedzy teologicznej. Osiemnastowieczna Rosja sprzyjała sekularnemu modelowi życia społecznego, niosąc za sobą upadek życia chrześcijańskiego. W tamtym okresie wśród rosyjskiej inteligencji panowała moda na ateizm. Dochodziło do tego, że wielu jej przedstawicieli nienawidziło wręcz Cerkwi. – Nie wystarczy wiara? Musi za nią iść w parze i wiedza? – Musi. Jeśli następuje oderwanie życia parafialnego i monasterskiego od dobrego poziomu życia teologicznego, kształtowanego przez wiarę i wiedzę, następuje szereg wypaczeń. Nasze życie staje się ułomne, bo jest sprowadzane tylko do udziału w nabożeństwie i do bardzo formalnego pojmowania życia chrześcijańskiego. – Proces dotyka i duchownych? – Niestety, bardzo wielu duchownych zamieniło się w urzędników kościelnych, udzielających ślubów, pogrzebów, chrztów, prowadzących sprawy inwestycyjne. Nawet jeśli nauczają oni podczas kazań, to zanika duszpasterstwo w głębokim sensie tego słowa. – Duszpasterstwo wymaga dużego wysiłku, wiedzy. – Ale jest to sprawa podstawowa! – Duchowni są jednak z nas. Są cząstką nas. Odbijają w jakimś stopniu stan naszej wiedzy, naszej wiary. – Niewątpliwie jest to wzajemne uzależnienie. Duchowny, który nie pracuje z parafianami, nie dba o stan ich ducha, modlitewny nastrój, o ich wiedzę, jest w tej trudnej sytuacji, że nigdy nie spotka się ze słowem krytyki lub podpowiedzi ze strony parafian. Parafianie, jeśli nie dba o nich duchowny, są pozbawieni możliwości zdobycia wiedzy, chyba, że ktoś sam o nią zabiega. – Samodzielne poruszanie się w wiedzy teologicznej jest trudne. – I może napotykać na meandry. Przeważnie tą drogą zdobywa się wiedzę powierzchowną. Ta prowadzi do krytykanctwa. Ktoś łyknął trochę wiedzy. I na jej bazie wypracowuje swoją miarkę życia cerkiewnego. Nią mierzy wszystko. Nikogo wtedy nie oszczędza, nie wnosząc nic, oprócz zamieszania i destrukcji. – Niektórzy jednak duchowni dobrze pracują z parafianami. – Są u nas oazy autentycznej pobożności i wiedzy, są spotkania katechetyczne, choć zwykle niesystematyczne. Ale jest ich za mało. Nie mówię, że pracy duszpasterskiej nie ma u nas zupełnie, ale nie jest ona prowadzona na poziomie, który mnie by zadawalał. – A kazania? – Ważne, żeby były dobrze przygotowane, żeby przynosiły parafianom wiedzę. – Na ile jest tu pomocna literatura? – Jest bardzo pomocna. Do znudzenia powtarzam na wszystkich parafialnych świętach o konieczności czytania. – Widzi Władyka efekty tego napominania? – Czasem widzę. Stan bibliotek duchownych jest dość dobry. Wielu duchownych czyta dość systematycznie, gorzej jest z czytaniem wśród wiernych. Chociaż muszę powiedzieć, że i tu czasem jestem zaskakiwany, kiedy dowiaduję się, że ktoś, po kim się tego nie spodziewałem, systematycznie modli się i czyta Pismo Święte. – Najwięcej czytelników Przeglądu Prawosławnego, w proporcji do liczby wiernych, mamy właśnie w Waszej diecezji. – Ludzie żyjący w diasporze są spragnieni informacji i strawy intelektualnej. – Ruch ludzi świeckich w Cerkwi jest potrzebny? – Bardzo. Jeśli ludzie świeccy organizują bractwa, stowarzyszenia, to trzeba ich tylko podtrzymywać. – Jak określiłby Władyka rolę duchownego w takim ruchu? – Duchowny czy biskup powinien wykazywać zainteresowanie takim ruchem, ale nie na zasadzie bezpośredniej ingerencji, tylko pokazywania szerszych perspektyw, stawiania wyższych wymagań, jeśli działalność organizacji byłaby zbyt pasywna. Bywa, że organizacja pozostawiona sama sobie zasycha, kostnieje. – Niepokoi mnie niska znajomość cerkiewnosłowiańskiego, języka naszej liturgii, naszych modlitw. Może należałoby szeroko uczyć tego języka przy parafiach? – Byłaby to bardzo potrzebna praca. – Niektórzy wyjścia szukają w odejściu od cerkiewnosłowiańskiego i przejściu na polski. – Ale ten proces wymaga właśnie gruntownej znajomości cerkiewnosłowiańskiego. Jak na współczesny polski można tłumaczyć język tak bogaty, tak misternie oddający tekst grecki, jakim jest cerkiewnosłowiański? Jak dokonać przekładu, znając dobrze tylko polski? Przejście na polski jest złożonym krokiem. Proces ten potrzebowałby pracy kilku pokoleń i właśnie gruntownej znajomości cerkiewnosłowiańskiego. Inaczej wszystko pogubimy, rozmienimy na drobne. – Dlaczego popadliśmy w taki impas, jeśli chodzi o znajomość cerkiewnosłowiańskiego? – Na pewno wpływa na to pewna pasywność niemałej grupy duchownych i nauczycieli religii. – Żydzi potrafili utrzymać swój język sakralny przez tysiące lat, żyjąc w rozproszeniu. Nam trudno. My szukamy łatwiejszych dróg i usprawiedliwień. – Niestety. Ale nie możemy zasypiać. Osobiście mam takie doświadczenie – jeśli duchowny jest zaangażowany, przekonany co do swego celu i ma choć trochę charyzmy, to zawsze jego inicjatywa jest szeroko i szczerze przyjmowana przez wiernych, nawet, jeśli jego praca będzie kulała pod względem metodologicznym. Oczywiście to samo dotyczy i inicjatyw ludzi świeckich. – Dziękuję za rozmowę.

Fragment książki Siewcy. Laureaci Nagrody Ostrogskiego, pod red. Anny Radziukiewicz, Fundacja im. Księcia Konstantego Ostrogskiego, Białystok 2019, s. 29-32.

Odpowiedz