Home > Artykuł > Z Bożą pomocą
75 lat temu, w nocy z 8 na 9 maja 1945 roku, Niemcy podpisały akt bezwarunkowej kapitulacji. W Europie (Japonia skapitulowała 2 września 1945 roku) zakończyła się trwająca od 1 września 1939 roku największa w historii wojna światowa, w której zginęło ponad 60 milionów ludzi. O tej wojnie, jej skutkach dla Europy i całego świata powstało wiele naukowych opracowań, książek, filmów. Stosunkowo niewielka ich część dotyczyła prawosławnej Cerkwi i wiary uczestniczących w niej żołnierzy. Zachowując wdzięczną pamięć o milionach żołnierzy, którzy zginęli w tej wojnie, warto pamiętać także o zdarzeniach potwierdzających okazywaną im przez Siły Wyższe pomoc.

Dla chrześcijan, którzy wierzą, że bez woli Bożej nic się nie dzieje, wojna była czasem próby. W tej próbie liczyły się nie tylko liczebność i uzbrojenie walczących armii. Liczyły się, a często miały decydujące znaczenie, determinacja, wiara w zwycięstwo i w Bożą pomoc.
W polskiej historiografii mało jest informacji o wyznaniowym i narodowościowym zróżnicowaniu walczących na wszystkich frontach drugiej wojny żołnierzy. Wiadomo, że po wcieleniu do polskiego wojska Białorusini wraz z kolegami podzielili tragiczne losy broniących ojczyzny żołnierzy września. Szacuje się, że wśród 66 tysięcy poległych w kampanii wrześniowej blisko osiem tysięcy stanowili Białorusini. Pozytywne oceny Białorusinom jako „odznaczającym się dużą ofiarnością” wystawili między innymi generałowie Juliusz Rómmel, Władysław Anders i Franciszek Kleeberg. W broniących Helu oddziałach Białorusini stanowili ponad 10 procent. Wśród nich był białoruski pisarz Janka Bryl.
Jak wynika z ustaleń dr. hab. Jerzego Grzybowskiego z Uniwersytetu Warszawskiego, w polskich oddziałach, walczących na froncie zachodnim, prawosławnych było ponad trzy tysiące. Przeszło dwustu zginęło i zmarło we Włoszech, Francji, Belgii, Holandii, Anglii, na Bliskim Wschodzie i w Afryce Nie znamy dokładnej liczby prawosławnych mieszkańców Białostocczyzny, walczących w szeregach Ludowego Wojska Polskiego i wcielonych „za pierwszych Sowietów”, i w 1944 roku do Armii Czerwonej. O losach niektórych z nich, o podpułkowniku Pawle Turonku, który w szeregach Armii Kościuszkowskiej przeszedł cały szlak bojowy, o Janie Radziukiewiczu, tacie naszej redakcyjnej koleżanki, który czteroletnią służbę zakończył – już po kapitulacji Berlina – jadąc na japoński front, pisaliśmy w Przeglądzie. O Stefanie Kowalewiczu z Litwinowicz, który walczył pod Monte Cassino, piszemy na stronach 53-57. O losach innych, także o tych, którzy z tej strasznej wojny nie wrócili do swych domów, prosząc naszych czytelników o informacje, będziemy starali się pisać w przyszłości. Ich wszystkich jesteśmy zobowiązani zachowywać w naszej modlitewnej pamięci, gdyż to dzięki ich ofierze wobec naszych narodów nie zostały zrealizowane przygotowane przez „rasę panów” plany.
22 czerwca 1941 roku, w dniu, gdy Cerkiew wspomina Wszystkich Świętych, którzy w Ziemi Ruskiej Zajaśnieli, potężne armie hitlerowskie wraz z sojusznikami uderzyły na Związek Radziecki. Rozpoczęła się wojna, od wyniku której zależały nie tylko losy bolszewickiej partii i państwa radzieckiego, ale także losy wielu, w tym także polskiego, narodów.
