Home > Sami o sobie > O człowieku z księżyca

O człowieku z księżyca

Jeszcze miesiąc temu nie wiedziałam nic o wybitnym rosyjskim antropologu i podróżniku Nikołaju Mikłucho-Makłaju (1846-1888). Nie było mnie na świecie, gdy w 1952 roku ukazały się po polsku jego słynne dzienniki, milczały o nim szkolne podręczniki, nie dotarł do Polski znany radziecki serial Biereg jego żyzni, nie wiedziałam, że z okazji 150 rocznicy jego urodzin rok 1996 UNESCO ogłosiło rokiem Mikłuchy-Makłaja. Dopiero podczas pracy nad tekstem o misjonarskiej działalności laureata tegorocznej Nagrody Ostrogskiego, o. Kiryła Szkarbula, poznałam bliżej Nową Gwineę i odkrywcę jej północno-wschodniej części, człowieka z księżyca, jak go nazwali Papuasi, których kulturę opisywał, badał i których bronił.

Expedition to Papua New Guneia to Rai Coast ( Maclay Coast) . Garagasi point.Meeting with Miklouho-Maclay .Gorendu

Ów człowiek z księżyca urodził się 175 lat temu, w lipcu 1846 roku, we wsi Rożdiestwienskoje, w rodzinie szlacheckiej. Po posiadłości nie ma dziś śladu, ale okoliczni pamiętają o swym wielkim krajanie – w sąsiedniej miejscowości Okułowka stoi pomnik antropologa, tam też w dniu jego urodzin organizowane są etnograficzno-krajoznawcze „Makłajowskie czytania”.

Rodzina wkrótce przyjechała do Petersburga, ojciec, inżynier z zawodu, budował kolej petersbursko-moskiewską, potem został naczelnikiem Nikołajewskiego, dziś Moskiewskiego Dworca w Petersburgu. Wcześnie zmarł, ale mamie Jekatierinie, o polskich korzeniach, udało się zapewnić wykształcenie pięciorgu swoich dzieci. Nikołaj uczył się najpierw w II Petersburskim gimnazjum i choć od dzieciństwa pięknie rysował (ilustracje z wypraw przyniosą mu światową sławę w nie mniejszym stopniu niż dzienniki) nie podjął studiów w Akademii Sztuk Pięknych, lecz na Uniwersytecie.

Za udział w organizacji studenckiej nie tylko spędził trzy dni w Twierdzy Pietropawłowskiej, ale został też z wilczym biletem usunięty z uczelni. Studia – z zakresu medycyny i zoologii – odbył w Niemczech, w Heidelbergu, Lipsku i Jenie, tam uczęszczał na wykłady prof. Ernsta Haeckela. To z profesorem Haeckelem wyruszył w swoją pierwszą podróż, na Wyspy Kanaryjskie. Tam odkrył nowy rodzaj morskich gąbek, napisał na ten temat pracę, a podpisał ją Mikłucho-Makłaj.

Skąd się wziął drugi człon, Makłaj? To interesująca rodzinna historia, sięgająca 1648 roku, bitwy pod Żółtymi Wodami. Po polskiej stronie walczył wówczas szkocki baron Michael Maclay, który dostał się do niewoli zaporoskiego kozaka Gryćki Mikłuchy z oddziałów Bogdana Chmielnickiego. Ów szkocki baron ożenił się potem z siostrą Mikłuchy, pozostawiając podwójne nazwisko (ciekawe, że syn zruszczonego Makłaja, Stefan, podczas wojny rosyjsko-tureckiej, po której Krym przeszedł do Rosji, jako pierwszy wtargnął do tureckiej twierdzy Oczaków z płonącą pochodnią w ręku, za co Katarzyna Wielka nadała mu szlachecki tytuł). I chociaż następne pokolenia używały tylko jego pierwszej części – Mikłucho, młody student postanowił wrócić do jego pełnej wersji.

Tak więc już jako Nikołaj Mikłucho-Makłaj nie przestaje marzyć o kolejnych podróżach. Po wyprawie na Sycylię i wybrzeża Morza Czerwonego wraca do Rosji, zabiega o finansowe wsparcie kolejnej – na Nową Gwineę. Ale Rosyjskie Stowarzyszenie Geograficzne, do którego kieruje ów projekt, nie jest tym zainteresowane. Ma przecież, zgodnie ze statutem, zajmować się badaniami Rosji i krajów ościennych. A Nowa Gwinea z Rosją nie graniczy.

W końcu 24-letni Nikołaj uzyskuje niewielkie subsydium, a wielki książę Konstanty Nikołajewicz nakazuje przyjąć go na korwetę „Witaź”. Przed nim 316 dni podróży (ciekawe, że tak wielki podróżnik nie potrafił pływać i cierpiał na chorobę morską).