Choć wiedza o tym, co stałoby się z narodami słowiańskimi, gdyby Niemcy, pokonując – co prawie im się udało – Armię Czerwoną doszli do Uralu jest dostępna, to w obecnie realizowanej polityce historycznej o prawdzie tej się nie wspomina. Warto więc przypomnieć, że w 1941 roku w Głównym Urzędzie Rzeszy, pod kierownictwem Heinricha Himmlera opracowano i przyjęto do realizacji Generalny Plan Wschodni (Generalplan Ost). Plan przewidywał wyniszczenie i/lub przesiedlenie z terytoriów położonych na wschód od granicy III Rzeszy ludności słowiańskiej. Polaków, którzy zgodnie z nazistowską polityką rasową zaliczono do „niższej rasy słowiańskiej – podludzi” miało pozostać około 3-4,8 milionów w charakterze „niewolniczej siły roboczej”. Plan, po zakończeniu całkowitej eskterminacji Żydów, przewidywał także zniszczenie 50 procent Czechów i Morawian, 65 proc. Ukraińców, 75 proc. Białorusinów. W stosunku do Rosjan, dla których – jak pisał Himmler – „znaczenie ma tylko ich masa i ta masa musi po prostu zostać rozdeptana, wyrżnięta, zaszlachtowana”, zalecano „całkowite biologiczne unicestwienie metodą wstrzymania przyrostu naturalnego”.
Wśród ludzi wierzących istniało przekonanie, że straszna wojna – w pierwszych miesiącach Armia Czerwona ponosiła ogromne straty – to kara za odstępstwo narodu od wiary w Boga, za profanację świątyń, za prześladowania Jego Cerkwi.
Rzeczywiście. Prześladowania, jakim w bolszewickiej Rosji poddano wyznawców Chrystusa, można przyrównać jedynie do tych z pierwszych wieków chrześcijaństwa w Cesarstwie Rzymskim. Trwały one z różnorakim natężeniem i w różnych formach od zdobycia przez bolszewików władzy w 1917 roku do gorbaczowowskiej pierestrojki lat osiemdziesiątych XX wieku.
Po zdobyciu władzy bolszewicy byli przekonani, że stosunkowo szybko zniszczą Cerkiew i wykorzenią z duszy rosyjskiego ludu jego wiarę. Z rozkazów Lenina, Dzierżyńskiego, Trockiego i ich współtowarzyszy w państwie „robotników i chłopów” wszystkimi dostępnymi środkami propagowano bezwzględny ateizm. Utworzono Związek Wojujących Bezbożników, do którego w latach trzydziestych należało około trzech milionów obywateli. Rosję zalały wydawane w milionowych nakładach, wyszydzające duchownych i uczucia wierzących, przekonujące o potrzebie zniszczenia tysięcy cerkwi czasopisma, książki i plakaty. Osłabieniu Cerkwi miały posłużyć, wspierane przez władze, wewnątrzcerkiewne raskoły – podobny mechanizm walki z prawosławiem zastosowano już w 1596 roku, dzieląc wyznawców wiary greckiej (prawosławnych) w I Rzeczypospolitej aktem unii brzeskiej. Obecnie jest on stosowany na Ukrainie, gdzie władze wspierają raskolnicze struktury.
Gdy, w ocenie bolszewików, zastosowane środki nie przynosiły oczekiwanych rezultatów, wobec hierarchów, duchowieństwa i aktywnych w życiu Cerkwi ludzi świeckich zastosowano bezpośredni terror. Do najokrutniejszych represji doszło w latach 30., gdy w ramach tzw. pietiletki biezbożia realizowano plan ostatecznej likwidacji Cerkwi.
Jeden z najbardziej znanych prawosławnych teologów XX wieku, o. Aleksander Schmemann, zauważył, że na prześladowania przez państwo – tak było w czasach herezji Ariusza czy herezji ikonoklazmu – prawosławna Cerkiew mogła dać i dawała tylko jedną odpowiedź. Było nią męczeństwo. O ile jednak w pierwszych wiekach gotowość przyjęcia męki i śmierci za Chrystusa była dominującą postawą zdecydowanej większości chrześcijan, to z upływem czasu – tak powszechnie sądzono na początku XX wieku – postawy takie stały się czymś wyjątkowym. Historia ruskiej Cerkwi w XX wieku ukazała, że było to błędne przekonanie.
Według oficjalnych danych, przedstawionych przez Aleksandra Jakowlewa – przewodniczącego komisji badającej przestępstwa popełnione w czasach radzieckich i rehabilitacji osób niewinnie represjonowanych – w okresie od 1917 do 1938 roku zamordowano ponad 50 tysięcy prawosławnych duchownych, a represjonowano blisko 200 tysięcy. Tylko w latach 1918-1938 zamordowano 130 prawosławnych biskupów. Zburzono około 40 tysięcy świątyń.
Mimo tych prześladowań w przeprowadzonym w 1937 roku spisie powszechnym 56,2 proc. obywateli ZSRR zadeklarowało się jako ludzie wierzący. Stalin z pewnością znał wyniki spisu.
Gdy wybucha wojna, Stalin dysponuje informacjami o tym, że idącym na wojnę synom matki dają ikonki i krzyżyki, które często wkładane są za komsomolskie i partyjne legitymacje, o tym, że dowódcy, dając rozkaz do ataku, często przywołują imię Boga, że żołnierzom objawiała się, biorąc ich w opiekę, Matka Boża. Stalin z pewnością znał także wypowiedziane w pierwszym dniu wojny słowa premiera Wielkiej Brytanii Winstona Churchilla: „Widzę żołnierzy rosyjskich, stojących na progu swej ziemi ojczystej. Widzę ich broniących swych domów, gdzie ich matki i żony się modlą. Tak, modlą się, bowiem bywają chwile, gdy modlą się wszyscy”.
Ujawniona w pierwszym okresie wojny siła niemieckich wojsk uświadomiła Stalinowi i radzieckiemu kierownictwu konieczność mobilizacji wszystkich możliwych, w tym także duchowych, sił narodu. Mając za sobą lata nauki w duchownym seminarium Josif Dżugaszwili swoje pierwsze wojenne przemówienia do narodu rozpoczyna od słów, poprzedzających cerkiewne kazania – „bracia i siostry”. Przyzywa także imię świętego Aleksandra Newskiego.

W nowej politycznej rzeczywistości, po zdjęciu cenzury na tematy religijne, w rosyjskojęzycznej, i nie tylko cerkiewnej, publicystyce pojawiły się relacje świadków niezwykłych cudownych przejawów pomocy niebiańskich sił walczącym żołnierzom. O jednym, mało znanym, zaświadczyło wielu żołnierzy, w tym Michaił Bałajew, który po wojnie został schiarchimandrytą Troicko-Siergijewskiej Ławry. 14 października 1941 roku, w święto Pokrowa Bogorodzicy, grupa żołnierzy, wśród których byli wierzący, próbowała wyrwać się z okrążenia, w jakim pod Wiaźmą znalazło się kilka radzieckich armii (ponad milion żołnierzy). Próby te, z uwagi na huraganowy ogień przeciwnika, kończyły się niepowodzeniem.
W pewnym momencie żołnierze ujrzeli na niebie postać kobiety, która szła nad wierzchołkami drzew, wzdłuż rzeki Kurianowki. Ci, którzy uwierzyli że to nie miraż, pobiegli za nią. Mimo że byli ostrzeliwani, żaden nie został nawet ranny. Gdy przebiegli około pięciu kilometrów postać szybko się oddaliła, a żołnierze zrozumieli, że wyszli z okrążenia. W 2009 roku, dla upamiętnienia tego zdarzenia, została napisana ikona Wiaziemskaja Ratnaja, która znajduje się w Spaso-Bogorodickim żeńskim monasterze w Wiaźmie.
Objawienia Bogarodzicy w czasie stalingradzkiej bitwy odnotowano nawet w wojskowych dokumentach, m.in. pełnomocnik do spraw Ruskiej Prawosławnej Cerkwi na Ukrainie, towarzysz Chodczenko, w kierowanej do swego szefa, pułkownika NKWD Gieorgija Karpowa, notatce pisze, że przybyli na Ukrainę spod Stalingradu żołnierze 62 armii „masowo zaświadczają”, że byli świadkami „jakiegoś niebiańskiego zjawiska”, które ich poraziło. O pojawieniu się Bogarodzicy z Dzieciątkiem nad Stalingradem relacjonował przy świadkach major SMIERSZ (wojskowy kontrwywiad) Jurij Gołubiew. Zachowały się relacje znanych z nazwiska innych żołnierzy, w tym niemieckich i włoskich, którzy także ujrzeli Madonnę.