„Na szczytach gór leżały gęste chmury, w innych miejscach na brzegu snuł się dym, świadczący o obecności człowieka” – odnotowuje, gdy 20 września 1871 roku dociera do celu, staje w północno- -wschodniej części Nowej Gwinei, na wybrzeżu nazwanym później od jego nazwiska wybrzeżem Makłaja. Będzie przyjeżdżał tu trzykrotnie, w sumie spędzi tutaj trzydzieści miesięcy.

Marynarze z „Witezi” pomagają mu zbudować chatę, taki szałas na palach, przewożą niezbędne rzeczy, zapasy żywności, papier. I odpływają, inna załoga, co obiecał mu książę Konstanty, ma tu dotrzeć za rok, odebrać przynajmniej dzienniki i notatki, bo w to że podróżnik przeżyje, mało kto wierzy.

Nikołaj Mikłucho-Makłaj ma co prawda broń, ale od początku wie, że jego siła powinna wynikać „ze spokoju i cierpliwości”. Już pierwszego dnia pobytu spotyka pierwszego Papuasa, Tuja.

„Usłyszałem szelest – pisze w dziennikach. – Nagle przede mną jakby spod ziemi wyrósł człowiek, który spojrzał w moją stronę i rzucił się w zarośla. Niemal biegiem ruszyłem za nim, wymachując czerwoną szmatką… Obejrzał się i widząc że jestem sam, bez broni, i gestami daję znać, żeby podszedł, stanął. Powoli zbliżyłem się do niego i powoli podałem mu szmatkę. Przyjął ją z widocznym zadowoleniem, zawiązał na głowie. Mój pierwszy znajomy miał dość sympatyczny wyraz twarzy”.

Przyjaźni z Tujem, najważniejszym mężczyzną we wsi Gorendu, podróżnik poświęca sporo miejsca w swoich dziennikach, ciekawe że zachowali ją w pamięci potomkowie Tuja, a to już piąte pokolenie (!). Tuj nazwie go Karam-Tamo, człowiekiem z księżyca, bo jest pierwszym białym, którego widzi. Gdzieś tak po tygodniu Mikłucho-Makłaj po raz pierwszy postanawia wejść do wioski. Zastaje grupę mężczyzn z wymierzonymi w niego włóczniami, wypuszczają w jego stronę kilka strzał i… czekają na jego reakcję. A Nikołaj ma zaskakujący plan – wyszukuje zacienione miejsce, rozkłada matę i… zasypia. A więc się ich nie boi, Papuasi od razu czują szacunek.

„Wiele razy zauważałem, że tubylcom podobał się mój sposób postępowania. Widzieli, że postępuję z nimi otwarcie i nie chcę widzieć tego, czego nie chcą mi pokazać” – notuje w swoich dziennikach. Na początku chowają przed nim kobiety, tak więc, żeby ich nie straszyć, gwiżdże przed wejściem do wsi (ciekawe, że według przekazów Papuasów podróżnik gwizdał, żeby dać im znać, że jest głodny).

Po trzech miesiącach już porozumiewał się w ich języku. To ułatwiało kontakty. Ale przełom miał dopiero nastąpić. Gdy padające drzewo rani Tuja w głowę, Nikołaj codziennie opatruje jego ranę. Odtąd jego relacje z Papuasami stają się bliskie. I mężczyźni już nie tylko nie chowają przed nim kobiet, a nawet młodą piękną dziewczynę wybierają mu na żonę. Odmawia, tłumacząc że wszyscy są dla niego braćmi, uspokajają się, gdy zapewnia, że nie ożeni się z żadną Papuaską.

A kiedy w naczyniu podpala wodę ze spirytusem, wierzą, że może podpalić morze.

Wieści o „człowieku z księżyca” szybko rozchodzą się po okolicy, a podróżnik dzięki Tujowi, swemu przewodnikowi po świecie z ery kamienia, może swobodnie obserwować, badać, porównywać, notować i rysować (na Nowej Gwinei wykonał 700 rysunków), gromadzić eksponaty.

I ponad wątpliwość udowodnia, że na głowie Papuasów włosy wcale nie rosną kępkami, jak twierdzili niektórzy badacze, co miałoby świadczyć, że są przejściowym gatunkiem, lecz pojedynczo, jak u białego człowieka. Jako pierwszy bada ich antropologiczny typ, materialną kulturę, życie społeczne, opisuje obyczaje i pokazuje światu bogactwo papuaskiej kultury.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w e-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Alła Matreńczyk

Odpowiedz