W udzielonym znanemu pisarzowi Jurijowi Bondarewowi wywiadzie marszałek Gieorgij Żukow przyznał, że na ustny rozkaz Stalina w czasie najtrudniejszych dni stalingradzkiej bitwy wzdłuż Wołgi przeleciał samolot z ikoną Kazańskiej Bogarodzicy. Także w czasie bitwy o Moskwę Stalin miał nakazać oblecieć stolicę z ikoną Bogarodzicy. W Stalingradzie, na lewym brzegu Wołgi, przed tą ikoną duchowni – wśród nich metropolita kijowski i galicki Nikołaj (Jaruszewicz) – służyli całodobowe molebny.
Radzieckimi wojskami pod Stalingradem dowodził generał, później marszałek, Wasilij Czujkow (tekst na stronie 50), który nie ukrywał, że jest człowiekiem wierzącym – w Stalingradzie często zachodził do ocalałej cerkwi Kazańskiej Ikony Bogarodzicy, gdzie modlił się i stawiał świece.
Losy drugiej wojny światowej rozstrzygnęły się na froncie wschodnim, gdzie Niemcy ponieśli największe straty (3,6 miliona zabitych i wziętych do niewoli). W walkach z Armią Czerwoną zginęła także duża część wojsk państw sprzymierzonych z hitlerowskimi Niemcami – tylko w stalingradzkiej bitwie zginęło 109 tysięcy, a 70 tys. dostało się do niewoli, żołnierzy rumuńskich. Straty armii węgierskiej (łącznie zabitych i wziętych do niewoli) wyniosły 105 tysięcy, a włoskiej 84 830 żołnierzy.
„Neutralna” Hiszpania na front wschodni wysłała „Błękitną dywizję” (łącznie 45 tys. żołnierzy). Z okupowanych przez Niemców Francji, Belgii, Holandii na wschodzie walczyły kilkutysięczne oddziały ochotników.
Wszystkich ich, także tych, którzy na żołnierskich paskach mieli wypisane „Gott mit uns” (Z nami Bóg) pokonali oficerowie i żołnierze, z których duża część Boga miała w sercu.
W 1945 roku prawosławna Pascha przypadała 6 maja, w dzień św. Jerzego Zwycięzcy. W Wielkanocny Poniedziałek 7 maja w Reims we Francji Niemcy skapitulowali na froncie zachodnim. Następnego dnia feldmarszałek Keitel przed radzieckimi dowódcami podpisał bezwarunkowy akt kapitulacji – w Moskwie było już po północy i dlatego w Rosji dzień zwycięstwa obchodzony jest 9 maja.
Dla prawosławnych radość paschalna połączyła się z możliwością zakończenia tej straszliwej wojny. Dla wielu zbieżność dat nie była przypadkowa. W te paschalne dni – pisze Andrej Farberow, autor wydanej w 2006 roku w Moskwie książki „Zbaw i zachowaj – świadectwa, tych którzy doznali Bożego miłosierdzia w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej” – zwycięstwo było nam dane Bożą Opatrznością. To, że było dane, było jasne dla każdego, kto w czasie tej wojny zwracał się z modlitwą do Chrystusa, Bogarodzicy, Świętych. „Z nami Bóg” – pisano na klamrach pasków ich żołnierzy, krzyże były namalowane na skrzydłach ich samolotów i na ich czołgach. Ale Bóg był z nami, dlatego że serca wielu naszych ludzi, w tym trudnym czasie były z Nim.
600 tysięcy żołnierzy radzieckich poległo na polskiej ziemi. Ginąc, byli przekonani, że przynoszą nam wolność. O nich, leżących najczęściej w bezimiennych, niekiedy profanowanych przez „nieznanych sprawców”, zbiorowych mogiłach, pamiętajmy nie tylko w dniu zakończenia tej strasznej wojny.

Eugeniusz Czykwin
fot. www.wikimedia.org

Warto przeczytać
Zamordowane wsie
Swój człowiek
Jak ocalała Jasna Góra
Z zapisków żołnierza

1 Odpowiedź

Odpowiedz